„The Social Reckoning” mówi, jak Meta i Zuckerberg zarabiają na hejcie i polaryzacji w sieci [RECENZJA]
„The Social Reckoning” może się wydawać kontynuacją „The Social Network”, bo łączy je postać scenarzysty i częściowo tematyka, w rzeczywistości jednak mocno się różnią. O ile obraz Davida Finchera zręcznie odmalował początki Facebooka, tym razem widzimy tenże serwis kilkanaście lat później jako korporacyjnego molocha, który gra wedle własnych zasad i często nagina je w imię zysków.
Po nitce do kłębka
Jeff Horwitz, dziennikarz śledczy specjalizujący się w polityce, zasila szeregi redakcji Wall Street Journal i na starcie otrzymuje pierwsze poważne zadanie. Ma zająć się tym, w czym jest naprawdę dobry, tyle że nietypowy okazuje się obiekt dochodzenia, bo po raz pierwszy musi wziąć pod lupę bigtechowego giganta. Jako że Facebook strzeże swoich tajemnic lepiej niż rząd niejednego kraju, a sam Jeff – jak przyznaje – jest na bakier z technologią, bohater nie bardzo wie, jak sprawę ugryźć, i dochodzi do oczywistego wniosku, że przydałaby mu się dobrze poinformowana wtyka.
Zostaje nią Frances Haugen, choć niechętnie i z dużymi oporami. To błyskotliwa i inteligentna analityczka pracująca w dziale, który prawdopodobnie wkrótce zostanie zamknięty. Ma świadomość, co jej grozi za złamanie umowy o zachowaniu poufności, nie mówiąc już o wyciąganiu na światło dzienne wewnętrznych statystyk i ściśle tajnych badań firmy, bo o tym na początku w ogóle nie chce słyszeć. Sęk w tym, że bohaterka jest idealistką. Wielokrotnie powtarza, że uwielbia swoje miejsce pracy. Dla niej Facebook to coś więcej niż branżowy potentat; to platforma społecznościowa, która autentycznie może uczynić świat lepszym miejscem. Frances wierzy w misję jednoczenia ludzi w sieci, zapewnienia globalnej komunikacji i łatwego dostępu do informacji na równych zasadach dla wszystkich.

Hajs i kliki muszą się zgadzać
Coś jednak pęka, monolit kruszeje. Momentem decydującym okazują się szokujące ją odkrycia powiązane z wątpliwymi moralnie zasadami działania wprowadzonych jakiś czas temu algorytmów MSI. Te, łagodnie rzecz ujmując, sprzyjają monetyzowaniu hejtu i polaryzowaniu użytkowników. Treści szkodliwe stają się promowane, bo nic tak nie napędza ruchu jak stary, dobry gniew. Złość jest najlepszym paliwem, więc serwis, miast chronić użytkowników, celowo wpycha ich pod ostrzał radykałów.
Co ciekawe, nie zawsze tak było. Co doprowadziło do tych zmian? Statystyczny użytkownik Facebooka zestarzał się, w związku z czym przebywa krócej w szponach aplikacji. Mniej scrolluje, rzadziej lajkuje, przestaje śledzić to czy tamto – innymi słowy: powoli traci zainteresowanie. By statystyki rosły, a zyski dla zarządu i akcjonariuszy wciąż płynęły szerokim strumieniem, firma stawia na „rewolucyjny” algorytm MSI. Od teraz polubienia nie są traktowane na równi z komentarzami, te zaś stoją niżej w rankingu ważności od udostępnień, a już szczególnie premiowane okazują się te o negatywnym zabarwieniu.

Reptilianie są wśród nas
Film przedstawia Zuckerberga w jednoznacznie niekorzystnym świetle. Mark jest totalnie jednowymiarowy, a scenariusz nawet nie próbuje jakkolwiek zniuansować tej – bądź co bądź – kontrowersyjnej postaci. Wzrok pusty, ciało sztywne, na twarzy zero emocji. Portretujący go Jeremy Strong zachowuje się niczym maszyna – jakby własna firma napisała mu odpowiedni program, żeby nigdy nie zapomniał, czym kierować się w życiu. Innymi słowy: kasa, szmal i zadowoleni udziałowcy. Forsy nigdy dosyć! To człowiek kompletnie niezainteresowany jakąkolwiek kontrolą czy blokowaniem szkodliwych treści, w żadnym momencie nie chce też brać odpowiedzialności za to, co publikują sztaby zakłamanych polityków czy rozmaite ekstremistyczne grupy. Reżyser celnie to ripostuje – każdy ma prawo, by się wypowiedzieć, ale nie każdemu należy wtykać do ręki mikrofon.
Gdy dawny inwestor krytykuje działania i motywacje szefa Mety, ten potrafi odpowiedzieć tylko w jeden sposób: skoro jesteśmy źli, przypomnij, ile na nas zarobiłeś? I ile miałbyś dziś, gdybyś wtedy nie sprzedał? Niesprzyjające statystyki Zuckerberg zbywa machnięciem ręki, zasłaniając się wolnością słowa, a swój portal społecznościowy przyrównuje do tablicy korkowej, na której każdy może przypiąć informację o dowolnej treści, nawet takiej jawnie oszukującej wyborców albo namawiającej do nienawiści uderzającej w wybraną mniejszość. Ludzie są idiotami – stwierdza między wierszami – i bardzo dobrze. Im więcej informacyjnego szumu o negatywnym zabarwieniu, tym lepiej dla naszych statystyk i wyceny akcji.

Wnioski z tych oczywistych
Aaron Sorkin jest fantastycznym scenarzystą i co najwyżej poprawnym reżyserem, dlatego specjalnie nie dziwi, że tym, co w „The Social Reckoning” najbardziej się wybija, są dialogi. Błyskotliwe, interesujące i uderzające w punkt. Aktorsko nie ma tragedii, ale też trudno o szczególne pochwały. Zdecydowanie najlepiej wypadła Mikey Madison, choć fizycznie w ogóle nie przypomina prawdziwej Frances Haugen. Wcielający się w dziennikarza śledczego Jeremy Allen White gra trochę na pół gwizdka, jakby od niechcenia (w „The Bear” był zdecydowanie bardziej przekonujący). Z kolei Mark Zuckerberg w interpretacji Jeremy’ego Stronga (ten już chyba zawsze będzie mi się kojarzył z fantastyczną rolą w „Sukcesji”) przypomina bardziej robota niż człowieka. Cóż, efekt zapewne całkowicie zamierzony, aczkolwiek nieco komiczny.

Choć przebieg dziennikarskiego śledztwa ogląda się z zaangażowaniem, nie prowadzi ono do szczególnie odkrywczych wniosków, bo za konkluzję służy tu stara, dobra korporacyjna chciwość, która zawsze przysłoni bardziej szlachetne pobudki. Firmy chcą zarabiać, a im szerszym strumieniem płynie kasa, tym mniej będzie się liczył pojedynczy tryb w tej machinie – użytkownik, konsument bądź klient. Nihil novi. Nie znaczy to jednak, że „The Social Reckoning” to film niepotrzebny czy o kilka lat spóźniony. Problem hejtu i polaryzacji w sieci to przecież nie jest temat przedawniony – wręcz przeciwnie, dziś wydaje się bardziej aktualny niż kiedykolwiek wcześniej. Dobrze więc, że powstają produkcje poruszające tę kwestię i próbujące wywołać dyskusję, nawet jeśli swoje prawdy wykładają w nieco łopatologiczny sposób.
OCENA: 6+
PODSUMOWANIE: „Z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność” – powiedział kiedyś wujek Ben do młodego Petera Parkera. Szkopuł w tym, że korporacje pokroju Mety rzadko kiedy chcą tę odpowiedzialność dźwigać na własnych barkach. I właśnie o tym jest ten film – o kłamstwach, dezinformacji i manipulacji, o polaryzowaniu społeczeństwa i monetyzowaniu agresji, nie tylko słownej. Rzecz jasna wszystko w imię mamony.