World of Tanks: Heat chce być jak Call of Duty i hero shootery, tylko z samymi czołgami. I właśnie o takie czołgi nic nie robiłem! [JUŻ GRALIŚMY]

World of Tanks: Heat chce być jak Call of Duty i hero shootery, tylko z samymi czołgami. I właśnie o takie czołgi nic nie robiłem! [JUŻ GRALIŚMY]

Gdy w widowiskowej kuli ognia odlatuje wieżyczka wrogiego czołgu, który właśnie trafiłem pociskiem naprowadzanym, a dwaj pozostali przeciwnicy zaczynają ze mną taniec śmierci na bliskim dystansie, czuję adrenalinę, jakiej od dawna brakowało mi w World of Tanks. W WoT-a trzeba grać taktycznie, doskonale znać mapy, a jeden bezmyślny błąd kończy się powrotem do garażu. Heat, nadchodząca darmówka Wargamingu, zmienia zasady zabawy, wprowadzając masę dynamiki, a także nutkę hero shooterów. I zapowiada się naprawdę nieźle.

First Person Czołger

Gdyby World of Tanks było człowiekiem, chodziłoby do liceum, a za dwa lata mogłoby głosować w wyborach. W branży gier 16 lat to cała epoka, więc chociaż WoT jest całkiem żwawym staruszkiem, nie dziwi, że jego twórcy – firma Wargaming – szukają sposobów na przyciągnięcie kolejnych graczy. Jednym z ich ostatnich pomysłów jest odmieniona wersja „Czołgów” o podtytule Heat. 

Nowe World of Tanks zabiera nas w czasy współczesne. I to podwójnie, gdyż wśród pojazdów występują głównie nowoczesne wozy pancerne (nie znajdziecie tu żadnego Tygrysa, Pantery czy innego T-34), ale też w kontekście zasad, bowiem Heat jest świeżą w swoich założeniach strzelanką. Pełnymi garściami czerpie z najbardziej przebojowych gier sieciowych na rynku, dodając np. postacie dowódców z całkiem przydatnymi umiejętnościami i wyrazistymi charakterami.

World of Tanks: Heat

Rozgrywką przypomina nietypowe, bo czołgowe, Call of Duty. Już same tryby zabawy zostały żywcem wyjęte z popularnych FPS-ów – mamy tutaj potwierdzone zabójstwo (jesteśmy nagradzani za zgarnięcie żetonu, który pojawia się w miejscu śmierci wroga), klasyczną dominację (obie drużyny walczą o kilka stref na mapie) i jej nowszy wariant w postaci umocnionego punktu (musimy zdobyć, a następnie obronić jeden wskazany punkt na mapie; po chwili gdzie indziej pojawia się nowy punkt, a stary znika). Co miłe i odświeżające, nie znajdziecie tutaj trybów rozgrywki z World of Tanks.

Czterej pancerni i ulti

W nowym dziele Wargamingu na pole bitwy nie wybieramy tylko pojazdów. Ważną rolę odgrywają też wspominani dowódcy, stylizowani na wyczilowanych luzaków, mających swoje powiedzonka (usłyszycie między innymi żarciki nawiązujące do Fallouta czy filmu „Gran Torino”) oraz modne stroje. Tak, kojarzą się z operatorami z Call of Duty, ale na szczęście nie są tak odjechani jak bohaterowie z Apex Legends. I choć nie przepadam za takimi nowinkami w grach, czołgowi herosi specjalnie mi nie przeszkadzali.

World of Tanks: Heat

Każdy dowódca ma pod swoją komendą dwa podobne do siebie pojazdy, z których tylko jeden wybieramy do bitwy, a także wspólną dla nich umiejętność specjalną, coś na wzór „ulti” z gier sieciowych. Ładuje się dość długo, ale mądrze odpalona może przechylić na naszą stronę szalę zwycięstwa w konkretnym starciu w trakcie danej batalii. Mój ulubieniec, czyli zamaskowany Hound, potrafi wezwać pocisk wystrzeliwany z myśliwca, który następnie można ręcznie naprowadzać aż do momentu trafienia. Przy zabójstwie pocisk od razu się odnawia i możemy znowu z niego skorzystać, dlatego warto na początku dobijać nim rannych wrogów.

Pimp My Tank

Czołgi także mają swoje umiejętności specjalne, a ich różnorodność równa jest bogactwu możliwości, jakie dostępne są na współczesnym placu boju. W moim ulubionym pojeździe, kołowym wozie rozpoznawczym AMX-10RC, był to dron podświetlający wrogie maszyny – bardzo przydatna zdolność, pozwoliła mi zresztą nieraz uniknąć wyjechania wprost na kilka gotowych do strzału luf. Drugą umiejętnością mojego AMX-a jest naprowadzany pocisk, który – niczym ręczne wyrzutnie Javelin, dziesiątkujące rosyjskie czołgi w początkowej fazie wojny w Ukrainie – uderza we wrogi pojazd z góry, zdając mu spore obrażenia, a także na chwilę go unieruchamiając.

Twórcy wszystkie tanki podzieli na trzy typy. Wielu graczy w WoT-a ucieszy się, że nie znalazła się wśród nich artyleria, choć umiejętności czy skille dowódców trochę ją zastępują (opisany wyżej pocisk kierowany z samolotu może z zaskoczenia trafić każdego wroga na mapie). 

World of Tanks: Heat

Mamy więc czołgi obronne, czyli mocno opancerzone bestie (jak np. M1 Abrams), których celem jest walka na pierwszej linii frontu i branie na klatę wrogiego ognia. To właśnie te potężne jednostki powinny zajmować punkty czy wyjeżdżać frontem na nieprzyjaciela. Drugą grupę stanowią czołgi snajperskie – słabo opancerzone, ale za to szybkie i doskonale radzące sobie na dystans. Trzecia kategoria jest największa, a więc i mocno różnorodna. To czołgi szturmowe, wśród których znajdują się ciężej opancerzone M60, ale także nietypowy Obj. 287, który pancerza ma niewiele, za to błyskawicznie się przemieszcza, nieraz po prostu jeżdżąc między wrogimi pojazdami i całkiem skutecznie z bliska je masakrując.

Nikogo nie powinno dziwić, że pomiędzy meczami czołgi można dodatkowo ulepszać. Im dłużej nimi gramy, tym wyższy wbijamy na nich poziom, a co za tym idzie, tym więcej odblokowuje się różnych wzmocnień. Możemy więc między innymi postawić na większą dynamikę jazdy, skrócenie cooldownów umiejętności czy szybsze ładowanie działa. W podobny sposób rozwijamy oczywiście także samych dowódców. Nic szczególnie odkrywczego, ale dodaje grze niezbędnej głębi, a zabawie celowości, a ja lubię, gdy grind przynosi konkretne korzyści.

World of Tanks: Heat

Ewolucja, nie rewolucja

Jeśli zastanawiacie się, czy Wargaming stworzył kolejnego hero shootera, moja odpowiedź brzmi: nie. To po prostu dynamiczna strzelanka wprawdzie czerpiąca z najpopularniejszych obecnie gatunków, ale nie w sposób niewolniczy. Czuję tu mocno DNA World of Tanks, ale to DNA, która przeszło konieczną ewolucję. 

W „Czołgi” grywam już od ponad 10 lat, mam więc do tego tytułu sporą słabość. A jednak od dawna nie udaje mi się na nowo wciągnąć w zabawę – i to mimo wielu prób. Wracanie dziś do WoT-a można porównać do powrotu do szachów, w których pojawiły się nowe figury, a my nie mamy pojęcia, jak zachowują się na planszy. Dodatkowo mecze są dość schematyczne – wystarczy popełnić drobny błąd, gdy nie znamy nowej lub zaktualizowanej mapy, i bum… w oparach ognia sfrustrowani wracamy do garażu.

World of Tanks: Heat

Heat to nowy tytuł, więc znacznie łatwiej połapać się tu w tym, co i jak. Nie ma setek pojazdów, nie ma dziesiątek map – przynajmniej na razie. Do tego pojedynczy błąd aż tak wiele nie kosztuje – wszak w każdym trybie rozgrywki po śmierci po prostu się odradzamy, a czas oczekiwania nie jest zwykle dłuższy niż 10 sekund. W efekcie gracze znacznie więcej ryzykują, a gameplay jest dzięki temu dynamiczniejszy. To przyjemna, wysokooktanowa rozrywka, w której przez te kilka godzin beta-testów czułem znacznie więcej ekscytacji niż przez ostatnie lata w World of Tanks.

Jest dobrze

Starcia okazują się tu szybsze niż w World of Tanks, ale daleko im do tempa Call of Duty czy innych strzelanek. I mnie to bardzo przypadło do gustu, bo rozgrywka wybacza drobne błędy. Wrogowie nie są w stanie zniszczyć nas jednym strzałem, więc w razie pomyłki możemy spróbować się wycofać, odzyskać zdrowie i po chwili zaatakować z innego kierunku. Można również skupić się na wymagającej większego skilla walce na bliski dystans, ale da się też całkiem przyjemnie „posnajpić” z daleka – i co ważne, nie jest to tak frustrujące dla ofiary jak wpadnięcie na kampera w CoD-zie, bo zazwyczaj po przyjęciu jednego czy dwóch strzałów mamy szansę ucieczki spod wrogiego ognia.

World of Tanks: Heat

Wyznam, że w trakcie weekendowych testów bawiłem się znakomicie. Sprawdzałam różnych dowódców i ich pojazdy. Uczyłem się nowej gry. Czasami zaliczałem świetne, wyrównane mecze, a kiedy indziej rzucałem mięsem, gdy przeciwna drużyna była lepiej zorganizowana i miażdżyła nas niczym czołg rozjeżdżający samochód osobowy. Dawno nie doświadczyłem takiej frajdy w sieciowej grze, stąd paradoksalny może wydawać się mój… niepokój. Nie chodzi o to, że występowały tu jakieś błędy, bo Heat działał bardzo przyzwoicie nawet na moim leciwym PC (GTX 1070), a i na konsoli PS5 sprawował się wzorowo. Martwię się, że grze zaszkodzi… TikTok.

Flashbacki z przeszłości

Boję się, że Heat może się Wargamingowi nie udać. Nastał trudny okres dla branży gier i nowe produkcje mają teraz pod górkę. Bo po co inwestować w nie czas, skoro na dysku czeka kilka innych darmówek, w których spędziliśmy już setki godzin i wydaliśmy kasę na różne skórki czy inne pierdółki? Wszyscy mamy też coraz mniej wolnych chwil, które można by przeznaczyć na nowe gry czy książki, a media społecznościowe z sukcesem pożerają resztki owych momentów wytchnienia. Zgadza się, TikTok i inne podobne mu platformy wpływają również na branżę gier wideo.

Co gorsza, Wargaming nie miał ostatnio szczęścia. Smutny los spotkał jego poprzednią grę sieciową – Steel Hunters – efektowną i niezłą strzelanką, w której zasiadaliśmy za sterami potężnych mechów, przypominających nieco te z filmu „Pacific Rim”. Taka produkcja 10 lat temu może nie podbiłaby rynku, niemniej mogłaby liczyć na przyzwoite zainteresowanie. Niestety w obecnych czasach jest inaczej. Popularność Steel Hunters po premierze okazała się zbyt mała i wydawca błyskawicznie ukręcił łeb całemu projektowi, nad którym przez kilka lat pracowało ponad 200 osób. Dlatego mocno trzymam kciuki za Heata. Zapowiada się na ciekawą strzelankę z czołgami i nieźle się bawiłem, ale to także po prostu świeża produkcja w niszy, w której od dawna niewiele się działo. Bo ileż w końcu można grać w te same, nawet jeśli stale aktualizowane, gry? Niech więc to się wreszcie uda.

Skomentuj