Pokémon Pokopia – recenzja. Nie mogę się oderwać od gry, na którą w ogóle nie czekałem

Pokémon Pokopia – recenzja. Nie mogę się oderwać od gry, na którą w ogóle nie czekałem
Pokémon Pokopia łączy pomysły z różnych gatunków i zaskakuje od samego początku świeżością, którą wnosi do dość skostniałej serii, zachwycając na wielu płaszczyznach. Odbudowywanie świata pokémonów uzależnia i jest szalenie relaksujące.

Muszę się Wam przyznać, że zamówiłem Pokopię w zasadzie wyłącznie z ciekawości i dlatego, że kocham tę markę od dziecka. Nie miałem wobec tej gry żadnych oczekiwań. Nie lubię ani Animal Crossing, ani Minecrafta, ani Stardew Valley – do których przed premierą najczęściej Pokopię porównywano – chciałem się po prostu przekonać, czy taki gameplay jest w stanie zatrzymać mnie przy grze.

Brzmi to dziś dla mnie samego bardzo zabawnie, bo od dnia premiery gram w Pokopię właściwie non stop – z przerwami na jedzenie, spanie i napisanie tej recenzji. Jestem absolutnie uzależniony od budowania lepszego świata dla moich pokémonów, poprawiania im standardu życia oraz odkrywania nowych tajemnic tego „klockowego” uniwersum. Pokopia to dla mnie na razie największe zaskoczenie w bibliotece Switcha 2 i – nie wierzę, że to mówię – moja ulubiona gra z pokémonami w roli głównej.

Pokémon Pokopia

Wszystko tu „kliknęło”

No dobrze, ale co właściwie sprawia, że Pokopia jest tak świetna? Bardzo długo zastanawiałem się nad odpowiedzią na to pytanie. Jak wytłumaczyć, że uzależniłem się od pielęgnowania moich stworków i budowania im nowych domków? Przede wszystkim Pokopia daje poczucie wolności i nieskrępowanej zabawy. Dostajemy tu puste płótno, które możemy zapełnić tym, czym chcemy. Nic nie stoi na przeszkodzie – poza czasem – aby zrównać z ziemią niemal cały fragment mapy i zbudować tam coś zupełnie nowego.

W pewnym momencie zdecydowałem się dosłownie rozebrać całą górę, żeby zrobić miejsce dla moich trawiastych pokémonów. Zamiast piasku i kamieni pojawiła się żyzna gleba, zasadziłem kwiaty, trawę, drzewa i inne rośliny, doprowadziłem wodę i w ten sposób Bulbasaur, Ivysaur, Oddish, Bellsprout, Hoppip oraz inne stworki mogą żyć razem w środowisku, które im odpowiada.

Bellsprout był tak zadowolony z nowego domu, że w ciągu dwóch dni wyprodukował mi chyba ze 20 sztuk liny (vine ropes). Nieco później musiałem zająć się także schronieniem dla Excadrilla, bo potrzebował więcej cienia. Wsadziłem go więc do niezbyt zgrabnej ziemianki, ale pokochał ją od pierwszego wejrzenia. Satysfakcja z przygotowania pokémonowi idealnego środowiska do życia jest naprawdę bezcenna.

Pokémon Pokopia

Mógłbym tak opowiadać o moich podopiecznych bez końca, ale chyba rozumiecie już, dokąd zmierzam. Solą Pokopii są właśnie interakcje ze stworkami, które ciągle mają jakieś potrzeby. Jedne chcą po prostu pogadać, inne poprawić sobie komfort życia, a jeszcze inne pokazują coś ciekawego. To masa drobnych aktywności razem składających się na niezwykle uzależniającą całość.

Myślę też, że wrażenie świeżości wynika w Pokopii z tego, iż rola pokémonów jest tu zupełnie inna niż w głównych odsłonach serii. Zamiast „złapać je wszystkie”, staramy się teraz „dogodzić im wszystkim”. Same stworki nie są tylko biernymi wykonawcami naszej woli. Mają własne osobowości, potrzeby, mocne i słabe strony, potrafią zbierać i przetwarzać różne materiały. Daje to bardzo przekonujący obraz społeczności pokémonów, która wspólnymi siłami próbuje odbudować świat po kataklizmie.

Pokémon Pokopia

Fabuła wcale nie leży

Co ciekawe, Pokopia ma też całkiem angażującą i dobrze poprowadzoną fabułę – moim zdaniem lepszą niż to, co od kilku lat dostajemy w głównych odsłonach serii. Bez większych spoilerów mogę powiedzieć, że wcielamy się w Ditto – pokémona zdolnego przybrać niemal dowolny kształt. Naszym zadaniem jest odbudowa świata, który z niewiadomych przyczyn opustoszał. Nie ma tu żadnych ludzi, a pokémony pojawiają się tylko wtedy, gdy przywrócimy ich naturalne środowisko do życia. Trzeba więc sadzić trawę i drzewa, budować sklepy albo ustawiać przedmioty w odpowiednich konfiguracjach.

Po drodze odkrywamy nowe regiony, poznajemy sekrety świata sprzed zniknięcia ludzi, a w tej podróży towarzyszą nam kolejne pokémony – z profesorem Tangrowthem na czele. Twórcy dobrze przemyśleli także system progresji. Na początku dysponujemy mocno ograniczonym zestawem umiejętności i receptur rzemieślniczych, ale gra stopniowo odkrywa przed nami nowe możliwości. Co ważne, nie prowadzi nas za rękę, tylko zachęca do samodzielnego szukania rozwiązań.

Pokémon Pokopia

Po kilkunastu godzinach zaczynamy czuć się bardziej jak zawodowy budowniczy – i jest to ciekawy kontrast wobec zagubionego Ditto z początku przygody. Pod koniec fabuły odblokowujemy nawet tak zaawansowane rozwiązania, że możliwe staje się wznoszenie całych farm z automatycznym nawadnianiem, elektrowni zasilających wioski czy systemów kolei. Przypomina to bardziej skomplikowane mechanizmy zabawy znane z Factorio czy Minecrafta. Coś pięknego.

Wszystko jest pozytywne

Czas w Pokopii, podobnie jak w Animal Crossing, płynie w tempie rzeczywistym. Jeśli powierzymy pokémonom budowę domu i powiedzą, że będzie gotowy jutro – to faktycznie dopiero następnego dnia zobaczymy efekt ich wysiłków. Dzięki temu gra sprawia wrażenie produkcji, w której nie trzeba się z niczym spieszyć. Wszystko odbywa się metodycznie i raczej powoli.

Podoba mi się także bardzo pozytywny charakter całości. Każdy pokémon jest przyjazny i chce pomóc w zmienianiu życia swojego i innych stworków na lepsze. Nasze działania spotykają się z entuzjazmem, a chętnych do pracy nigdy nie brakuje. Wiem, że może to brzmieć trochę infantylnie, ale naprawdę doceniam tę atmosferę. Pokopia pozwala oderwać się od codziennych trosk i zanurzyć w świecie, który jest po prostu… milszy.

Pokémon Pokopia

Game Freak patrzy i nie dowierza

Nie wierzę, że piszę to o grze z pokémonami w roli głównej, ale sporą zaletę Pokopii stanowi warstwa techniczna. Oprawa graficzna jest kolorowa, „klockowa” i bardzo przyjemna dla oka. Całość utrzymano w bajkowej stylistyce i wygląda to naprawdę dobrze. Produkcja nie próbuje bić rekordów realizmu, tylko bardzo sprawnie funkcjonuje w ramach swojej estetyki.

Najbardziej podobają mi się jednak projekty samych pokémonów. W tej pobocznej odsłonie stworki wypadają lepiej niż w wielu głównych częściach serii. Są staranniej narysowane, mają więcej detali i potrafią wyrażać więcej emocji. W Pokémon Legends Z-A szczególnie przeszkadzało mi to, że postacie wyglądały sztucznie – jak plastikowe modele wyjęte z 3DS-a i podbite przez AI. W Pokopii ten problem praktycznie nie istnieje.

Pokémon Pokopia

Gra działa też w płynnych 60 klatkach na sekundę i rozdzielczości 1080p, więc pod względem technicznym trudno mieć większe zastrzeżenia. W trybie przenośnym rozdzielczość oczywiście trochę spada, ale na ekranie Switcha 2 nadal przedstawia się to bardzo dobrze. Jedynym wyraźnym minusem jest brak języka polskiego. A czytania w Pokopii mamy sporo, więc dla najmłodszych fanów „poksów” może to być pewna przeszkoda.

To nie jest Animal Crossing (chociaż trochę tak wygląda)

Muszę też wyjaśnić jedną rzecz. Na pierwszych zwiastunach Pokopia prezentowała się niemal jak klon Animal Crossing – z uprawą roślin i dekorowaniem domków na czele. Choć te elementy rzeczywiście są w grze obecne, na tym podobieństwa w dużej mierze się kończą. Dzieło idzie w zupełnie innym kierunku i stawia przede wszystkim na eksplorację, budowanie biomów oraz interakcje z pokémonami.

Dużo więcej wspólnego ma z Minecraftem, gdzie kreatywność i eksploracja również są na pierwszym miejscu. Od wspomnianego sandboxa odbiłem się jednak przez brak fabuły i surową oprawę graficzną. W Pokopii to właśnie pokémony dodają temu światu magii, a kopanie kolejnych bloczków ma większy sens, bo wszystko robimy po to, by poprawić warunki życia stworków.

Pokémon Pokopia

Skala świata jest też mniejsza niż w Minecrafcie, a lokacje nie są generowane proceduralnie – zostały zaprojektowane ręcznie przez twórców. Dzięki temu pełno w nich sekretów, znajdziek i ukrytych miejsc, które naprawdę chce się odkrywać.

Największe zaskoczenie w historii serii

Mam wrażenie, że nawet samo Nintendo nie do końca wierzyło w sukces Pokopii. Wystarczy wspomnieć, że wydano ją na znienawidzonym przez graczy Game Key Cardzie – mowa o rozwiązaniu, którego „wielkie N” nie stosuje w swoich własnych produkcjach. Pokopia została bowiem stworzona przez Koei Tecmo we współpracy ze studiem Game Freak, a nie bezpośrednio przez Nintendo. Jestem przekonany, że gdyby przewidziano, jak bardzo gracze pokochają ten tytuł, trafiłby on na klasyczny kartridż.

Dla mnie to zdecydowanie największa pozytywna niespodzianka w historii serii Pokémon. Dawno nie zdarzyło się, abym na jakąś grę w ogóle nie czekał, a po premierze zaskoczył się, że nie mogę się od niej oderwać. Pokopia pokazuje, że po 30 latach obecności na rynku w marce Pokémon nadal drzemie ogromny potencjał. Trzeba go tylko umieć wykorzystać.

Pokémon Pokopia – podsumowanie i ocena

OCENA: 9

PODSUMOWANIE: Pokémon Pokopia to najlepsza gra z kieszonkowymi stworkami od wielu lat. Świetnie łączy uzależniający gameplay oraz ciekawe projekty poziomów z lubianym uniwersum, tworząc zgrabny i świeży miks kilku gatunków.

PLUSY:

  • interakcje z pokémonami to coś pięknego;
  • uzależniający i relaksujący gameplay;
  • masa sekretów, ciekawostek i innej zawartości poza główną fabułą;
  • całkiem interesująca historia z odbudowywaniem świata po kataklizmie;
  • ładne projekty pokémonów;
  • dobra wydajność i przyjemna dla oka oprawa graficzna.

MINUSY:

  • niektóre questy główne opisane są dość ogólnikowo;
  • zarządzanie ekwipunkiem potrafi być wyzwaniem;
  • brak języka polskiego.

Skomentuj