2. sezon Fallouta sprawił, że wróciłem po 15 latach do New Vegas. Ta gra po prostu się nie starzeje
Z New Vegas w okolicach premiery miałem do czynienia ledwie przez kilka godzin. Z przyczyn, których nawet już nie pamiętam, nie ukończyłem wtedy tej gry, choć doskonale pamiętam, jak bardzo irytowały mnie bugi. Z niemałym zaskoczeniem przyjąłem więc zachwyty sporej części mediów i graczy nad dziełem Obsidianu. W tamtym czasie zupełnie nie rozumiałem, o co im wszystkim chodzi.
Give some of that old school
Minęło półtorej dekady i stwierdziłem, że najwyższy czas nadrobić zaległości, szczególnie, że na małym ekranie Lucy, Ghoul i Maximus przemierzają znane Kurierowi (a więc protagoniście) lokacje oraz spotykają pamiętne postacie (jak Mr. House). Idealny moment na tę konkretną przygodę. Dostałem kulkę w głowę, stworzyłem postać (tak, w tej kolejności), ładując sporo punktów w charyzmę, i ruszyłem zwiedzać pustynię Mohave. Bardzo szybko się przekonałem, że właśnie takiego erpego mi było trzeba. Takiego, czyli jakiego?

Nie chcę zabrzmieć jak boomer, ale chyba chodzi mi o „staroszkolnego” czy „takiego jak dawniej”. A więc stawiającego na rozbudowane dialogi, ogrom opcji i elastyczności wyboru, oraz niezapomniane postacie. To nie tak, że tego typu gry nie powstają, bo oczywiście – Baldur’s Gate 3, Disco Elysium i… i… ee… No tak. Cóż. Rzeczywiście jest tego mniej niż w latach 90. czy po 2000 roku. Obecnie dominują tytuły nastawione na akcję, kinowość i zwarte, zamknięte fabuły. Nie mam nic przeciwko takim produkcjom, ale wolałbym, żeby w segmencie AA i AAA było jednak więcej tych bardziej klasycznych erpegów – jakiś rodzaj równowagi.
Wolność Tomku w swoim postapo
Ale zamiast narzekać na coś, czego nie mogę zmienić, pozostaje mi przecież wrócić do rzeczonej klasyki, choćby Fallouta: New Vegas, który na papierze odhacza wszystko, czego chciałem. Dróg do celu jest tutaj multum, fabuła rozgałęzia się w wielu miejscach i czuć, że nasze działania mają swoje konsekwencje. Zaczynając od tego pierwszego – ale to było dziwnie odświeżające, że dostałem prawdziwą wolność w tym, jak podchodzę do rozwiązania problemów. Dostanie się do tytułowego miasta? Miałem chyba z pięć bardzo różnorodnych opcji – i pewnie drugie tyle, o których nie wiedziałem. Zdobycie chipu od Benny’ego? Kombinowałem jak koń pod górę tylko po to, żeby się przekonać, że… mogę się z nim przespać i zabić we śnie!
I chociaż da się w New Vegas prześlizgnąć przez większość misji „na cwaniaka”, idąc po linii najmniejszego oporu, tak prawdziwy potencjał gra pokazuje kiedy przestajemy iść na skróty i decydujemy się robić jak najwięcej zadań pobocznych. Te nie tylko pozwalają lepiej poznać postapokaliptyczny świat, ale też dają szansę na spotkanie plejady barwnych postaci.

Z przyjemnością poznawałem wątek mojej towarzyszki, tracącej wiarę w Bractwo Stali Weroniki, ale też z fascynacją śledziłem losy liderów najważniejszych sił jak śmiertelnie chory „Kajzar” (Cezar). No i jest jeszcze taki Orrisa, który… chyba nie należy do najlepszych najemnikółw na pustyni Mohave. Większość enpeców została naprawdę świetnie napisana, mają swoje głębokie motywacje i cholernie dużo przywar, które czynią je bardziej ludzkimi. Bez łzawych, pisanych na kolanie dialogów, teatralnych monologów czy historii większych niż życie.
Z powrotem na pustyni
Czym New Vegas mnie jednak najbardziej do siebie przekonało? Tym poczuciem, że jak coś zawalę – nawet tak dokumentnie – to mogę iść dalej. Przez przypadek zabiłem ważną postać poboczną? Trudno, może to odblokuje jakiegoś nowego questa. Dałem ciała, bo wziąłem Boona do obozu Legionistów? Czego innego się miałem spodziewać? Niektórzy twierdzą, że gra traci na tym, że nie trzyma swojej struktury za gębę. Zupełnie się nie zgadzam – rzeczona struktura jest po prostu otwarta, pozwala popełniać błędy i ponosić konsekwencje, ale sama historia została pomyślana tak, że trzyma się kupy niezależnie od wszystkiego.
Nie mogę jednak zostać bezkrytyczny. System VATS, którego fanem nigdy nie byłem, raczej szkodzi niż pomaga. Jeśli robimy walkę turową, niech będzie turowa. Jeśli dynamicznego FPS-a, to niech gunplay się broni – hybrydowe podejście z nowożytnych Falloutów to może kwestia przyzwyczajenia, ale ja wolałbym jednak przyzwyczajać się do czegoś, co działa naprawdę dobrze, a nie tak sobie. No i bugi, ach, te bugi. Niezałatane nawet po latach… zupełnie mi nie przeszkadzały! Jasne, raz czy dwa coś tam zgrzytnęło, ale nic, co napsułoby mi krwi czy zmusiło do wczytania dawnego zapisu.
Wiecie co? New Vegas się w ogóle nie zestarzało. To znaczy pod pewnymi względami było nieco archaiczne już w dniu premiery, ale elementy RPG z czasem nabrały jeszcze więcej kolorytu – przede wszystkim przez kontrast z tym, co obecnie ukazuje się na rynku gier. Takich produkcji robi się mniej, ale to nie znaczy, że nie da się do nich wrócić i bawić się nimi równie dobrze jak kiedyś.

A też mnie mocno korciło, żeby wrócić do New Vegas po drugim sezonie serialu, ale w końcu sięgnąłem jeszcze dalej – po pierwszego Fallouta 😉