Silesia Game Dev Party 2.0, czyli jak zmieścić konwent w pubie. Odpowiedź: prawie

Silesia Game Dev Party 2.0, czyli jak zmieścić konwent w pubie. Odpowiedź: prawie
Wyjątkowo udana impreza.

Na Górnym Śląsku już tak jest, że jak cię gdzieś nogi poniosą, to na dobre. W piątek, w duchu tej zasady, wybrałam się na Silesia Game Dev Party 2.0 w ramach festiwalu Ars Independent. Takie branżowe eventy potrafią być hermetyczne jak puszka sardynek, bo zwykle wchodzą w to akredytacje, bilety, wysokie progi na biedaka nogi – ale tutaj wstęp był dla każdego darmowy i całość odbywała się w Piątym Domu. To taka bardzo fajna katowicka, alternatywna knajpka – zalecam odwiedziny. Event przypominał coś pomiędzy bardzo małym konwentem a bardzo dużą imprezą w pubie. Idealnie.

Przestrzeń ktoś zaplanował z głową – w jednej części mogliśmy pograć na pecetach na zasadzie „aaa, tylko spróbuję”, co przeradzało się w aktywne sesje. W drugiej: wielka sala z rzędami krzeseł, przeznaczona na panele. Pośrodku bar, który – jak to bary miały w zwyczaju – pełnił ważną funkcję strategiczną dla wielu przybyłych.

Program był bardzo bogaty, co już wcześniej zapowiadał Karol Laska. Impreza wystartowała jeszcze przed oficjalnym początkiem: speedrunem na żywo w Kinie Światowid, gdzie zespół GSPS błyskawicznie ukończył Superhota i Kryptę FM. W Piątym Domu można było potem zobaczyć wystawę interaktywną (czyli owe wzmiankowane wcześniej komputery) pt. „Czarny Koń Gier Wideo”. Do tego dyskusja o grach jako elemencie dziedzictwa kulturowego oraz wykład Jakuba Sobka, o zwiastunach opowiadanych jak filmy fabularne.

Ukoronowaniem wieczoru były dwa panele: pierwszy „Z game jamu na rynek” moderowanego przez Jakuba Kwintę i dotyczył poszukiwania finansowania i wydawania gier w epoce, w której premier zaraz będzie rodziło się więcej niż dzieci. Można było się dowiedzieć między innymi, że często dobre pomysły giną, bo twórca nie jest ich w stanie sensownie opowiedzieć wydawcy. Innym problemem developerów jest to, że w dobie AI każdy może ukraść ich pomysł – jak było z grą o obieraniu ziemniaków, chociażby.

Wieczór kończył rewelacyjny panel o polskiej szkole cRPG – Marta Fijak jako prowadząca z dowcipem i swadą ciągnęła rozmówców przez wody erpegów i tego, co właściwie zasługuje na taki tytuł. Okazuje się, że spektrum jest szerokie, a gry fabularne wcale nie są takie łatwe do stworzenia.

O sile wydarzenia najlepiej zaświadczyła publiczność. Gości przybyło tak wielu, że bar pękał w szwach, a sam dostęp do lady bywał momentami próbą charakteru, cierpliwości i sztuki przeciskania się bokiem wśród obcych łokci i obcych rozmów o grach. Nikt nie narzekał.

Oby więcej takich wieczorów – i jeśli tylko pojawią się w waszej okolicy, korzystajcie, bo warto.

Dołącz do dyskusji