Adaptacja Baldur’s Gate od HBO to świetny pomysł, który zaczęto od złej strony
Pewne rzeczy na tym świecie są po prostu nieuniknione. ZUS, rdza na Maździe, ale na szczęście też zarażenie się pozytywną energią Teda Lasso. Równie nieuchronna jest ekranizacja megapopularnej opowieści, która zachwyciła miliony odbiorców. To już niemal prawo natury. Tak też stało się w przypadku Baldur’s Gate 3. RPG Lariana odniosło spektakularny sukces i na masową skalę rozkochało nas w bohaterach, więc szturm na mały lub wielki ekran odbyłby się prędzej czy później. Wiemy już, że Wrota Baldura w obroty weźmie Craig Mazin odpowiedzialny za „The Last of Us” i przede wszystkim za „Czarnobyl”. Na pierwszy rzut oka to świetna wiadomość. HBO gwarantuje przynajmniej przyzwoitą jakość. Gdy jednak przyjrzymy się całemu planowi, możemy dostrzec dwa, trzy punkty zapalne.
Baldur’s Gate w dobrych rękach?
Serial będzie w zasadzie kontynuacją historii opowiedzianej przez Belgów. Najprawdopodobniej oprze się – lub przynajmniej jakoś do nich nawiąże – na przygodach dziejących się dziewięć lat po wydarzeniach z Baldur’s Gate 3. I tu moja pierwsza obawa. Sukces takiej produkcji zależy od jakości i odbioru samego serialu. Rodzi się więc pytanie: Jak twórcy rozwiążą kwestię zakończeń?

BG3 ze względu na dosyć otwartą strukturę miało multum wariantów zakończenia. Wydźwięk mocno zależał też od tego, jak postąpiliśmy z konkretnymi enpecami z drużyny i jak bardzo byliśmy do nich przywiązani. Pewnie, nawet na bazie statystyk, które posiada Larian (i które w skrótowej formie publikował), da się wytypować finał najlepiej nadający się na punkt wyjścia do dalszych przygód, ale jakaś część graczy może pozostać niezadowolona lub wyobcowana. Fakt, że ekipa Swena Vinckego nie uczestniczy w pracach, też nie napawa optymizmem.
„Fallout” wytycza ścieżki?
Mniej ortodoksyjne podejście w stylu luźnej kontynuacji znanych motywów przypomina mi trochę to, co zrobiono z „Falloutem” Amazona – a to przecież serial niezwykle udany. Wykorzystuje znane środowisko, frakcje, ornamenty i jest wierny duchowi produkcji tak Bethesdy, jak i Obsidianu oraz Black Isle. Jak na razie najczęściej nawiązuje zresztą do New Vegas z racji na obecność Legionu Cezara, wirusa FEV, Mr. House’a i paru innych ważnych figur z uniwersum.I jasne, niektórzy mają problem z tym, że przygody Lucy, Ghula i Maximusa nie trzymają się w 100% konkretnych gier, ale za to czerpią nawet z pomysłów po ś.p. Van Buren. Tak czy inaczej, ogół je akceptuje.
Z adaptacją Baldur’s Gate może być jednak inaczej. Falloutom potrafimy więcej wybaczyć, bo Bethesda i tak już dawno przyjęła na klatę pierwszy impakt niezadowolenia, przenosząc kultowe erpegi w zupełnie inną perspektywę. W dodatku w postapokaliptycznych RPG częściej chodziło o drogę, swobodę i wrażenie obcowania z mrocznym zwierciadłem naszego świata. Jasne, zapamiętywaliśmy postacie czy motywy, ale nie w aż takim stopniu. To w Baldurach opowieść liczyła się przede wszystkim. Konkretna historia, wątki, bohaterowie, którzy stali się ikonami generacji odbiorców zarówno starszych (Jaheira, Minsc, Viconia, Sarevok, pewien szemrany handlarz rzepą…), jak i nowszych (Karlach, Astarion, Wyll czy Shadowheart). Ciekawe też, kogo twórcy uczynią centralną postacią. Kogoś nowego, Mroczną Żądzę?

Stąd bierze się moja druga obawa. Nie wiem, czy HBO nie popłynęło w założeniach i nie zaczęło projektu z kompletnie złej strony. Wygodnie jest uniknąć rozwidleń w interpretacji wydarzeń BG3, ale nie mam pewności, czy w odpowiedni sposób poznamy bohaterów po tym, jak istotny etap podróży z gry dla większości z nich się zakończył – o ile scenariusz rzeczywiście rozwinie wątki znanych nam już twarzy. Jasne, zawsze można dopisać nowe rozdziały, te stare potraktować jako przeszłość i sferę mitów, a przygoda nie kończy się nigdy, jak stwierdził Andrzej Sapkowski w jednej z powieści (miało to słodko-gorzki wydźwięk), ale w tym wypadku dla milionów odbiorców to ta przeszłość zdefiniowała przywiązanie.
W dodatku mam wrażenie, że zajęcie się od razu „trójką” albo wydarzeniami po niej to opowiadanie historii Wrót Baldura od środka. To połowa intrygi związanej z bogami śmierci i wielką grą. Ta zaczęła się dużo wcześniej, w części pierwszej i Cieniach Amn. Szczerze? Chciałbym zobaczyć adaptację tamtych ikonicznych opowieści. Zwłaszcza że ich rdzeń był nieco bardziej liniowy, ale paradoksalnie mocniejszy i nadający się na filmową fabułę. Śledziliśmy losy konkretnego bohatera (nawet jeśli nosił różne imiona, reprezentował różne rasy, klasy i decydowaliśmy o jego płci) – potomka Bhaala, wychowanka Goriona. Zmierzaliśmy do konkretnego celu.

Baldur’s Gate jako prequel?
W „jedynce” rozwikływaliśmy tajemnicę kryzysu Wybrzeża Mieczy i dowiadywaliśmy się o swojej przeszłości, w „dwójce” mierzyliśmy się z dziedzictwem naszego staruszka oraz tymi, którzy chcieli je ukraść. To były w gruncie rzeczy bardzo dobrze pomyślane awanturniczo-kryminalne historie, unikające taniego motywu ratowania świata, a jednocześnie mające heroiczny charakter z romantycznym zacięciem. Skala wydarzeń pozwalała też wybrzmieć rozbrykanym żartom (choć nie aż tak sprośnym, jak połowa scen z Baldur’s Gate 3). Szkoda, że na srebrnym ekranie zostanie z tego pewnie tylko parę wzmianek.
No chyba że ekranowe Baldur’s Gate z „tu i teraz” odniesie podobny sukces, co pierwsze sezony „Gry o tron” – a przyznam, brakuje obecnie takiego wszechogarniającego fenomenu (o ile jego zaistnienie jest jeszcze w ogóle możliwe). Wtedy taka serialowa interpretacja przygód Abdela Adriana mogłaby zadziałać na zasadzie dojenia marki, ekhm, rozbudowywania uniwersum o ważne epizody sprzed stu lat. Nie ukrywam, że zawsze wyobrażałem sobie epicką czołówkę serialu ze skomponowanym przez Michaela Hoeniga motywem z pierwszego Baldur’s Gate. Cóż, by to się udało, należy trzymać kciuki za powodzenie projektu. Ale hej! Jeśli w jakimś mieście mogą dziać się cuda (obok krytycznych porażek…), to przede wszystkim tam – we Wrotach Baldura.
