„Carrie” – recenzja serialu. Tak wygląda horror cyberprzemocy
Historię Carietty White zapewne zna większość z was, a jeżeli nie, to odsyłam do powieści Stephena Kinga. Co prawda Flanagan stworzył własną wizję bohaterki i jej otoczenia, ale sam fundament przemycił z oryginalnej wersji. Zamiast lat 80. dostajemy XXI wiek ze wszystkimi swoimi problemami, a głównie ze smartfonizacją przestrzeni publicznej.
Wydawałoby się, że takie przerzucenie fabuły książki lata do przodu spowoduje, że zmieni ona swój charakter. Nic mylnego – „nowoczesna Carrie” dużo mocniej uderza emocjonalnie, bo doskonale rozumiemy, w jakiej sytuacji znalazła się bohaterka. Szczególnie gdy ta zagubiona nastolatka, zamknięta przez prawie całe życie w domu, w końcu poznaje otaczający ją świat… i to w najbardziej dotkliwy sposób.
Patologia social mediów ukazana w pełnej krasie
W „Carrie” wyraźnie jest zaznaczony aspekt platform społecznościowych, a dokładniej Instagrama. To nie wesoła apka do udostępniania fotek ze znajomymi, ale brutalne narzędzie do wywoływania kłótni, bójek oraz innych niepokojów społecznych. Wszystko zaczyna się, gdy jedna z najpopularniejszych dziewczyn w szkole, Chris (w tej roli Alison Thornton), postanawia poradzić sobie ze swoimi problemami… gnębiąc innych ludzi. W tym celu zakłada anonimowe konto na Insta. Główną ofiarą staje się Carrie, która z powodu niewiedzy i naiwności daje się wciągać w coraz bardziej zawstydzające sytuacje. A wszystko nagrywają wszechobecne smartfony, co tylko napędza spiralę hejtu.
I to jest świetne w tym serialu – pokazanie bolesnej prawdy o mediach społecznościowych. Nastolatki są bezwzględne i każde potknięcie, drobnostka czy nieprzyjemna sytuacja lądują na profilu Chris. Skala zaczyna narastać do tego stopnia, że obrywać zaczynają także nauczyciele. W tym wszystkim dyrekcja bezwładnie rozkłada ręce, tłumacząc, że profil zachowuje anonimowość, a więc nic nie można z nim zrobić. To doskonale pokazuje, z jakimi problemami zmagają się na co dzień młodzi ludzie i jak jeden post potrafi komuś zrujnować życie. A wszystko dla „niewinnego żartu”.

Postacie na ekranie bronią się same
„Carrie” ma to, czego brakowało jej filmowym adaptacjom – odpowiedni czas antenowy. W końcu każda kluczowa postać dla tej opowieści zyskuje przestrzeń, by w pełni zaistnieć i zostaje właściwie ulokowana w strukturze narracyjnej. Znakomicie w serialu wybrzmiewa także relacja matki i córki. To, że Samantha Sloyan świetnie sobie aktorsko radzi, wiemy nie od dziś – jej kreacja Bev w „Nocnej mszy” była odegrana wręcz po mistrzowsku. Tutaj znowu przyszło jej zagrać postać, która nie dość, że jest bardzo religijna, to wręcz obsesyjnie zapatrzona w swoją córkę. Zapomnijcie jednak o książkowej czy filmowej Margaret White. Ta kobieta potrafi wykorzystać moc drzemiącą w środkach masowego przekazu do własnych celów.
Z kolei Summer Howell w roli Carrie wypada naturalnie, dziewczęco, wręcz niewinnie – przynajmniej do momentu, gdy nie zaczyna odkrywać swoich mocy. Sposób, w jaki ta młoda aktorka oddała nagłe zmiany nastroju dojrzewającej nastolatki zasługuje na największe pochwały! W jednej sekundzie obserwujemy zagubioną dziewczynkę, by w kolejnej chwili widzieć na ekranie przerażającą telepatkę. To, jak bohaterka psychicznie się rozpada i jak cierpi, nie mogąc z nikim porozmawiać, sprawia, że trudno nie sympatyzować z ofiarą bezsensownego hejtu i braku zrozumienia.
Prawdziwą wisienką na torcie jest natomiast Matthew Lillard w roli dyrektora Grayle’a. Postać ta z jednej strony przedstawia pedagoga autentycznie zatroskanego o los podopiecznych, z drugiej zaś biurokratę rozkładającego ręce i związanego gorsetem prawnych ograniczeń. Przy okazji zabieg ten obnaża bezwład systemu edukacyjnego, niemogącego nadgonić wymogów współczesnego cyfrowego świata.

Świetna praca kamery i dobre tempo akcji
Pomimo że „Carrie” w dużej mierze skupia się na relacjach między postaciami, nie znajdziemy tutaj nudnych, rozciągniętych monologów czy drętwych dialogów. Wszystko zostało utrzymane w dynamicznym tempie, dzięki któremu poznajemy przeróżne osoby oraz ich perspektywy na to, co dzieje się w szkole. Flanagan trzyma rękę na pulsie, a sprawna praca kamery sprawia, że ciężko było mi się oderwać od seansu.
Trzeba jednak uczciwie przyznać, że nie znajdziemy tutaj zbyt wiele grozy czy elementów dreszczowca. Produkcja czasem próbuje nas nastraszyć, ale robi to dosyć nieudolnie i raczej nie ma co liczyć na udane jumpscare'y. Amazon określa swój projekt mianem horroru, ale nie bardzo rozumiem dlaczego. Tak samo finałowe sekwencje zostały bardzo ugrzecznione w stosunku do książkowego oryginału i tego, co widzieliśmy w innym ekranizacjach (a szkoda, bo twórca mógł naprawdę zaszaleć).
W jednym z ostatnich wywiadów Flanagan wspomniał o trzech sezonach, a otwarte zakończenie sugeruje dalszy ciąg tej historii. Pytanie tylko, czy po drodze nie zgubi pierwotnego charakteru i nie zamieni się w „Stranger Things” w wydaniu Amazonu. Na razie jednak jestem bardzo dobrej myśli.
OCENA: 8
PODSUMOWANIE: „Carrie” w wydaniu Mike'a Flanagana to opowieść o tym, jak media społecznościowe w jednej chwili potrafią zrujnować ludzkie życie i zamienić niewinną nastolatkę w uosobienie furii. Szkoda jednak, że zabrakło w tym elementów horroru i ciekawszego spięcia całej historii.


Z seriali Flanagana to w sumie tylko podobał mi się Dom na Wzgórzu (Bly i Msza mnie strasznie wynudziły), ale Carrie sprawdzę – książka bardzo przypadła mi do gustu, więc chętnie zobaczę jak wygląda w formie serialu.