Obejrzałem niemal cały 2. sezon „Fallouta”. Fani New Vegas będą w siódmym niebie [RECENZJA]
Wszyscy wiemy, że – według popularnego zdania wypowiadanego przez Rona Perlmana – wojna nigdy się nie zmienia. Zmieniają się za to najnowsze seriale: i to najczęściej w dość rozczarowujący sposób. Drugie sezony to najczęściej ogromne wyzwanie dla twórców hitów. Niby mają znacznie większe pole do manewru, a budżet zostaje podkręcony o jedno lub dwa zera więcej, no ale jednak oczekiwania od widzów również są w pełni wygórowane. Zazwyczaj serialowe sequele nie mają prawa się udać.
Tutaj jednak możecie odetchnąć z ulgą. „Fallout” sprawia wciąż tak samo frajdy, a największy kłopot z pisaniem o tej produkcji powiązany jest ze spoilerami. Wszystkie smaczki, nawiązania, easter eggi i wszelkie zwroty akcji – one budują ten serial i stają się jego fundamentem, wywołując uczucie podekscytowania na naszych twarzach. To przejażdżka amerykańską – choć zniszczoną – autostradą, na którą (nie) jesteście gotowi.

Im dalej…
Raz jeszcze śledzimy losy trójki głównych bohaterów. Kowbojski ghoul (niepodrabialny Walton Goggins) wciąż próbuje odnaleźć swoją żonę i córkę. Dziś wiemy jednak trochę więcej i wraz z nim borykamy się z wieloma trudnymi pytaniami. Czy to jego żona była odpowiedzialna za światowy kataklizm? Czy jego „poprzednie” życie okazało się totalnym kłamstwem? Chociaż myślimy, że finał zdradził nam całą tajemnicę, to jednak zaczynamy dowiadywać się, że – cytując klasyka – nic nie jest takim, jakim się wydaje.
Co natomiast u reszty naszej brygady? Lucy (Ella Purnell raz jeszcze jako dziewczyna o gołębim sercu) musi rozprawić się z demonami przeszłości i zdecydować, czy w świecie skrzywionym przez zło wciąż warto być krystalicznie dobrą osobą. Natomiast Maximusowi (Aaron Morten) będziemy wciąż kibicować w jego tułaczce. Ten małomówny swojak nie ma łatwo, bowiem Bractwo Stali zdaje się być bliskie rozłamu. A co za tym idzie, jest ono o krok od wojny domowej. Jeden zły ruch i rozpęta się piekło.
Ostatnimi czasy w streamingu – i szczególnie na platformie Apple TV+ – pojawił się trend rozwadniania seriali na wszelką cenę. Można odnieść wrażenie, że w trakcie pierwszych dwóch odcinków fabułę można byłoby nieco zredukować do paru scen mniej. W pierwszym sezonie mieliśmy tylko trzy główne wątki fabularne (wspomniane powyżej) – twórcy wracają do tego modelu dopiero wraz z trzecim epizodem, a do tego czasu musimy się nieco „namęczyć”.
To wszystko wynika niejako z chęci wytłumaczenia, co dzieje się z resztą postaci, których „zakończenia” wydawały nieco bardziej ambiwalentne. Brat Lucy, Norm (Moises Arias), staje się kluczową postacią całej serii, a Hank MacLean (Kyle MacLachlan) pojawia się na ekranie znacznie częściej (co wynika z ostatnich wydarzeń w finale serialu). Ufamy jednak scenarzystom, ponieważ w głębi duszy czujemy, że w pełni wiedzą, dokąd zmierzają z tą wciągającą historią. Musimy tylko uzbroić się w cierpliwość.

… tym lepiej
Wraz z początkiem trzeciego odcinka produkcji zaczynają się tzw. „serialowe cuda”. Pojawiają się znane z gry frakcje, dynamika i przejścia między wątkami przestają nas nużyć, a sposób, w jaki przeszłość koresponduje z przyszłością (czyli tutaj; teraźniejszością) ma w sobie pewien magiczny pierwiastek. Choć wydarzenia sprzed i po zrzuceniu bomb nuklearnych dzieli kawał czasu, to konflikt i jego stawka wciąż pozostają te same. W tle w dosyć dosłowny sposób wybrzmiewa wspomniane wcześniej „war never changes” – bo wojna wciąż trwa. Te same pionki, jedynie plansza się nieco zmieniła. Ale walka wciąż będzie taka sama: okrutna, wybuchowa i pełna trudnych do podjęcia decyzji.
„Fallout” powoli, celowo i w bardzo „frustrujący” (w dobrym znaczeniu tego słowa) sposób ujawnia swoje najbardziej intrygujące sekrety. Wykorzystanie miasta New Vegas i całej otaczającej je tradycji – pochodzącej bezpośrednio z uznanej przez krytyków gry z 2010 roku – wydaje się być dla twórców serialu sposobem na utrzymanie nas wszystkich w niepewności i napięciu. W pierwszych odcinkach w końcu poznajemy Pana House’a (Justin Theroux znakomicie naśladuje wersję znaną nam z gry), ale widzimy go jedynie w retrospekcjach. Twórcy nie chcą nam zdradzić, czy bohater nadal żyje oraz które zakończenie z New Vegas jest kanoniczne. Zaciskamy zęby i odliczamy dni do kolejnych odcinków. W końcu czujemy, że przecież warto; że to moment, na jaki czekaliśmy od dawna.
Recenzja powstała na bazie 6 z 8 odcinków 2. sezonu serialu.
PODSUMOWANIE: Mojave Wasteland zaprasza fanów nie tylko gier, jak i samego pierwszego sezonu. Prosta – aczkolwiek wciągająca – intryga i wyraziści bohaterowie wystarczą, aby zasiadać co tydzień przed telewizorem, by następnie śledzić losy ghoula oraz reszty tej zwariowanej ekipy. „Fallout” powrócił i jest pełen życia, może bardziej niż kiedykolwiek.
Ocena: 8
Czytaj dalej
-
Modderzy przywrócili wyciętą zawartość Fallouta: New Vegas. Odnaleziono wersję beta gry na porzuconym Xboksie 360
-
12. sezon „Fallouta” zbliża się dużymi krokami. Nowy klip zabiera nas do kultowej lokacji
-
Ojciec Fallouta ostro o dzisiejszych grach. Tim Cain uważa, że to „wszystko dla wszystkich”
-
Znany dziennikarz pewny remastera Fallouta: New Vegas. Odświeżenie klasyka ponoć naprawdę jest w produkcji
