7.01.2022, 15:00Lektura na 10 minut

Graliśmy w Tom Clancy’s Rainbow Six Extraction. Taktyką w pasożyta

Zaczęło się od eventu w Rainbow Six Siege. Spodobał się on na tyle, że pomysł – po perturbacjach i zamieszaniu ze zmianą nazwy – wykiełkował do postaci samodzielnej gry. Tym oto sposobem nadchodzi tytuł, który czerpie garściami ze wspomnianej popularnej sieciowej strzelanki, ale przenosi nas w klimaty zgoła odmienne.

Zagrożenie – pasożyt Chimera – po kilku latach uśpienia znów dało o sobie znać i rozprzestrzenia się na terenie Stanów Zjednoczonych. By nie doszło do jeszcze większej tragedii, powołano Rainbow Exogenous Analysis & Containment Team (REACT) – organizację, której jedynym celem jest rozpoznanie i unieszkodliwienie nowego wroga. Wcielamy się tu w jej członka, naszym zadaniem zaś jest odwiedzanie z bronią w ręku kolejnych stref objętych kwarantanną, zbieranie informacji i – jakżeby inaczej – neutralizacja zagrożenia.


We trójkę raźniej

Extraction jest sieciowym co-opem, w którym zespół składa się jedynie z trzech osób. Ta niewielka formacja wysyłana jest do kolejnych opanowanych przez pasożyta obszarów, by tam na początku sprawdzić, co się w ogóle dzieje, a następnie dać odpór niecodziennemu wrogowi. Lokacje podzielone są na trzy sektory, w których mamy do wykonania kolejne misje. Struktura rozgrywki jest jednak otwarta: niezależnie od podjętych działań i statusu w każdej chwili możemy się ewakuować. By to zrobić, wystarczy udać się do odpowiedniego punktu, czy to o własnych siłach, czy to – w przypadku powalenia przez wroga – z pomocą naszych towarzyszy.

Tom Clancy’s Rainbow Six Extraction
Śluzy między sekcjami mapy pozwalają złapać oddech. Za dużo apteczek i amunicji tam jednak nie znajdziemy.

Jest to o tyle istotne, że Extraction – jeśli się głębiej nad tym zastanowić – jest w istocie nie tylko całkiem wymagającą co-opową strzelanką, lecz także uproszczonym managerem oddziału sił specjalnych. Wcielamy się co prawda w jednego wybranego członka zespołu, w bazie jednak czekają na nas inni operatorzy (łącznie szesnastu). Każdy z nich jest indywidualnością, ma własne wyposażenie i doświadczenie bojowe (o czym później), może odnieść rany lub zaginąć w akcji.

W tym pierwszym przypadku będziemy musieli pogodzić się z nadwątlonymi siłami witalnymi żołnierza podczas kolejnego zadania, w drugim zaś – spróbować go odzyskać w ramach specjalnej misji. Ogółem więc zabawa układa się w mieszany model rozgrywki, w którym najważniejsze są, rzecz jasna, nasze poczynania w kolejnych zainfekowanych lokacjach, ale gdzieś w tle rozwijamy naszych żołnierzy, dbamy o to, by wrócili na własnych nogach z kolejnych potyczek, oraz wyposażamy ich w coraz lepsze zabawki.


Najtrudniejsze starcie

Po co się gra? Ano dla przyjemności i po to, żeby dotrzeć do endgame’u, który nazwano tutaj Maelstrom Protocol. W ogólnych założeniach chodzi w nim o to samo: należy wleźć między zainfekowanych i wykonywać misje. Tyle że pod koniec całość przybiera formę turniejową. Gracze są podzieleni na tiery i od tego, jak dobrze sobie radzą, zależy ich pozycja w drabince rankingowej, a co za tym idzie – nagrody. Po premierze gry Maelstrom Protocol będzie rozgrywany w cyklach tygodniowych, my zaś będziemy mieli do dyspozycji sześciu wybranych operatorów.


Każdy wojak ma swój gadżet, więc jest ukierunkowany na określone zadania, co nadaje grze taktyczny posmak.


Mapa Maelstrom Protocol będzie bardziej rozbudowana: złoży się na nią aż dziewięć podpoziomów – każdy o rosnącym stopniu trudności, za każdym kolejnym razem będziemy mieć również mniej czasu na wykonywanie zadań oraz coraz bardziej ograniczone zasoby. Jak zaznaczają twórcy, nie jest to łatwa rozgrywka i z całą pewnością nie każdemu uda się dotrzeć do końca – odnoszę wrażenie, że bywalcy MMO rozpoznają tutaj echa endgame’owych rajdów, podczas których na pewno liczyć się będą świetna komunikacja, zarządzanie zasobami oraz... szczęście. Parę godzin, które spędziłem z grą, jasno pokazało, że ten ostatni czynnik odgrywa sporą rolę nawet w przypadku zwyczajnej, codziennej zabawy.


Kaprysy RNG

Misje w grze mają charakter losowy. Przedzierając się przez kolejne lokacje, zostaniemy postawieni przed wyzwaniami, które dobierane są z puli trzynastu zadań – dostajemy trzy z nich, każde zaś zostaje osadzone na jednej z trzech podsekcji mapy, którą zamierzamy odwiedzić. I muszę przyznać, że od tego, co się trafi, zależy bardzo dużo. Są misje łatwe, jak choćby Specimen, gdzie trzeba zwabić wybranego przeciwnika do punktu ewakuacyjnego, by go porwać i przebadać. Sprowadza się to do wyczyszczenia drogi, strzelenia niemiluchowi raz w zadek, żeby poczuł ukłucie i się wkurzył, a następnie ucieczki pustymi już korytarzami z zainfekowanym na ogonie.

Całkiem łatwy jest też Hunt, gdzie należy ubić mocniejszego przeciwnika, co również można zrobić, uprzątnąwszy wcześniej okolicę z innych niespodzianek. Problemów nie powinno też nastręczać Decontamination będące w zasadzie bieganiem z patyczkiem do wymazów między rozsianymi po mapie gniazdami infekcji. Na drugim końcu skali na pewno jest Sabotage – tutaj musimy wysadzać wskazane obiekty, co samo w sobie kłopotem nie jest, jednakże każdy z nich trzeba najpierw chronić, likwidując kolejne fale wrogów.

Tom Clancy’s Rainbow Six Extraction
Zaginieni operatorzy pokryci są zabezpieczającą pianką, która chroni ich przed wpływem pasożyta.

Mamy więc w ramach tego zadania taki tryb hordy – zabawa jest zapewne bardzo satysfakcjonująca, gdy podejdziemy do niej taktycznie, blokując drzwi, rozstawiając pułapki itd. Ja jednak, podobnie zresztą jak pozostali członkowie zespołu, nie mogłem jeszcze pochwalić się na tyle dużym rozeznaniem, by misja się powiodła. Ten fragment rozgrywki kończył się więc niezmiennie mieleniem mięsa. Homo sapiens, rzecz jasna. Podejrzewam, że po starcie gry i otrzaskaniu się z możliwościami, jakie ona oferuje, będzie to wyglądać trochę inaczej. Ogółem jednak można rzec, że Extraction to bez wątpienia produkcja, która potrafi zaleźć skórę – liczy się bowiem nie tylko sama misja, ale i otoczenie, w którym się odbywa, kolejność zadań, a także wybrany poziom trudności. Dostaniemy ich trzy – a nawet najłatwiejszy jest na początku wyzwaniem.


By nie dopadła nuda

W ramach tych trzynastu rodzajów misji pojawiają się również urozmaicenia. Niektóre zadania są dla przykładu ściśle uzależnione od pozycji i sytuacji gracza. Jeśli w poprzednim wypadzie straciliśmy operatora, możemy dostać rozkaz podjęcia próby odzyskania go, co zrobimy w misji Missing in Action. Zaginieni są tu z automatu zabezpieczani przed infekcją specyficznym kokonem z pianki (ratujemy więc swego rodzaju „ludzika Michelin”), a każdy gracz w trzyosobowej drużynie widzi poszukiwanego operatora jako swojego własnego, a nie żołnierza kolegi.

Skutek jest taki, że jeśli tylko kogoś nam brakuje, to misje ratunkowe pojawiają się stosunkowo często. Gdy już zlokalizujemy zaginionego operatora na mapie, przybierają formę specyficznej minigry, w której walczymy z pogłębiającą się infekcją, odstrzeliwując pod presją czasu kolejne narośla pompujące toksyny do organizmu zaginionego. Jak nie wyjdzie, to... trudno, będzie następna okazja – na zawsze nikogo bowiem w tej grze nie tracimy.

W określonych okolicznościach (co najmniej drugi poziom trudności i czwarty poziom doświadczenia – a przynajmniej tak to wyglądało podczas przedpremierowej prezentacji) pojawi się też Gateway, czyli misja, w której zapolujemy na Proteana. Jest to mniej więcej odpowiednik naszego operatora – tyle że po stronie oślizgłych paskud, gdzie robi za dość wymagającego minibossa.

Tom Clancy’s Rainbow Six Extraction
Część przeciwników możemy zdjąć po cichu.

Ogółem wygląda to wszystko ciekawie i nie sposób nie docenić wolności, jaką twórcy zostawiają nam podczas zabawy. Łatwo zauważyć, że rozkład i kolejność misji może znacząco wpłynąć na to, jak będzie wyglądać rozgrywka: w ramach jednej sesji mamy przecież trzy podsekcje mapy z różnymi celami. Jeśli na samym początku wylosuje się coś trudniejszego, to niektórym może się po prostu odechcieć grać. W tym miejscu boję się też trochę o perfekcjonistów, którzy zrażeni pierwszym niepowodzeniem będą opuszczać zespół, psując zabawę innym. Ogółem jednak warto doprowadzić zadanie do końca i zakończyć misję, stojąc na nogach – co przełoży się na fakt, że nie stracimy operatora.


Levelowanie i sprzęt

Jak nietrudno zgadnąć, z biegiem gry będziemy zyskiwać dostęp do coraz lepszego wyposażenia. Na system levelowania składają się dwie warstwy. Pierwsza dotyczy rzecz jasna operatorów. Każdy z nich gromadzi doświadczenie niezależnie od reszty, co pozwala odblokowywać kolejne z dziesięciu poziomów ulepszeń. To różnorakie bonusy – dotyczyć mogą np. zwiększenia skuteczności wyposażenia dodatkowego (o czym za chwilę), szybkości poruszania się naszego wojaka, dostępu do nowego uzbrojenia czy opancerzenia i premii do zdrowia.


Nowe wcielenie Rainbow Six wymaga wysiłku, ale nie krzywdzi niemożliwymi wyzwaniami.


Drugi, bardziej ogólny system XP opiera się na całościowym rozwoju konta gracza. Niejako odzwierciedla to ogólne postępy w grze. Awansując na kolejne poziomy, jako członek organizacji poszerzamy swoją wiedzę na temat zagrożenia, zyskujemy dostęp do kolejnych lokacji czy poziomów trudności, a także taktycznych zabawek, które ułatwiają życie.

Wszyscy żołnierze są wyekwipowani w broń długą, broń krótką oraz dwa gadżety REACT. Pukawki można oczywiście modyfikować, każdy z operatorów ma również pewną ograniczoną ich pulę do wyboru, nie jesteśmy więc skazani na jeden karabin. Jeśli zaś chodzi o wyposażenie dodatkowe, to mogą to być różnego rodzaju materiały wybuchowe, granaty dymne, drony, miny claymore, ba, na późniejszych etapach nawet laser rozpuszczający pokrywającą lokacje i spowalniającą nasze ruchy maź. Ogółem – jest tego dużo, a dostęp do tych zabawek dostajemy właśnie w zamian za gromadzenie ogólnego doświadczenia. Utrzymanie tego progresu nie jest tak łatwe, jak mogłoby się wydawać – każdy zaginiony żołnierz to kara do paska postępu. Jeśli jednak go odzyskamy, sytuacja wraca do normy.

Tom Clancy’s Rainbow Six Extraction
Zaginionych w akcji operatorów należy odnaleźć i uwolnić – do tego czasu są siłą rzeczy niedostępni.

Oprócz wymienionego podstawowego wyposażenia nasi żołnierze, wzorem Siege’a, dźwigają również coś unikatowego. Może to być np. klejąca się do ścian i obezwładniająca przeciwników mina Grzmot – jak w przypadku Eli, przedstawicielki polskich sił specjalnych – ale i szereg innych zabawek: czujniki wykrywające bicie serca, skanery wyposażenia, dodatkowy pancerz, młot taktyczny, którym można przebijać się przez ściany itd. Ogółem – każdy wojak ma swój gadżet, a co za tym idzie, jest ukierunkowany na pewien rodzaj zadań, co nadaje grze taktyczny posmak. Zresztą operatorzy są opisani tagami podkreślającymi ich kluczowe cechy, mają również różny poziom bazowego opancerzenia i szybkości, co także należy wziąć pod uwagę przy doborze żołnierza do serii zadań.


Jest taktycznie

Co warte podkreślenia, ekran wyboru operatora i jego ekwipunku pojawia się bezpośrednio po tym, na którym poznajemy cele misji w najbliższej rozgrywce. Możemy więc łatwo dostosować skład grupy (widzimy, na kogo decydują się inni jej członkowie) pod kątem czekających nas wyzwań. Sama gra ma zaś spory potencjał do zabawy na wskroś taktycznej. Choć oczywiście prędzej czy później nawet najlepszy plan kończy się strzelaniną, w wielu przypadkach możemy odwlekać pojawienie się bitewnego chaosu – i to na parę sposobów.

Mamy więc do dyspozycji drony zwiadowcze, które pozwalają ocenić, gdzie kryją się przeciwnicy. Da się zastawiać pułapki, minować przejścia, możemy się skradać i pozbywać się cichaczem wrogów – niekiedy wręcz jest to celem misji, więc do technik cichego przemykania po mapie trzeba tu się po prostu przyzwyczaić. Podobnie jak w Siege’u, ściany czy sufity nie zawsze stanowią ograniczenie – jeśli więc przebicie się przez strop czy sklejkę postawi nas w lepszej sytuacji, należy to zrobić. Działa to jednak w dwie strony: nasi przeciwnicy również nie uważają za konieczne dbać o architekturę i niejednokrotnie zdarza się, że musimy radzić sobie z zagrożeniem, które wprost wyłazi ze ścian.

Tom Clancy’s Rainbow Six Extraction
Pomieszczenia pokrywa kojarząca się ze StarCraftem maź, która spowalnia naszych żołnierzy.

Ogółem – jeśli mogę oceniać po kilku godzinach zabawy przed premierą – Extraction jest shooterem bardziej wymagającym od typowych, pozbawionych elementów taktycznych sieciówek z zombiakami czy innymi niemiluchami tego typu. Myślenie jest tutaj z całą pewnością premiowane, ale, patrząc już od drugiej strony, nie mamy tu równocześnie do czynienia z takim hardkorem, jak choćby w GTFO. Innymi słowy, nowe i nietypowe wcielenie Rainbow Six idzie drogą środka, wymagając wysiłku, ale nie krzywdząc przy tym gracza niemożliwymi wręcz wyzwaniami. To chyba dobrze rokuje.

Cieszy

  • wyraźne zapożyczenia z R6 Siege
  • na poły taktyczna, na poły survivalowa rozgrywka
  • duża liczba zróżnicowanych operatorów i ich wyposażenie
  • ciekawi przeciwnicy
  • otwarta struktura rozgrywki – w każdym momencie można się wycofać

Niepokoi

  • w śluzach między kolejnymi sekcjami mapy na ogół jest za mało wyposażenia, by złapać oddech i wylizać rany
  • system kar w XP wskutek utraty operatora wydaje się sztucznym utrudnieniem
  • huśtawka związana ze zróżnicowanym poziomem trudności misji może przełożyć się na powszechne opuszczanie rozgrywki, gdy szczęście nie dopisze

Redaktor
Grzegorz „Krigor” Karaś

Gdyby mnie ktoś zapytał, ile pracuję w CD-Action, to szczerze mówiąc, nie potrafiłbym odpowiedzieć. Zacząłem na początku studiów i... tak już zostało. Teraz prowadzę działy sprzętowe właśnie w CD-Action oraz w PC Formacie. Poza tym dużo gram: w pracy i dla przyjemności – co cały czas na szczęście sprowadza się do tego samego. Głównie strzelam i cisnę w gry akcji – sieciowo i w singlu. Nie pogardzę też bijatyką, szczególnie jeśli w nazwie ma literki MK, a także rolplejem – czy to tradycyjnym, czy takim bardziej nastawionym na akcję.

Profil
Wpisów166

Obserwujących18

Dyskusja

  • Dodaj komentarz
  • Najlepsze
  • Najnowsze
  • Najstarsze

Polecane