„Jedyna” ma na siebie inny pomysł niż „Breaking Bad” i „Better Call Saul”, dlatego nie każdy ją pokocha [RECENZJA]
Najnowszy projekt Vince’a Gilligana jest niczym kolejny odcinek „Strefy mroku” lub „Czarnego lustra”, piekielnie intrygujący, choć momentami popadający w niepotrzebne dłużyzny. Mimo że amerykański twórca zmierzył się z zupełnie inną tematyką, każdy kadr „Jedynej” zdradza, że wyszła spod ręki ojca „Breaking Bad” i „Zadzwoń do Saula”. A to obietnica uczty dla oka i duszy, ale też dobrze wiem, że nie każdy kupi charakterystyczny styl reżysera i jego niespieszny sposób prowadzenia narracji.
Cicha apokalipsa
Świat, jaki znamy, skończył się, ale nie utonął w ogniu atomowych eksplozji, nie ugrzązł pod gruzami z betonu i szkła przysypanych radioaktywnym pyłem. Skonał cicho i nad wyraz spokojnie, a stało się to w dniu, gdy tajemniczy kosmiczny wirus wymknął się z laboratorium i, rozlewając się po wszystkich kontynentach, w okamgnieniu zaraził całą populację.
Wyobraź sobie miejsce, w którym wszyscy są szczęśliwi, każdego przepełnia bezinteresowna miłość względem natury i drugiego człowieka. Rzeczywistość, w której tego samego dnia kończą się wszystkie wojny, w jednej chwili znikają konflikty i nierówności społeczne, a nienawiść i skłonność do przemocy wyparowują jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nie ma już depresji i lęków, niesprawiedliwości i korupcji, zbrodni i kary.

Vince Gilligan zabiera nas do świata, w którym wszyscy żyją w zgodzie i całkowitej symbiozie. Co więcej, dzielą wspólną świadomość, doświadczenia i wiedzę, więc każdy mieszkaniec Ziemi jest wszechstronnym poliglotą i chodzącą encyklopedią Britannica, potrafi przeprowadzić operację na otwartym sercu, pilotować myśliwce i robić milion innych skomplikowanych rzeczy. Użyłem słów „wszyscy” i „każdy”? No, prawie, bo z niezrozumiałych przyczyn raptem kilkanaście osób na całym globie okazuje się być odpornych na działanie wirusa, który wyeliminował wszelki indywidualizm, zamieniając ludzkość w osobliwy, przerażająco uśmiechnięty… rój.
Nowy wspaniały świat
Jedną z „ocalałych” jest Carol Sturka, autorka tandetnych romansideł mieszkająca w Albuquerque. Nie chce ona zaakceptować nowej rzeczywistości. Nie potrafi zrozumieć, jakim cudem wszystkich cieszy obecny stan rzeczy, nawet osobników jej podobnych, myślących indywidualnie. Tak się bowiem składa, że dotknięta osobliwą zarazą ludzkość nie jest dla wspomnianej grupki nastawiona wrogo. Wręcz przeciwnie, zbiorowość zachowuje się wręcz przesadnie miło i staje na uszach, by dogadzać „wybrańcom” na wszelkie możliwe sposoby, co zresztą jeden z nich wykorzystuje, by wieść życie jak ze snu bądź ulubionego filmu o przygodach agenta 007.
Carol jednak od samego początku buntuje się, próbując dowieść swej zaradności i samowystarczalności. Jest przy okazji butna i roszczeniowa, a jej wybuchy gniewu doprowadzają do co najmniej kilku tragedii. Koniec końców odkrywa, że lepsze takie sąsiedztwo niż żadne, bo samotność potrafi dać w kość bardziej niż uśmiechający się sąsiad, który wie o niej więcej, niż chciałaby zdradzić.
Oczywiście bohaterka nie spoczywa na laurach; cały czas prowadzi śledztwo, zbierając okruchy wiedzy na temat kosmicznego wirusa i jego wpływu na ludzi. Pragnie, by wrócił dawny porządek rzeczy, a nade wszystko nie chce dopuścić, by sama została zainfekowana, raz na zawsze tracąc własną tożsamość.
Teatr jednego aktora
Choć doceniam postaci pojawiające się na drugim planie (w tym naszą rodaczkę Karolinę Wydrę wcielającą się w Zosię, kogoś w rodzaju opiekunki i łączniczki Carol z rojem), „Jedyna” jest przedstawieniem wyłącznie jednej aktorki. Większość czasu antenowego kradnie dla siebie Rhea Seehorn i trzeba przyznać, że radzi sobie fantastycznie. Na początku gra nieco zblazowaną i zmęczoną życiem kobietę w średnim wieku, ale na przestrzeni dziewięciu odcinków przechodzi przez kolejne fazy.
Najpierw widzimy szok i strach, później rodzi się bunt i wściekłość, a ostatecznie pojawia smutek i zobojętnienie. Każda emocja malująca się na jej twarzy wydaje się szczera i autentyczna, każda postawa wiarygodna. Ponoć już na etapie pisania scenariusza Gilligan wiedział, że Rhea, z którą współpracował przy „Zadzwoń do Saula”, odnajdzie się idealnie w tej roli. Oczywiście postać Carol nie została tak fenomenalnie zniuansowana jak Kim Wexler (i nic dziwnego – tam miała aż sześć sezonów, by się należycie rozwinąć), ale bez wątpienia to kolejna popisowa kreacja amerykańskiej aktorki.

Mechaniczna pomarańcza
Reżyser skupia się na człowieku i tym, co go definiuje. Nie interesują go naukowe dywagacje o pochodzeniu wirusa, liczą się wyłącznie skutki, jakie wywołuje. Autor zadaje przy okazji szereg intrygujących pytań, na które nie sposób udzielić prostych odpowiedzi. Czy światu pozbawionemu skrajności i indywidualizmu bliżej do utopii czy raczej dystopii? Czy w imię wspólnego dobra warto złożyć ofiarę z własnego jestestwa? Czy „ja” z definicji jest ważniejsze niż „my”, a dobrobyt społeczności stoi wyżej niż wolność jednostki? Czy ludzie pozbawieni cierpienia i przywar wciąż pozostają…, cóż… ludźmi?
Nie jest to oczywiście serial bez wad. Z najbardziej rzucających się w oczy wymieniłbym z pewnością nierówne tempo. Gilligan uwielbia rozciągnięte sceny, pielęgnuje je i celebruje, nawet jeśli niczego do sprawy nie wnoszą. Obok odcinków, które walą z siłą młota kruszącego skały bądź po prostu pchają akcję do przodu, zdarzają się też takie epizody, przy których popołudniowa drzemka wydaje się wyborną alternatywą (na szczęście należą do mniejszości). To jednak drobne rysy, w moim odczuciu nie zepsuły one wydźwięku całości. Intryga jest wyborna, nadal pozostało wiele znaków zapytania, a wydarzenia z ostatniego odcinka dają nadzieję na emocjonującą kontynuację. Mamy na co czekać.
Podsumowanie: Albuquerque, spalone słońcem pustkowia i bohaterka, z którą momentami ciężko sympatyzować, a do tego fantastyczne zdjęcia. Nie jest to powtórka z rozrywki i kolejny przypis do „Breaking Bad”, ale styl Vince’a Gilligana da się rozpoznać po pierwszej nutce. Sam musisz odpowiedzieć sobie na pytanie, czy to dobrze, czy źle.

Warto dodać, że w trybie binge-watching, kwestia przyspieszania i zwalniania tempa się mocno zaciera, bo całościowo to się broni. Staje się to naturalnym rytmem opowieści.
Kluczowe jest też to, że w związku ze stylem reżysera, a także bardzo nietypowym położeniem akcentów, historia choć mocno czerpiąca i przetwarzająca różnego rodzaju filmowe inwazje kosmitów, jest niesłychanie oryginalna i trudna do porównania z czymkolwiek.