Setki godzin treści i tysiące pomysłów – Mewgenics to gra nie tylko dla kociarzy [RECENZJA]

Setki godzin treści i tysiące pomysłów – Mewgenics to gra nie tylko dla kociarzy [RECENZJA]
Chociaż The Binding of Isaac i jego rozmaite wersje to tytuły w większości już dość leciwe, to rzesza graczy nadal schodzi do piwnicy, by popłakać sobie na wrogów. Istnieje jednak ogromna szansa, że przynajmniej część z nich przerzuci się teraz na patohodowlę kotów i tworzenie z nich drużyn na modłę Dungeons & Dragons. Edmund McMillen, twórca Mewgenics, po raz kolejny rozbija bank!

Do Mewgenics powinna być dołączana ulotka o treści: „Minister zdrowia ostrzega – produkt silnie uzależniający”. Kiedy już go odpalisz, to przepadniesz na długie, długie godziny, kompletnie tonąc w tym porąbanym świecie zmutowanych miauczyńskich i stojących na ich drodze potworów. Jeden run nagle zmienia się w piętnaście, bo ciągle chcesz zdobyć i odkryć więcej. Ta specyficzna produkcja zdecydowanie nie trafi do wszystkich przez swoją kloaczną estetykę czy czarny humor, ale jak już kliknie, to na amen. 

Pierwsze koty za płoty

Zawiązanie fabularne nie ma większego sensu, ale kto by się tym tutaj przejmował. Niczym w jakiejś skrzywionej wersji Pokémonów, szalony naukowiec pozwala nam wybrać dwa „startery” w postaci zwichrowanych kotów i daje swoje błogosławieństwo na rozpoczęcie hodowli na wielką skalę. A po co nam te futrzaki? Aby mogły dla nas walczyć, oczywiście! Jednak po kolei. Zbyt wiele informacji naraz może człowieka przytłoczyć. Na szczęście Mewgenics umiejętnie dawkuje wiedzę, aby nas całkiem nie przysypać natłokiem mechanik. Wszystkiego dowiemy się w swoim czasie.   

Mewgenics

Mamy tu do czynienia z roguelite’em, który nie stawia na zręczność gracza, lecz na sprawność jego szarych komórek, umiejętność planowania… i szczęście. Nie biegamy małym chłopcem po mięsnych planszach jak w The Binding of Isaac. Tym razem toczymy taktyczne pojedynki na kwadratach niczym w niegrzecznej wersji Into the Breach. Przed wyruszeniem w drogę należy jednak zebrać (miauczącą) drużynę. 

Spośród dorosłych kotów, jakie zgromadzimy w naszym domku – czy to poprzez przygarnięcie ich z ulicy, czy też rozmnażanie podopiecznych – wybieramy maksymalnie czterech ś-miau-ków, różniących się początkowymi umiejętnościami i statystykami. Każdemu możemy przypisać jedną z klas postaci, niczym w standardowym RPG fantasy. Zaczynamy od klasyki gatunku, jak mag czy wojownik, ale w trakcie rozgrywki odblokujemy też nieco bardziej egzotyczne profesje, na czele z nekromantą lub majsterkowiczem. 

Kiedy przyklepiemy już zawód, kotu zostaną losowo przypisane klasowe umiejki do wykorzystania w walce. Jak to w rogalikach bywa, czasem trafi się nam złoto, a innym razem build ledwo się klei, ale trzeba radzić sobie z tym, co mamy, i próbować ugrać jak najwięcej. Nim wyślemy wychowanków na rzeź, można ich jeszcze wyposażyć w przedmioty dające bonusy do statystyk, nowe ataki czy możliwość uleczenia się. Ekwipunkiem można dowolnie żonglować pomiędzy potyczkami, co jest bardzo poręczne, zwłaszcza kiedy akurat znajdziemy coś lepszego. 

Mewgenics

Kotem po mapie

Możliwości eksploracji są na początku skromne, ale z biegiem rozgrywki odblokowujemy więcej aktów i biomów, które robią się coraz trudniejsze. Schemat pozostaje jednak podobny. Kocia drużyna wędruje sobie linią prostą pomiędzy punktami na mapie, napotykając na swojej drodze przygody różnego typu – można odnaleźć jakiś mniej lub bardziej użyteczny skarb, wziąć udział w krótkim evencie na zasadzie visual novel, gdzie wybieramy jedną ze statystyk futrzaka, by poradzić sobie z problemem (co kończy się dobrze albo bardzo niedobrze), lub dokonać zakupów w sklepie za zgromadzoną walutę. Niektóre wydarzenia mają wpływ nie tylko na danego koteła, ale na całość runu – i to długoterminowo. Biada nam, gdy wylosujemy ogień i nagle połowa planszy staje w płomieniach! Walki zrobią się przez to o wiele trudniejsze. 

A to właśnie walki stanowią gwóźdź programu i to na nich spędzimy lwią część czasu. Gdy tylko trafimy na pole z czaszką na mapie, zaczyna się starcie. Toczymy je na kwadratowych planszach wypełnionych specjalnymi polami (kamienie, kwas, trawa…), itemkami do zebrania (monety, złom, jedzenie…) oraz oczywiście przeciwnikami. Każdy biom ma innych niemilców, którzy mogą nam porządnie przetrzepać skórę. Szeroki wachlarz oponentów obejmuje dzikie koty, myszy, roboty, zombie, robaki, diabły i tak dalej. Gra zachwyca wręcz różnorodnością. 

Mewgenics

Wrogowie przeważnie zachowują się sensownie i wybierają takie akcje, aby jak najbardziej nakopać drużynie. O wygraną trzeba się postarać, wykorzystując pozycjonowanie i elementy terenu. Na przykład, jeśli zajdziemy przeciwnika od tyłu, zadamy większe obrażenia, a wepchnięcie go w zastawione uprzednio sidła może błyskawicznie wysłać go do krainy wiecznych łowów. 

Strategii na wygraną jest całe mnóstwo i to właśnie kombinowanie, jak najlepiej wykorzystać zdolności wszystkich podopiecznych, sprawia największą frajdę. Kiedy odkryjemy jakąś nieoczywistą synergię, czujemy się niemal jak geniusze. Po każdej walce losowy kot nabija poziom i może wybrać nową aktywną lub pasywną umiejkę (albo ulepszyć już posiadaną), a czasem dostać bonus do statystyk. Musimy szybko się nauczyć, które skille są najbardziej przydatne oraz jak je łączyć, by przynosiły satysfakcjonujące efekty. Inaczej nie poradzimy sobie z bossami. 

Mewgenics

Kotem i mieczem

Bossowie (i w mniejszym stopniu – minibossowie) zasługują zresztą na osobny akapit. W połowie poziomu, a potem na jego końcu, czeka nas starcie z potężniejszym przeciwnikiem, który chowa w rękawie sztuczki zmieniające zasady gry i dodatkowo uprzykrzające nam życie. Na przykład wielki szczur rzuca po planszy bombami o pokaźnym zasięgu. Jeśli nie rozbroimy ich w porę albo nie usuniemy się z pola rażenia, gorzko tego pożałujemy. Co więcej, potyczkom z „szefami” towarzyszą piosenki o żartobliwych tekstach powiązanych z kotami. To prawdziwe bangery wwiercające się w mózg. Nóżka sama chodzi i nie zdziwię się, jeśli soundtrack zdobędzie w tym roku jakieś nagrody. Nawet dziwnych miauknięć miło się słucha.  

Jeśli koty wrócą z wyprawy z tarczą, a nie na niej, przechodzą na zasłużoną emeryturę. Już więcej nie wyślemy ich w teren, lecz wciąż można je wykorzystać do rozmnażania, by przekazały dobre geny, albo ofiarować je jednemu z naszych nowo poznanych dziwnych znajomych, aby odblokować specjalne bonusy w postaci chociażby dodatkowych pomieszczeń w domku, mebli podnoszących komfort podopiecznych czy nowych klas postaci. Warto jednak na wszelki wypadek zostawić sobie kilka wysokolevelowych sierściuchów do obrony, gdyż nawet we własnym domu nie jesteśmy stuprocentowo bezpieczni…

Mewgenics

Contentu jest tutaj co niemiara. Kolejne klasy do odblokowania (i umiejki dla nich), mnóstwo przedmiotów do zdobycia, pełno lokacji do zwiedzenia… Aż może zakręcić się od tego w głowie. Fani rogalików będą wpiekłowzięci, bo czekają na nich dziesiątki, jeśli nie setki godzin świetnej zabawy przy rozkminianiu systemów tak, aby stworzyć jak najefektywniejsze kombinacje. A to wszystko w bardzo charakterystycznej oprawie graficznej przywodzącej na myśl Isaaca – czyli trzeba się nastawić na dużo ekskrementów, płodów i innego obrzydlistwa w karykaturalnym stylu. Jeśli ktoś ma wrażliwy żołądek i nie przepada za czarnym humorem, to całość może go odrzucić, bo dobrego smaku to tutaj ze świecą szukać. 

Miauknięcie końcowe

O ile humor i poczucie estetyki to odczucia subiektywne, o tyle w grze można znaleźć garść mankamentów bezpośrednio wpływających negatywnie na rozgrywkę. Po pierwsze summony przyzwane do pomocy inteligencją nie grzeszą i często popełniają samobójstwo, pakując się prosto do lawy czy w kolce, nim się do czegokolwiek przydadzą. Po drugie RNG potrafi być naprawdę bezlitosne i niektóre eventy na mapie mogą nawet pozbawić nas jednego z kotów bez żadnej możliwości uniknięcia tego losu. Po trzecie na początku walki nie rozstawiamy bohaterów na terenie, gra przydziela miejsca sama. Dlatego jeśli mamy pecha, a wróg jest szybki, to jego blitzkrieg ma szansę już na starcie wyłączyć kogoś z walki. 

Mewgenics

Po czwarte w opisach umiejętności przy zdobywaniu poziomu brakuje kluczowych informacji. Nie dowiemy się na przykład, jaki dany skill ma zasięg, co oczywiście stanowi problem. Po piąte nie znajdziemy tu przycisku cofnięcia akcji. Źle wymierzyłeś i ustawiłeś kota w niekorzystnym miejscu, myśląc, że dosięgniesz stamtąd przeciwnika? Trudno, nic z tym nie zrobisz. Boli to tym bardziej, że plansza bywa nieczytelna i łatwo przeoczyć ważne detale, jak na przykład jakiegoś robala ukrywającego się w trawie. Na dodatek, jeśli niemilec akurat schowa się gdzieś w rogu, to mogą go przysłonić elementy interfejsu!

Pewne niedociągnięcia nie zmieniają jednak faktu, że Mewgenics to świetna gra – nieprzyzwoicie wręcz długa i wypchana po brzegi zawartością, którą poznajemy stopniowo, nie nudząc się ani przez chwilę. Jeśli kupicie ją dzisiaj, to macie zapewnioną rozrywkę do końca roku, a i tak pewnie nie zdążycie w tym czasie odkryć wszystkich sekretów. Niech bogowie losowej szansy mają was w swojej opiece.

PODSUMOWANIE: Mewgenics to produkcja z charakterem, która mogłaby obdzielić zawartością wiele innych gier, a i tak sporo by jeszcze zostało. Jeśli dacie jej szansę, to pochłonie was na długie godziny. Polecam nie tylko kociarzom. 

OCENA: 9

PLUSY:

  • długa i wypchana zawartością
  • wciąga jak bagno
  • wymagające, lecz satysfakcjonujące walki
  • mnóstwo przedmiotów, klas postaci, umiejętności i sekretów do odkrycia
  • genialny soundtrack

MINUSY: 

  • estetyka i czarny humor mogą niektórych odrzucić
  • brak opcji cofnięcia akcji w przypadku pomyłki
  • RNG bywa dosłownie mordercze

Skomentuj