8
30.08.2021, 16:56Lektura na 6 minut

Deathloop – już graliśmy!

No, parę godzin z Deathloopem za mną. Trudno w takiej sytuacji oceniać grę jako całość, ale to, co widziałem, pozwala już teraz stwierdzić, że szykuje nam się nader oryginalna i klimatyczna strzelanka.


Grzegorz „Krigor” Karaś

To bez wątpienia tytuł, w którym od machinacji związanych z czasem może was rozboleć głowa. Żadnym spoilerem nie będzie, gdy powiem, że zawirowania temporalne będą tu odgrywać kluczową rolę w fabule. Głównym bohaterem jest niejaki Colt, który został uwięziony w pętli czasowej. Budzimy się na wyspie Blackreef – tylko po to, by przekonać się, że tak naprawdę nie wiemy nic ani o sobie, ani o tym skrawku lądu, ani tym bardziej o całej tej sytuacji, która spada na nas z intensywnością burzy gradowej.


(Kliknij, aby powiększyć)

Nie mam czasu na kobiety
Jeśli szukacie tu szczegółów na temat historii to... muszę was rozczarować. Okryjecie ją sami. Ta gra tak mocno opiera się na pokręconych ścieżkach fabularnych, intrygach i woltach w scenariuszu, że ujawnienie choćby niewielkiego fragmentu losów Colta mogłoby zepsuć zabawę. Dawno nie miałem tak mocnego odczucia, że właśnie historia jest w grze kluczowa. Coś jednak powiedzieć trzeba. Niech więc wam wystarczy informacja, że w ślad za Coltem – a w zasadzie przed nim – podąża Julianna. To poniekąd fabularne przeciwieństwa: bohater i antybohaterka. Ta ostatnia pojawia się w kluczowych momentach i wydaje się, że ciągle panuje nad sytuacją. Co zresztą dla Colta jest wiadomością wprost fatalną: przecież nie dość, że próbuje się on wyrwać z całego tego czasowego szaleństwa, to na dodatek musi robić to pod nosem przeciwniczki, która zdaje się wiedzieć o nim wszystko i najwyraźniej bawi się sytuacją, wręcz drażniąc przy tym gracza swoją wszechwiedzą. Ogółem – cały czas jest wesoło, a dynamika narracji wydaje się dużą zaletą gry.

Wyspa, po której przyjdzie nam się włóczyć, to zbiór całkiem zróżnicowanych lokacji, które będą areną naszego polowania na Wizjonerów – członków... hmm... pewnej organizacji, najwyraźniej sprawującej opiekę nad pętlą czasową. Siłą rzeczy więc, by wydostać Colta z opresji, konieczne będzie pozbycie się tego towarzystwa, nim pętla się zresetuje. To główny cel gry, a my ruszamy na łowy. Co wcale łatwe nie będzie, gdyż ci swego rodzaju bossowie są zwierzyną trudną do wytropienia – przygotujcie się na dużo kombinowania, zabawy czasem i wynikającymi z tego utrudnieniami. Grunt to odkryć, zaplanować i zdążyć. Moim zdaniem doby wam nie starczy, że tak zażartuję w konwencji gry.


(Kliknij, aby powiększyć)

Aśmiertelny
Rozgrywka, jak można się domyślić, toczy się w rytm kolejnych powtórzeń pętli, z których Colt wychodzi przede wszystkim bogatszy o doświadczenia. Śmierć jako taka tu nie istnieje: jak to ładnie określono, postać gracza w Deathloop jest aśmiertelna. Przekłada się to na fakt, że w istocie mamy do czynienia – mówiąc w pewnym uproszczeniu – z grą akcji z bardzo mocno zarysowanym wątkiem detektywistycznym, w której oprócz strzelania odkrywamy tajemnice wyspy i uczymy się na błędach, których pokonywanie prowadzi nas przez zawiłości fabuły.Za każdym razem jesteśmy bogatsi o wiedzę, a potem i uzbrojenie oraz dodatkowe możliwości bojowe naszej postaci.

W arsenale znajdziemy pokaźną maczetę (która – o dziwo – świetnie nadaje się zarówno do sugestywnego szlachtowania wrogów, jak i akcji skrytobójczych) i różnego rodzaju pukawki, które zmodyfikujemy znajdywanymi po drodze swego rodzaju medalami. Można prowadzić ogień z dwóch giwer naraz, a wraz z kolejnymi wykończonymi Wizjonerami zyskujemy też możliwość używania ich zdolności. Wystarczy wspomnieć np. teleportowanie się na niewielkie odległości, niewidzialność czy możliwość łączenia ze sobą jaźni przeciwników, by tym samym skuteczniej się ich pozbywać. Brzmi znajomo? Fanów serii Dishonored Deathloop na pewno nie pozostawi obojętnymi. O balansie na razie nie będę się wypowiadał, jednak frajdy z walki jest naprawdę sporo. Co ważne, po wyspie nie musimy rozbijać się samotnie – w pełnej wersji Deathloopa będziemy mogli grzać również do innych graczy.


(Kliknij, aby powiększyć)

Tango dla dwojga
Niestety wersja, którą ogrywałem, miała wyłączony tryb multi – a szkoda, gdyż sądząc po wyglądzie menu, będzie on dość istotny. Rozpoczynając zabawę, mamy bowiem do dyspozycji dwie ścieżki: przerwania pętli, czyli kampanię z Coltem w roli głównej, a także utrzymania pętli – co najpewniej odeśle nas w roli Julianny do jednego ze światów, w którym będzie ona musiała podjąć próbę powstrzymania singlowego protagonisty. Tak zarysowana całość wydaje się trochę jakby trybem inwazji, gdzie – najpewniej wzorem rozgrywki rodem z serii Souls – będziemy próbować napsuć krwi innym. Jest to o tyle uzasadniona spekulacja, że w singlu widzimy całkiem wyraźnie, jak mogłoby to wszystko wyglądać: Julianna, pojawiając się na mapie, odcina Coltowi drogę ucieczki – by czmychnąć, musi on unieszkodliwić blokującą wyjścia radiostację, co rzecz jasna z wyczekującą naszego potknięcia strażniczką na karku może być trudne. Jak to jednak będzie wyglądało w praktyce – zobaczymy.

Premiera za pasem
Po tych kilku godzinach, które zleciały mi jak z bicza strzelił, Deatloop wydaje się grą, która ucieszy nie tylko fanów dobrego strzelania i oryginalnej, wartej poznania historii, ale i wszystkich tych, którym radość sprawiła wspomniana seria Dishonored. Nie tylko ze względu na ubraną w oryginalne szaty brutalność, ale przede wszystkim przez zabawę związaną z mocami pozyskiwanymi od Wizjonerów. Jestem pewien, że w Deathloopie poczujecie się jak w domu.

Pochwalić też trzeba styl graficzny. Co tu dużo mówić, gra jest śliczna. Wyspę utrzymano w konwencji osobliwej mieszanki retro z akcentami nawiązującymi do odbywającego się tam zamkniętego w pętli balu. Nie zabraknie więc ciekawie prezentujących się przeciwników, strojów, masek – wszystko zaś uzupełniono kolorowym, krzykliwym i przypominającym stylistyką lata 80. interfejsem. Punktów za oryginalność nie sposób tej grze odmówić. Wrażenie robi też polski dubbing – na ogół wolę grać w oryginale, tu jednak nic mi nie zazgrzytało. Zresztą niedługo przekonacie się sami. Premiera gry już 14 września – a niedługo później CD-Action z naszą recenzją najnowszego dzieła Arkane Studios.


Cieszy: bardzo dobra grafika • klimatyczny setting • humor • świetna lokalizacja • sporo kombinowania z wyposażeniem • intrygujący pomysł na rozgrywkę

Niepokoi: zobaczymy, czy na dłuższą metę walka w pętli czasowej nie będzie powtarzalna... • ...no i czy finał okaże się wart tak  obiecującego początku • obecnie trudno powiedzieć cokolwiek o PvP

Redaktor
Grzegorz „Krigor” Karaś

Gdyby mnie ktoś zapytał, ile pracuję w CD-Action, to szczerze mówiąc, nie potrafiłbym odpowiedzieć. Zacząłem na początku studiów i... tak już zostało. Teraz prowadzę działy sprzętowe właśnie w CD-Action oraz w PC Formacie. Poza tym dużo gram: w pracy i dla przyjemności – co cały czas na szczęście sprowadza się do tego samego. Głównie strzelam i cisnę w gry akcji – sieciowo i w singlu. Nie pogardzę też bijatyką, szczególnie jeśli w nazwie ma literki MK, a także rolplejem – czy to tradycyjnym, czy takim bardziej nastawionym na akcję.

Profil
Wpisów163

Obserwujących18

Dyskusja

  • Dodaj komentarz
  • Najlepsze
  • Najnowsze
  • Najstarsze

Polecane