Nintendo DS – mały, ale wariat!
To opowieść o tym, jak intuicja i zrozumienie potrzeb graczy (nawet tych, którzy jeszcze nie wiedzieli, że nimi są) pokonały czystą moc obliczeniową. Kiedy bowiem Nintendo zapowiadało swoją nową konsolę przenośną, wielu obserwatorów rynku oczekiwało, że po gigantycznym sukcesie Game Boya Advance firma pójdzie w stronę „więcej mocy, większy ekran, lepsza grafika”. A tu zonk! Nintendo wybrało zupełnie inną drogę.
Prace nad konsolą ruszyły w tajemnicy na początku lat 2000. Projekt o kodowej nazwie „Nitro” miał zrealizować pomysł, który dawno temu zrodził się w głowie Hiroshiego Yamauchiego, wieloletniego prezesa Nintendo: „Dajcie graczom dwa ekrany”. Choć brzmiało to jak powrót do idei archaicznych już pozycji z serii Game & Watch, ówcześni konstruktorzy udowodnili, że można to zrobić zupełnie inaczej, na miarę technologii XXI wieku.
Mały, biedny, innowacyjny
Nintendo DS zadebiutował 21 listopada 2004 roku w USA, a 11 marca 2005 w Europie. Pod względem technologicznym był… zadziwiająco skromny. Podczas gdy Sony wpakowało do trafiającego na rynek w tym samym czasie PlayStation Portable panoramiczny ekran 4,3 cala (480 × 272, 32 MB RAM-u itd.), DS zawierał zaledwie 4 MB RAM-u. Miał wprawdzie aż dwa trzycalowe wyświetlacze TFT LCD – ale o rozdzielczości 256 × 192 pikseli każdy, czyli w sumie niewiele lepsze od ekraniku Game Boya Advance. Bieda? Niekoniecznie.
DS to nie była miniaturowa konsola stacjonarna, tylko coś świeżego, innego. Dolny ekran stanowił bowiem panel dotykowy (acz był to ekran oporowy, a nie pojemnościowy jak we współczesnych smartfonach) – obsługiwany palcem lub dołączanym rysikiem.
Dotykaj, głaszcz, tnij i dmuchaj!
Dotyk zaś zmieniał rozgrywkę w coś bardzo naturalnego i intuicyjnego – tam nie sterowałeś postacią, nie zastanawiałeś się, „czym się skacze” itd., po prostu dotykałeś, rysowałeś, a nawet dmuchałeś we wbudowany mikrofon (np. gasząc w ten sposób świece). Albo i krzyczałeś do niego – czasem sama intensywność głosu gracza miała wpływ na działania prowadzonej postaci! Ba, nawet samo zamknięcie (na moment) rozkładanej obudowy DS-a bywało elementem rozgrywki, jak np. w The Legend of Zelda: Phantom Hourglass! W The World Ends with You sterowało się jednocześnie dwiema postaciami na dwóch ekranach. A rysikiem można było… operować ludzi (w Trauma Center: Under the Knife, unikalnym połączeniu symulatora chirurgii z visual novel).
Warto wspomnieć też o Nintendogs – symulatorze opieki nad psem, sterowanym głosem i dotykiem, czy o Brain Age’u – czymś w rodzaju treningu umysłu, bardzo popularnym wśród seniorów (był to program stworzony przez Nintendo we współpracy z neurobiologiem).
Coś dla każdego!
Należy się też parę słów fenomenowi PictoChatu, czyli zaimplementowanemu w DS-ie komunikatorowi LAN, niewymagającemu połączenia z internetem. Konsola tworzyła własną (lokalną) sieć bezprzewodową o zasięgu ok. 30 metrów. Aplikacja pozwalała na przesyłanie tekstu pisanego na klawiaturze ekranowej oraz – co było kluczowe – odręcznych rysunków. Był to pierwszy przedsmak mediów społecznościowych dla milionów dzieciaków, gdy o FB i smartfonach nikomu się jeszcze nie śniło.
Na DS-ie grali w sumie wszyscy – dzieci i dorośli, mężczyźni i kobiety, hardkorowcy i casuale, a także ludzie, którzy nigdy wcześniej nie mieli styczności z wirtualną rozrywką. I każdy znajdował coś dla siebie. Bo też biblioteka gier na DS-a to imponujące ok. 3300–3500 tytułów, które łącznie sprzedały się w ponad 950 milionach egzemplarzy. W tym: New Super Mario Bros. – prawie 31 milionów, Nintendogs – blisko 24 miliony, Mario Kart DS – 23,6 miliona, Brain Age – ponad 19 milionów. Do tego wszystkiego DS oferował jeszcze wsteczną kompatybilność z produkcjami na Game Boya Advance!
Fajne! Biere to!
No i ludzie to kupili – dosłownie. Także dlatego, że DS jak na ówczesne czasy miał umiarkowaną cenę, rzędu 150 dolarów. W USA w pierwszym tygodniu sprzedano ponad 500 tysięcy sztuk tej konsolki. Do końca 2004 roku nabywców znalazł tam milion, a w sumie na całym świecie 2,8 miliona egzemplarzy. W połowie 2005 światowa sprzedaż osiągnęła 6,65 miliona sztuk. A do momentu zakończenia produkcji w 2013 rozeszło się ok. 154 milionów egzemplarzy tego handhelda (z czego większość to wersja DS Lite z 2006 – lżejsza, smuklejsza, z jaśniejszymi ekranami i lepszą baterią ). Do dziś jest to druga najlepiej sprzedająca się konsola przenośna w historii(*) i trzecia najlepiej sprzedająca się konsola wszech czasów.
Nintendo DS to lekcja, którą ta firma powtarza z sukcesem do dziś (patrz: Wii czy Switch). Brzmi ona: „Nie zawsze musisz być największy, najpiękniejszy czy najmocniejszy, by odnieść sukces. Czasem wystarczy po prostu być innym niż reszta”… Dodałbym do tego: „I jeszcze trafić w swój czas”. O czym boleśnie przekonał się następca DS-a, czyli 3DS. Ale o nim to już poczytacie w CD-Action 02/26 (a więcej o historii Nintendo w nadchodzącym numerze!).
PS Akronim DS oznaczał „Dual Screen”, ale Nintendo promowało tę konsolkę również jako „Developers’ System”, sugerując łatwość tworzenia gier.
(*) O ile Switcha, który niedawno wyprzedził DS-a, zaliczymy do typowych konsol przenośnych.