Emocje wokół Snape’a już opadły? To pogadajmy o tym, jak „Harry Potter” stał się castingowym automatem marketingowym

Emocje wokół Snape’a już opadły? To pogadajmy o tym, jak „Harry Potter” stał się castingowym automatem marketingowym
HBO zwodowało trailer do serialu „Harry Potter” i wyszło tak jak mogliśmy się spodziewać. Porównania, umiarkowanie pozytywne reakcje i wrzask wokół castingu na Severusa Snape’a. To ostatnie okazuje się częścią medialnego rytuału, który jednak wciąż smuci.

W haśle Harry Potter tkwi tak wielka magia, że pozwala wyczarować spory przychód. Oczywiście, by równy dopływ gotówki osiągnąć, trzeba też użyć zaklęć ochronnych lub wzmacniających. W tym specjalizuje się oczywiście marketing oraz ludzie odpowiedzialni za decyzje, nazwijmy to, strategiczne. Ci, którzy zdecydowali, że filmy – choć jeszcze dobrze nie wystygły – i sukces Hogwarts Legacy to za mało. Trzeba trzaskać kapuchę dalej, bo, jak stwierdził bohater Sapkowskiego w „Wiecznym Ogniu” – „cokolwiek by się nie działo, interes musi się kręcić”. 

Żyjemy w 2026, nie mogło obyć się bez „kontrowersyjnych” decyzji i negatywnego szumu medialnego. Tym razem poszło o Snape’a granego przez Paapę Essiedu i to jest ten moment, kiedy człowiek zaczyna się zastanawiać, czy decyzję podjęto ze względów artystycznych, czy by zapewnić sobie rozgłos, a więc i obracać większymi pieniędzmi.

Harry Potter i potencjalna góra pieniędzy

Przecież wszyscy na tym zarabiają. Media jak my. Kanały broniące, jak i atakujące temat, a wraz z nimi reklamodawcy od podłożonych linków referencyjnych. PR-owcy, którzy grindują tłuste nadgodziny. Nawet moderatorzy kanałów socialowych (jeśli są zatrudnieni). No po prostu – Harry Potter każdemu z nas przysponsorował chociaż kilka obiadów. Szkoda, że i tak niesmak pozostaje. Bo przynajmniej kilka stron – najgłośniej atakujący oraz studio, które to kapitalizuje i na rozgłosie zarobi – dokładają do toksycznej atmosfery wokół produkcji, która powinna łączyć, a nie dzielić.

Widzicie, każdy ma prawo do fantazji i interpretacji. Każdy, niezależnie od tożsamości może chcieć być Harrym Potterem, Spider-Manem czy… Severusem Snape’em. Nie dziwi więc, że powstają kolejne fanfiki, self-inserty czy nawet nowe, oficjalne i komercyjne adaptacje znanych dzieł w różnych mediach. Tak jak niegdyś snuto i spisywano różne wersje mitów dopasowane do danego kręgu kulturowego. Bardzo podobne opowieści łączyły przecież Rzymian i Greków czy Germanów i Skandynawów.

fot. Warner Bros.

Nie dziwi więc, że właściciele praw próbują nam wciskać kolejne wersje niemal mitycznych bohaterów. To mariaż zdrowego zjawiska (reinterpretacja dostosowana do wymagań danego pokolenia i regionu) z klasycznym, korporacyjnym wyrachowaniem (tempo tworzenia nowych wersji). Właśnie tak wypada decyzja nakręcenia serialowego „Harry’ego Pottera” raptem 15-16 lat po premierze „Insygniów Śmierci”. Filmowa seria wciąż żyje w pamięci, memosferze, puszczamy ją kolejnym pokoleniom (o książkach nie wspominając). Jasne, może sam serial okaże się porządny, na razie ciężko stwierdzić po trailerze – ale jeszcze trudniej określić, czy ktoś poza producentami potrzebował nowej interpretacji na już.

Severus Snape i wielki krąg życia

Niestety, decyzja obsadzenia Severusa Snape’a przez Essiedu to już czysta gra medialna, a więc kalkulacja. To porządny aktor, kto wie, może zabłyśnie w roli słynnego nauczyciela. Gdyby na Potterze łap nie trzymał wielki kapitalistyczny kombajn, wierzyłbym, że casting ma jakiś sens. Że może chodzi tu o jakieś prowokacyjne przesuwanie Okna Overtona (granic tolerancji odbiorcy na dany czynnik) tak daleko jak się da, by potem po prostu pewne rzeczy nikogo nie zaskakiwały. Czy byłoby to ryzykowne, biorąc pod uwagę bardzo precyzyjny opis antybohatera? 

No pewnie, jednak już nie tylko twórcy, ale też właściciele praw potrafią zmienić to, jak postrzegamy intencje całej grupy nadawców. Liczy się też kontekst. Ten zaś sugeruje, że korpogłowy zdecydowały się skapitalizować społecznościowe nastroje w sieci. Wykorzystać ekosystem youtube’owych marud i ich komentatorskich dronów. Wykorzystać wolne, wiecznie niezadowolone elektrony – ale też zwykłych odbiorców, którzy dotąd utożsamiali się albo chociaż byli przyzwyczajeni do konkretnego wizerunku postaci. Sami wiecie, jak doskonale sprzedaje się negatywny PR, negatywna informacja. Te pozytywne – szybko wchłaniamy i idziemy dalej. Mniej przyjemne, sprzeczne z czymś, bardziej agresywne – wypalają się w podświadomości, dyskutujemy o nich dużo dłużej. 

Harry Potter i insygnia nienawiści

Powstały o tym całe opracowania psychologiczne, medioznawcze, reportaże (osobiście polecam „Nienawiść sp. z.oo.”). Wielkie studia przerabiały to już nie raz i nie dwa w różnych odmianach na przestrzeni ostatnich 15-20 lat, a może tak naprawdę odkąd snujemy historie – bo przecież zawsze znalazł się powód do wszczęcia krucjaty, czy to fizycznej i pikietowania pod kinami, czy to internetowej.

Decydenci musieli doskonale wiedzieć, że rzucają aktora pod koła publiczności w tej sytuacji. Że sytuacja zaowocuje pożarem. Pytanie, czy Essiedu był gotowy na taką sytuację i wiedział, w co się pakuje. Raczej nie urodził się wczoraj, ale nigdy nie wiadomo, kto co przewiduje, a co nie. Ostateczny rezultat jest taki, że facet dostał groźby śmierci od anonimowych patafianów za to, że chce po prostu wykonywać robotę, do której został zatrudniony. Dlatego mam nadzieję, że gratyfikacja (tak finansowa, jak i emocjonalna czy pod względem rozwoju kariery) będzie należyta.

fot. Warner Bros.

Najzabawniejsze, że na poziomie przekazu i w nieco innym klimacie – wybór osoby ciemnoskórej na Snape’a byłby całkiem mądrym i ciekawym posunięciem. Severus jak mało która postać w Świecie Czarodziejów, obok może Pottera z wczesnych tomów, nadaje się do opowiadania historii o frustracji ludzi wykluczonych, a więc o człowieku skrzywdzonym i gniewnym – człowieku, który mimo tego wszystkiego, mimo goryczy, próbuje robić to, co słuszne. Umówmy się, jeszcze nie wszystkie nierówności na tle rasowym zasypano, jak bardzo byśmy tego nie wypierali.

Niestety, wyszło jak wyszło. Zamiast refleksji – mamy kwas, liczenie wyświetleń oraz trochę niesmaku. Oczywiście, afera robi mniejsze wrażenie niż te, które rozsadzały sferę komentarzy kilka lat temu, bo to kolejny przypadek, jakich wiele. Przebodźcowaliśmy się i już trochę znudziliśmy. Mało kto naparza się w temacie z werwą, jak niegdyś, niektórzy działają wręcz jak automat. Jest jak jest. Niemniej, istnieje w tej dyskusji czynnik ponad podziałami. Coś, co łączy obrońców i atakujących. Fakt, że twórcy mogli sobie darować ten przeklęty zamek błyskawiczny.

Skomentuj