Zagrałem w Code Vein 2 i to ponownie Dark Souls w stylistyce anime, tylko że w jeszcze intensywniejszym wydaniu
Po sukcesie trylogii Dark Souls rynek chłonął kolejne produkcje tego typu w masowych ilościach, a jedną z nich okazała się pierwsza odsłona Code Vein wydana we wrześniu 2019 roku. Produkcja Bandai Namco wyróżniała się spośród zalewu innych naśladowców formuły FromSoftware przede wszystkim charakterystycznym stylem. Oprawa graficzna kojarzyła się od razu z serią God Eater (zresztą jej animatorzy pracowali przy Code Vein), zaś pomysłowe projekty przeciwników przywodziły na myśl takich japońskich geniuszy jak Shinya Tsukamoto („Tetsuo: Człowiek z żelaza”) czy Masahiro Ito (seria Silent Hill).
Tyle wystarczyło, by przekonać do siebie ponad cztery miliony graczy. Ten wynik z kolei do tego stopnia zadowolił wydawcę, że zielone światło dla kontynuacji było czystą formalnością. A skoro dotychczasowa formuła zadowoliła tak wiele osób, nie kombinowano z nią w istotniejszy sposób. Po trzech godzinach spędzonych z Code Vein 2 odniosłem wrażenie, że to podręcznikowy przykład bezpiecznej kontynuacji w myśl zasady „więcej, mocniej, bardziej”. Nie żeby było w tym coś złego, nieprawdaż?

Twoja prawdziwa druga połówka
I choć Code Vein 2 to sequel mający zadowolić miłośników „jedynki”, jednocześnie przygotowano go w taki sposób, by nie odstraszył osób nieznających poprzedniej części. Najlepiej widać to po fabule. Ponownie trafiamy do tego samego postapokaliptycznego świata, raz jeszcze kierujemy wampirzymi Revenantami, przeżywamy jednak zupełnie nową historię niezwiązaną z poprzednikiem. Wpierw musimy poświęcić chwilę na stworzenie własnej postaci, a biorąc pod uwagę jak bardzo rozbudowano edytor, miłośnikom takich zabaw szlifowanie swojego bohatera lub bohaterki może zająć sporo czasu. Następnie będziemy świadkami, jak nasz(a) protagonist(k)a wraca do życia dzięki poświęceniu niejakiej Lou, która oddaje nam połowę własnego serca. Jak nietrudno się domyślić, będzie to stanowiło punkt wyjścia dla dość specyficznej relacji.
Ale to dopiero wierzchołek całej góry przedziwnych wydarzeń, jakich doświadczymy. Szybko okaże się, że nasza zbawicielka potrafi podróżować w czasie i to właśnie takie wędrówki są fundamentem fabuły Code Vein 2. Skoro jesteśmy w stanie zmienić przeszłość, możemy zaradzić tragedii, która nawiedziła ten świat. Ale oczywiście najpierw czeka nas mnóstwo pojedynków i eksplorowania zróżnicowanych lokacji. Twórcy mogą ilustrować to wszystko podniosłą muzyką (znowuż brzmi świetnie!), ale wciąż trudno mi traktować tego typu historie poważnie, gdy każda postać kobieca wygłasza emocjonalne monologi z ogromnym dekoltem eksponującym jeszcze większy biust. No ale to pewnie tylko ja, wszyscy wiemy, że taka estetyka wciąż ma swoich oddanych miłośników.

Najpierw forma, potem walka
Wspominałem o rozbudowanym kreatorze postaci, jednak największą atrakcją pierwszego Code Vein nie było wcale dostosowywanie wizualiów Revenanta do naszego widzimisię, lecz ogromne pole do popisu w zakresie personalizacji jego zdolności w walce. Począwszy od tzw. Blood Code, pełniących rolę swoistych klas postaci, przez szeroki wachlarz zróżnicowanego uzbrojenia, aż po Blood Veils – tutejsze sposoby na wysysanie krwi z przeciwników. Każdy „soulsiarz” doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak ważne jest dopasowanie odpowiedniego ekwipunku do stawianego właśnie przed nim wyzwania. W Code Vein posunięto jednak skomplikowanie takich wyborów jeszcze dalej, a „dwójka” dokłada do tego kolejne kroki.
Do układanki dołożono bowiem Formae – supermoce, którymi możemy uzupełniać wszelkie combosy i dla przykładu nakładać na przeciwników osłabiające statusy. W udostępnionym mi fragmencie gry stanąłem przed dwoma wymagającymi bossami i faktycznie odczułem wagę odpowiedniego przygotowania się do takich starć. Gdy już rozgryzłem wzorce ataków pierwszego przeciwnika i znalazłem optymalne połączenie nieco wolniejszej, lecz potężniejszej halabardy z pozostałymi mocami, by jak najszybciej ukrócić jego pasek życia, w starciu z kolejnym „szefem” użyłem identycznego zestawu. Oczywiście od razu boleśnie przekonałem się, że nie ma on żadnego zastosowania i muszę diametralnie zmienić strategię.

Nie powiedziałbym jednak, że to jakaś rewolucyjna zmiana. Code Vein 2, tak jak część pierwsza i prawie każdy soulslike, wymaga po prostu uważnego obserwowania wrogów i skupienia podczas ich ubijania. Dodatkowe kombinowanie z Formae czy mocami Revenanta to już wyższa półka szlifowania naszych szans. Pod tym względem akurat produkcja Bandai Namco przywodziła mi nieco na myśl inną serię FromSoftware: Armored Core. A i tak każde starcie mamy ułatwione dzięki obecności postaci towarzyszącej, która nie tylko sama zadaje obrażenia, lecz także może nas wskrzeszać (za każdym razem jednak z coraz mniejszą ilością życia).
Jak wygląda ten wasz cudny świat
Już w pierwszym Code Vein największe wrażenie zrobił na mnie ukazany tam futurystyczny, zniszczony świat, i sequel pod tym względem w niczym mu nie ustępuje. To znowu oryginalne połączenie postapokaliptycznych scenerii z niespodziewanymi elementami art deco czy science fiction, kreujące zapadającą w pamięć atmosferę. Podobnie jest z designami potworów: jeśli pomysłowy mariaż elementów organicznych z mechanicznymi działa na waszą wyobraźnię, to spodziewajcie się prawdziwej uczty. A wspomniani dwaj bossowie dali mi wiarygodną obietnicę, że również pod tym kątem Code Vein 2 będzie zachwycać, nawet jeśli oprawa graficzna nie zaliczyła pod względem technicznym jakiegoś wielkiego skoku.

Większe obawy mam do lokacji, jakie przyjdzie nam eksplorować. Już w „jedynce” zbyt często trafialiśmy do zamkniętych korytarzy, których nie ratowały nawet znane z gier FromSoftware systemy skrótów i ukrytych przejść. Miejscówki zwiedzone przeze mnie w „dwójce”, niestety zapowiadają podobne problemy, mimo że same w sobie były bardzo estetyczne (szczególnie jedna zatopiona!). Nad tym wszystkim wisi jednak jeszcze większy, otwarty świat, choć po nim przebiegłem się przez zaledwie kilka chwil. No i nie uwierzę, że twórcy nie wykorzystali przy projektowaniu lokacji potencjału, jaki dają podróże w czasie!
Krótko mówiąc: jeśli pierwsze Code Vein was nie przekonało, nie spodziewałbym się, że kontynuacja będzie waszą nową ulubioną grą. Ale jeśli taki pomysł na anime soulslike’a wydał się wam interesujący, bez gadania powinniście w styczniu sięgnąć po „dwójkę”.
Czytaj dalej
-
Kolejny Quake może jeszcze powstać. Pojawiają się nowe plotki
-
3Wolfenstein 3 powstaje. Twórcy świetnego Indiany Jonesa wracają do kultowej serii
-
Ubisoft zamyka studio zaledwie 3 tygodnie po tym, jak jego pracownicy utworzyli związek zawodowy
-
Twórcy Clair Obscur: Expedition 33 przyznają się do dużego błędu projektowego. „Ludzie mogli poczuć się rozczarowani”
