6
2.07.2024, 15:00Lektura na 5 minut

„Ciche miejsce: Dzień pierwszy” to minimalistyczny horror, który aż kipi intensywnością [RECENZJA FILMU]

„Ciche miejsce: Dzień pierwszy” to prequel popularnego cyklu horrorów. Tym razem cofamy się do tytułowego pierwszego dnia inwazji Obcych, a za miejsce akcji służy Nowy Jork. Brzmi to jak przepis na katastrofę, ale okazuje się receptą na niezwykle udany film, który w niczym nie ustępuje poprzednikom.


Robert Solski

Gdy w 2020 roku ogłoszono, że „Ciche miejsce” otrzyma prequel z podtytułem „Day One”, jako duży fan cyklu podchodziłem do tego pomysłu dość sceptycznie. Po pierwsze dlatego, że kontynuacja „jedynki” pozostawiła historię w arcyciekawym momencie, w którym raczej nikomu z nas nie marzył się nagle powrót do samego początku. Po drugie John Krasinski, czyli ojciec serii, choć wspierał pomysł realizacji kolejnego filmu i brał udział w procesie twórczym, w przypadku „Cichego miejsca: Dnia pierwszego” nie zdecydował się na powrót na stołek reżyserski.

Moje obawy spotęgował fakt, że projekt przeszedł restart w momencie, gdy z jego realizacji zrezygnował Jeff Nichols (mówiło się o „rozbieżności wizji artystycznych”). W 2022 roku pałeczkę przekazano Michaelowi Sarnoskiemu, którego debiut reżyserski – „Świnia” z 2021 – zaimponował samemu Krasinskiemu. Duet szybko znalazł wspólny język, a wypracowany przez nich pomysł na fabułę stał się podstawą scenariusza. Scenariusza zawierającego charakterystyczną dla serii wagę emocjonalną, lecz tym razem w odniesieniu do zupełnie nowych w świecie „Cichego miejsca” postaci.

fot. materiały prasowe
fot. materiały prasowe

DZIEŃ, W KTÓRYM ZAMILKŁA ZIEMIA

Główną bohaterką „Dnia pierwszego” jest Sam (Lupita Nyong’o) – poetka, która w ramach grupowej wycieczki powraca do rodzimego Nowego Jorku. Zamiast jednak zatracać się we wspomnieniach i spacerować znanymi alejkami, kobieta zmuszona zostaje do walki o przetrwanie podczas niespodziewanego ataku niezwykle wrażliwych na dźwięki kosmitów. Znalazłszy się w samym centrum inwazji, Sam (wraz ze swoim kotem Frodo) rozpoczyna wędrówkę przez miasto, które staje się dla niej jednocześnie polem bitwy i znajomą przestrzenią utraconego, dawnego życia. W trakcie przeprawy do bohaterki dołącza Eric (Joseph Quinn), zlękniony i osamotniony w metropolii student prawa.

Film trwa stosunkowo krótko (99 minut) i, co dla tej serii typowe, kipi intensywnością. Żadna ze scen nie wydaje się zmarnowana, każda służy opowieści, która – zgodnie z podtytułem – nie wykracza poza ramy założonej doby, co w połączeniu z prostym punktem wyjścia sprawia, że nie mamy co liczyć na fabularne fajerwerki. „Dzień pierwszy” to, jak na cykl przystało, przede wszystkim minimalistyczna historia skupiona na jednostkach. Rozczarowani więc będą ci, którzy spodziewają się po filmie Sarnoskiego konkretnego zgłębienia genezy ksenomorfopodobnych kosmitów i ich motywacji.

Nie znaczy to jednak, że produkcja nie spełnia funkcji prequela. Sporo możemy dowiedzieć się o najeźdźcy w myśl zasady „pokaż, nie mów”. Przykładowo: stworom, które lądują w centrum Nowego Jorku, daleko do precyzyjnych drapieżników znanych z filmów Krasinskiego. Podczas gdy monstra polujące na Blunt i spółkę stosowały już zasady strategicznego rozproszenia, przez co każdy ich ruch był znacznie bardziej morderczy, a kontrola terenu dokładniejsza, kosmitom w „Dniu pierwszym” bliżej do zwierzęcej szarej masy.

fot. materiały prasowe
fot. materiały prasowe

Wygłodniała grupa Obcych ślepo podąża za każdym dźwiękiem, dopiero aklimatyzując się w ziemskich warunkach. Przywodzą na myśl bestie kierowane pierwotnymi instynktami. Dobrze obrazuje to scena nocnego żeru, gdy Eric obserwuje, jak jeden z kosmitów przepoławia zwierzęcy korpus, po czym cała wataha posila się mięsem. Monstra nie jawią się nam wtedy jako morderczy łowcy z innego świata, tylko raczej jako wygłodniałe drapieżniki, które po wielu dniach postu dorwały się do koryta.


KOSMICZNA INWAZJA, LUDZKA TRAGEDIA

Reżyserowi doskonale udało się również uchwycić masową panikę, która towarzyszy mieszkańcom Nowego Jorku w momencie ataku. Rozpaczliwie ucieczki i wrzaski ludzi niezdających sobie sprawy z tego, że to właśnie wydawane przez nich dźwięki przyciągają niebezpieczeństwo, nadaje ich zmaganiom doprawdy tragiczny charakter, co podkreśla mordercze założenia świata przedstawionego.

Z planszy otwierającej film dowiadujemy się, że średnie natężenie dźwięku w Wielkim Jabłku to 90 decybeli – tyle, co nieustanny krzyk. Szybko przekonujemy się o ironiczności tego porównania, gdy miejski zgiełk w okamgnieniu przeistacza się w polifonię zagłady. „Dzień pierwszy” wizualnie robi naprawdę pozytywne wrażenie jako horror – widać najwyższy dotychczas w serii budżet i kunszt w stopniowaniu napięcia, nawet jeśli jest on gdzieniegdzie przeplatany dosyć typowymi dla gatunku jump scare’ami. Obraz Sarnoskiego kontynuuje też charakterystyczne dla cyklu realistyczne wykorzystywanie przestrzeni, co zostaje w tym przypadku ukoronowane genialną pod względem atmosfery sekwencją w metrze. 

fot. materiały prasowe
fot. materiały prasowe

Sercem filmu zdecydowanie są jednak jego bohaterowie. Nyong’o i Quinn dobrani zostali bezbłędnie – aktorzy brawurowo dźwigają na barkach ciężar opowiadanej historii, a ich dobrze wyreżyserowane wzajemne interakcje pozwalają nam odczuć tragizm sytuacji, w którą bez żadnego ostrzeżenia zostali wrzuceni. Tak naprawdę gdyby nie oni, to całe przedsięwzięcie, jakim jest „Dzień pierwszy”, mogło koncertowo się wyłożyć. Reżyser bardzo polega na swoich postaciach i wierzy, że jeżeli umiejętnie zbuduje przywiązanie publiczności do nich, formalnie dość wtórny horror stanie się w oczach widzów seansem intensywnym i niepozwalającym na chwilę oddechu. I właśnie tak się dzieje.

Wędrówka Sam i Erica zyskuje również wymiar symboliczny. Bohaterowie uciekają nie tylko przed pozaziemskim zagrożeniem, lecz także od rzeczywistości, która zdążyła rozczarować ich jeszcze na długo przed inwazją kosmitów. Film Sarnoskiego to coś więcej niż dobrze ograne utarte dla gatunku motywy. To przede wszystkim źródło wysokiego natężenia emocjonalnego znajdującego w finałowych scenach przygotowane z wyczuciem ujście.

Ocena

„Ciche miejsce: Dzień pierwszy” to świetny film grozy i jeszcze lepszy dramat stanowiący zaskakująco udane uzupełnienie cyklu. Nowy reżyser nie tylko powiela to, co udało się wcześniej, ale też wynosi produkcję na nieznane dotąd serii emocjonalne wyżyny, co wynika z umiejętnie opowiedzianej historii nowych i nieoczywistych bohaterów.

8
Ocena końcowa


Redaktor
Robert Solski

Redaktor portalu Kącik Popkultury. Z wykształcenia polonista i krytyk przekazów medialnych, z zamiłowania – entuzjasta popkultury w każdej możliwej postaci. Gdy nie czyta, to gra (także analogowo), a gdy nie gra, to czyta o graniu, oglądając film.

Profil
Wpisów3

Obserwujących0

Dyskusja

  • Dodaj komentarz
  • Najlepsze
  • Najnowsze
  • Najstarsze