W Battlefielda 6 gram bez wytchnienia. Ale twórcy zapomnieli, co naprawdę liczy się w tej serii – choćby społeczność [FELIETON]
Wiem, ten tekst będzie trochę przykładem hipokryzji. W CD-Action 01/2026 dałem Battlefieldowi 6 ocenę 8+ (wspomniany numer zamówicie tutaj, za to na naszej stronie przeczytacie recenzję autorstwa Pawła Kozierkiewicza) na „liczniku” mam w tej chwili ok. 250 godzin, a zamierzam teraz narzekać i biadolić o tym, jaka ta produkcja jest zła. Tyle że to nie do końca tak wygląda: „szóstka” w istocie zapewnia mnóstwo dobrej rozrywki. W paru miejscach jednak – odnoszę wrażenie – rozmija się z oczekiwaniami graczy.
Topniejące szeregi
EA mierzyło naprawdę wysoko. Przed premierą padały nawet jakieś kosmicznie nierealne deklaracje, że gigant chce przekonać do zabawy 100 mln graczy. Szybko okazało się, że to mrzonki, jednak liczby tak czy inaczej robią wrażenie. W trzy dni od debiutu Battlefield 6 trafił do 7 mln entuzjastów wirtualnego strzelania, co stanowi dla serii rekord, a spece z Alinea Analytics szacują, że do końca zeszłego roku „Elektronicy” sprzedali aż 20 mln sztuk gry.
Jednak początkowe wyniki to jedno, a to, co dzieje się później – zupełnie inna historia. Statystyki Steam Charts są tu bezlitosne. W tzw. peaku w Battlefieldzie 6 śmigało na platformie Valve ok. 656 tys. osób, dziś z kolei po BF-a 6 regularnie sięga ponaddziesięciokrotnie mniej ludzi. Oznacza to spadek o blisko 590 tys. graczy, czyli niemal o 90 procent w porównaniu z najlepszym momentem po premierze.

Oczywiście każda gra po debiucie notuje odpływ użytkowników – to naturalne, jak fakt, że parę tygodni po sylwestrze siłownie zaczynają świecić pustkami. Problem w tym, że Battlefield 6 nie jest tytułem „do przejścia”. Kampania fabularna istnieje, ale to multiplayer robi tu za serce, płuca i kręgosłup. Tak głęboki spadek aktywności w tak krótkim czasie to nie przejaw zwykłego wyhamowania hype’u. To objaw. A objawy zwykle świadczą o tym, że coś w środku nie działa tak, jak powinno.
Gdzie Battlefield 6 zgubił swoich żołnierzy
Pierwszy i najdotkliwszy problem to brak realnego wsparcia dla społeczności. Battlefield przez lata był serią klanów, stałych ekip i ludzi, którzy spotykali się wieczorami na tych samych serwerach. W „szóstce” możemy grać ze znajomymi w plutonie – ale maksymalnie czteroosobowym. I na tym koniec. Nie ma sensownego sposobu, by większa grupa umówiła się na wspólną rozgrywkę w jednym meczu. Efekt? Klasyczna zabawa klanowa w zasadzie przestaje istnieć. A Battlefield bez społeczności jest jak mapa bez punktów kontroli – niby da się biegać, ale po co.
Drugi problem to serwery dedykowane. Teoretycznie są, ale w zupełnie innej formie niż ta, do której przyzwyczaiła nas seria. Nie da się postawić własnego huba poza grą ani wynająć go u zewnętrznego dostawcy. Wszystko odbywa się w ramach modułu Portal. Owszem, możemy tam ustawić własne zasady, mapy czy tryby, ale znów – wspólna zabawa ogranicza się do czteroosobowych plutonów. Co gorsza, serwery Portalu działają z tickrate’em 30 Hz. Tylko oficjalne serwery matchmakingowe oferują 60 Hz. W praktyce oznacza to odświeżanie stanu gry co ok. 33 ms zamiast 16 ms. W strzelance sieciowej to zauważalna różnica – nawet jeśli ktoś nie zna definicji tickrate’u, podskórnie odczuje, że „coś jest nie tak”.
Za dużo wszystkiego, za mało kontroli
Battlefield 6 cierpi też na rozdrobnienie rozgrywki. Trybów znajdziemy mnóstwo: klasyczne, eksperymentalne, sezonowe eventy, wariacje zasad. Z samą różnorodnością treści nie ma problemu, ale tutaj całość sprawia wrażenie przekombinowanej. Karuzela opcji kręci się tak szybko, że czasem trudno wskoczyć na tego właściwego konia. Chcesz po prostu pograć w „normalnego Battlefielda”? Najpierw musisz ustalić, co dokładnie oznacza to w danym tygodniu, lub przekopać się przez kafelki z dostępnymi opcjami.
Do tego dochodzi wyszukiwarka serwerów. W przypadku tych oficjalnych możemy zaznaczyć interesujące nas tryby i mapy… i to wszystko. Nie mamy żadnej kontroli nad regionem, w którym gramy, ani nad związanymi z tym opóźnieniami. O tych ostatnich zresztą produkcja nawet nie informuje. A ping potrafi robić różnicę – i to bardzo odczuwalną. Szczególnie w deathmatchu, zwłaszcza przy pojedynkach snajperów. Zdarzają się sytuacje, kiedy od początku znajdujesz się na straconej pozycji tylko dlatego, że ktoś po drugiej stronie ma minimalnie lepsze połączenie. Choćbyś stawał na lufie, to i tak – gdy mierzycie do siebie – tamten będzie szybszy. Przekonałem się o tym wielokrotnie.

Bardziej zaawansowaną wyszukiwarkę znajdziemy w Portalu, ale tu wracamy do punktu wyjścia. Nawet jeśli trafimy na serwer z klasycznymi zasadami i normalnym zdobywaniem doświadczenia, pozostaje nieszczęsny tickrate 30 Hz, co w nowoczesnej strzelance sieciowej brzmi jak kiepski żart. W praktyce twórcy subtelnie, lecz konsekwentnie popychają więc graczy w stronę oficjalnych serwerów – tylko robią to tak, jakby nie chcieli się do tego przyznać. Portal to w istocie atrapa ukłonu w stronę społeczności i… śmietnik trybów do farmienia XP.
Sklep na froncie i progres na gwizdek
Osobny temat stanowią monetyzacja i progres, bo w Battlefieldzie 6 elementy te są ze sobą ściśle splecione. Produkcja regularnie przypomina nam, że coś można kupić. Skórki, modele postaci, season passy – ekran powitalny bywa bardziej witryną sklepową niż bramą na pole bitwy. Na szczęście w samej grze pod względem estetyki jest tu nadal rozsądniej niż w Call of Duty, gdzie żołnierze na ogół już po świętach Bożego Narodzenia wyglądają, jakby urwali się z festiwalu cosplayu.
Niemniej nie oznacza to, że obyło się bez wpadek. Gracze narzekali choćby na skiny z ostatniego season passa, które zlewały się z otoczeniem i utrudniały identyfikację przeciwników leżących plackiem gdzieś w kalifornijskich krzakach (kamperstwo szerzyło się jak pożar w buszu), czy na zbyt krzykliwe barwy wojaków dostępnych w pakiecie Red Bull. Trzeba jednak oddać twórcom jedno: reagowali wtedy na krytykę i wprowadzali poprawki. To jeden z nielicznych przypadków, kiedy głos społeczności faktycznie został usłyszany. Częściej bywa tak, że usprawnienia wcale nie odpowiadają potrzebom graczy – dobry przykład stanowi chociażby ostatni nerf samolotów.
Cała gra kręci się jednak tak czy inaczej wokół progresu. Zadania tygodniowe, wyzwania i cele do odhaczenia napędzają rozwój konta, ale często robią to kosztem swobody. Owszem, część questów można zmodyfikować, jednak w praktyce i tak bywa, że gra zmusza nas do trybów, których zwyczajnie nie lubimy. Zamiast wybierać rozgrywkę pod własne preferencje, zaczynamy planować sesję jak grafik dyżurów – z uwzględnieniem trybów, klas i uzbrojenia. Battlefield zawsze dawał nam wolność, a tutaj momentami zachowuje się jak wuefista z gwizdkiem: „Nie czas na siatkówkę, dziś skaczemy przez kozła”.
Gra, która wzoruje się na poprzednikach z różnym skutkiem
Nie zamierzam ściemniać: we wspomniany system progresji dałem się wessać jak mało kiedy. Skutek jest taki, że mam co najmniej brązową odznakę mistrzowską na każdej możliwej broni i na sporej części pojazdów (samolotów chyba nigdy nie ogarnę…). To jednak… zdefiniowało mój gameplay. Bawię się głównie w zespołowym deathmatchu – bo tam wszystko dzieje się szybko, zalicza się dużo fragów i łatwiej poznać pukawki w intensywnej wymianie ognia. Mapy? Blackwell Fields, New Sobek City, od biedy Dolina Mirak i Dzielnica świętych.
Na drugim miejscu stoi Podbój. Tutaj lokacje się powtarzają, ale kolejność okazuje się inna: New Sobek City, Dolina Mirak, Blackwell Fields i czasem też klasyka w postaci Operacji Ognista Burza. Innymi słowy, gram na tych dużych, gdzie znajduje się sporo pojazdów. Te ciaśniejsze mnie jakoś nie porywają, a nowojorskie uważam za wręcz żenujące. To pokazuje kolejną wadę BF-a 6: duch „starego” Battlefielda jest tu mocno odczuwalny… tylko częściowo, kiedy wybierzemy dobrą lokację. Jakby twórcy się przestraszyli, że nowym i repatriantom z CoD-a nie spodoba się znacznie większa skala. Szkoda, tym bardziej że to powoduje, iż zamknąłem się w istocie w dwóch ulubionych terenach działań, które mielę aż do porzygu.

Ogółem to bardzo dobra, dająca kupę frajdy ze strzelania i rozkminiania uzbrojenia produkcja – tyle że czuć w niej korporacyjną, ciężką łapę oraz próbę pogodzenia różnych stylów rozgrywki. Ja się w tym mimo wszystko odnalazłem, co nie zmienia faktu, że chyba jednak zabrakło tu odwagi, by mocniej zaakcentować lubiany przez fanów model zabawy, a już na pewno szerokiego wyjścia w stronę społeczności.
PS Jeśli chcecie pogadać o uzbrojeniu i setupach, to zapraszam do komentarzy. Jak pisałem, sporo się nastrzelałem z absolutnie wszystkiego. Bardzo dobrym graczem na tle wymiataczy ze sceny BF nie jestem i statsy nierzadko szorują po dnie – ale tak to bywa, jak dla w chory sposób pojmowanej frajdy biegasz z pistoletami przeciw karabinom przez cały mecz. 🙂
