„Panna młoda!” – recenzja filmu. Bonnie i Clyde z AliExpress
Chicago, lata 30. ubiegłego wieku. Mający blisko sto lat stwór (Christian Bale) stworzony przez doktora Frankensteina błąka się bez celu po świecie, zepchnięty został przez wszystkich na społeczny margines. Sto lat samotności (wybacz panie Márquez, samo mi się napisało) to nie jest lekka sprawa, a Frank, jak zwracają się do niego najbliżsi, ma dość. Potrzebuje uwagi, pragnie kobiety, kogoś bliskiego, może żony? Daj Boże! Swoje nadzieje i oczekiwania wkłada w dłonie doktorki (Annette Bening), która zna prace jego twórcy i prawdopodobnie jako jedyna osoba na świecie jest w stanie powtórzyć sztuczkę z ożywieniem martwego ciała. Bo jeśli szukać narzeczonej dla trupa, to tylko na cmentarzu. Lekarska etyka, i te sprawy, rozumiecie.
Gatunkowy potworek
Operacja się udaje, panna młoda jak malowana (Jessie Buckley) wstaje z martwych, nie pamiętając swego dawnego życia. Tabula rasa, którą Frank zapisze na nowo, karmiąc kobietę kolejnymi kłamstwami, by ta uwierzyła, że są sobie pisani. Młodzi narzeczeni nie mają jednak powodów do świętowania, bo niedługo po powrocie do świata śmiertelników dochodzi do niefortunnych aktów agresji, a że na dziwaków poluje się z większą werwą, w ekspresowym tempie nasza para ląduje na celowniku różnorakich służb. Rozpoczyna się wielka ucieczka – pozszywany Frank i jego przyszywana dziewczyna odwiedzają kolejne miasta, zaś ich tropem podążają zastępy policji, mafijni cyngle i para detektywów (Peter Sarsgaard i zmanierowana do granic Penélope Cruz).
„Panna młoda!” to prawdziwy kocioł pomysłów, który zbyt wiele srok próbuje ciągnąć za ogony. Po części kino drogi i film gangsterski, po trosze dramat, a także gotycki horror i romans w jednym. Nie jest to obraz dobry, nie jest też jednoznacznie zły, ale z całą pewnością można mu przykleić etykietę dziwnego. Osobliwy twór, niczym wspomniane monstrum Victora Frankensteina, będący patchworkowym zlepkiem różnych gatunków, niekoniecznie dobrze ze sobą współpracujących.

Pomieszanie z poplątaniem
Panie, czego tu nie ma… Z jednej strony dostajemy obiecującą obsadę, a w przypadku kilku nazwisk naprawdę wyśmienite aktorstwo, podziwiamy dopracowane kostiumy, kapitalne charakteryzacje i ociekającą klimatem scenografię. Z drugiej próbujemy nie zasnąć, śledząc kompletnie nieangażującą opowieść, czując zażenowanie brniemy przez wątki feministyczne wykładane z subtelnością młota kruszącego czaszkę oraz katujemy się scenami musicalowymi, potrzebnymi tej historii jak świni siodło. Jednym słowem, jest tu wszystko, tylko dobrego scenariusza zabrakło.
Narracyjny chaos to pierwsze określenie pojawiające się w mej głowie, gdy pomyślę o fabule. Mamy tu sporo przeplatających się wątków, a w ostatecznym rozrachunku film okazuje się nudny i przewidywalny. Są motywy, które nic nie wnoszą do sprawy, ot fabularne zapychacze dodające kolejne minuty do metrażu. Są też takie, które powinny być bardziej wyeksponowane, ale z jakichś przyczyn je spłycono, jak chociażby umowne śledztwo i podążanie tropem uciekinierów. Montaż z kolei przypomina teledysk – jest głośno i efektownie, więc po dwóch godzinach można wyjść z kina zmęczonym.
Z subtelnością młota
W przeciwieństwie do „Narzeczonej Frankensteina” z 1935 roku, tym razem tytułowa bohaterka faktycznie znajduje się w centrum wydarzeń. To ona narzuca tempo i stanowi moc sprawczą. „Panna młoda!” to przy okazji feministyczny manifest, w którym dużo krzyczy się o obyczajowej rewolucji i wstawaniu z kolan, ale przestawione jest to fasadowo i po łebkach. Wieści o wyzwolonej bohaterce mówiącej zdecydowane „nie” patriarchalnemu porządkowi świata szybko się rozchodzą, kobiety masowo wychodzą na ulice i… tyle. Absolutnie nic z tego nie wynika.
Praktycznie wszyscy mężczyźni są przedstawieni zero-jedynkowo. W najlepszym razie okazują się nieudacznikami albo notorycznymi kłamcami, którzy na każdym kroku wykorzystują kobiety. W najgorszym – wycinają im języki. Faceci dziwią się, widząc detektywa w spódnicy, a jednocześnie nie potrafią przyznać, że dziewczyna okazuje się bardziej przenikliwa niż koledzy po fachu. Gdy policjant zatrzymuje bohaterkę do kontroli drogowej, oczywistym jest, że będzie próbował się do niej dobrać. Nawet Frank sprowadzony zostaje do roli cwanej, trochę nieporadnej gapy, pragnącej zatrzymać wybrankę serca przy sobie i faceta gotowego sprzedać jej każdą ściemę, by dopiąć swego. I tak dalej, et cetera. Klisze, ogólniki i banały.

Najjaśniejszą stroną produkcji jest z całą pewnością Jessie Buckley w roli panny młodej. To bohaterka głośna i wulgarna, dzika i ekscentryczna, męcząca i chaotyczna. W jednym momencie potrafi być wyciszona, by chwilę później szarżować w teatralnej przesadzie. I radzi sobie w tym absolutnie doskonale! Dowodzi przy okazji, że wyśmienity występ w „Hamnecie”, za który została nominowana do Oscara, nie był dziełem przypadku. Jeśli coś z „Panny młodej!” wyniosłem, to uświadomienie sobie, że Irlandka sprawdziłaby się idealnie w roli Harley Quinn. I choć film Maggie Gyllenhaal kompletnie mi nie siadł, powiem przewrotnie, że dla Buckley i Bale’a nie żałuję wybrania się na seans.
Podsumowanie: „Joker: Folie à deux” spotyka „Dzikość serca” oraz „Bonnie i Clyde’a”, ale z tego obiecującego mezaliansu niewiele wynika. Film czerpie inspiracje z wielu źródeł, ale notorycznie potyka się o własne nogi. Ot, artystyczna wydmuszka, piękna i plastycznie odmalowana, ale wciąż pusta w środku. Za to Jessie Buckley doskonała!
