47
8.08.2022, 11:15Lektura na 5 minut

„Predator: Prey” – recenzja filmu. Rey Komanczka versus Darth Predator

„Predator” z 1987 był niczym cios obuchem między oczy. Jego kontynuacja – z perspektywy czasu – nie wypadła źle, acz daleko jej do klimatu pierwowzoru. O późniejszych filmach najlepiej jednak zapomnieć... Czy „Prey” przełamał ten niefajny trend?

Młoda, silna duchem i (drobnym) ciałem Indianka o wielu talentach – uciskana przez patriarchalną społeczność nierozumiejącą, że dziewczyna ma prawo stać się tym, kim chce, a nie pełnić służebną funkcję w stosunku do dominujących samców – rusza na prerię, by zrealizować swe ambitne plany. Spotyka na drodze grupkę w sumie poczciwych, acz nieco głupawych współbraci oraz sporo durnych jak buty „bladych twarzy” (z jednym drobnym wyjątkiem to brudne i wredne szuje). Poza tym mamy też wkurzoną pumę, niedźwiedzia z manią prześladowczą, sfrustrowanego kojota, pechowego węża oraz psa o IQ wyższym niż u większości polskich polityków. O kimś zapomniałem? ...Aaaa, o tępawym, dużym przybyszu z kosmosu i najprawdopodobniej nieco upośledzonym umysłowo psychopacie w jednym.

Prey
Prey

Jako że z kolei wartość ilorazu inteligencji panny to tak na oko 300, a Moc jest w niej silna, nie ma dla dziewczyny wyzwań nie do pokonania. W 30 sekund opanuje np. technikę walki i rzutu tomahawkiem na poziomie, na który typowy mnich z Shaolin musiałby poświęcić pięć lat minimum, trenując od rana do zmroku. Okej, raz jak ostatnia idiotka pakuje się po szyję w bagno (potem okazuje się ono tak płytkie, że poziom wody sięga Predatorowi do pasa), ale to jedyna wtopa w jej chwalebnej drodze do doskonałości. Niczym doświadczony wiedźmin sporządza skuteczne eliksiry lecznicze i maskujące. Zgadza się, maskujące – potrafi nimi ogłupić futurystyczną optoelektronikę Predzia. (Swoją drogą – jeśli bohaterka może funkcjonować, gdy temperatura jej ciała jest równa temperaturze otoczenia, czyli mówimy mniej więcej o 20 stopniach góra, stając się niewidoczna dla wzroku Predatora, to nawet Geralt musi tu zagwizdać z uznaniem).

To nie koniec wyliczanki. Dziewoja z miejsca ogarnia, jak działa widziana po raz pierwszy na oczy broń palna, a wystarcza jej do tego mniej więcej czterozdaniowe, pobieżne szkolenie (cytuję: „Prochu syp w sam raz. Nie za wiele, nie za mało”). Ba! Pojmuje też w parę chwil zasady działania samonaprowadzającego się pocisku oraz hełmu Predatora – a do tego potrafi to wykorzystać przeciwko niemu! I najprawdopodobniej obdarzona jest zdolnością jasnowidzenia (w sumie się czepiam, przecież Jedi to potrafią...), gdyż jej misterny plan wykończenia Predzia zakłada doprowadzenie go do konkretnego miejsca, gdzie kosmiczny najeźdźca wykona właśnie tę jedną czynność, której ona potrzebuje, by wszystko zadziałało. I proszę, dokładnie w tym miejscu, co trzeba, Predator robi idealnie to, co powinien. The end.

Dobra, czy jest aż tak tragicznie? Na szczęście nie. Wyzłośliwiałem się, ale „Preya” ogląda się całkiem dobrze, choć nadmiar rozmaitych stereotypów, korzystnych zbiegów okoliczności, cudownych zbiegów okoliczności i dziwnych zbiegów okoliczności, a także nielogiczności (Predator najpierw atakuje frontalnie grupę Indian, w jakimś amoku kosząc ich jak zboże, chwilkę potem – mając przed sobą czterech traperów – postanawia ich oszczędzić, by parę minut później zrobić taki „ostatni zajazd na Litwie” w ich obozie, że głowa boli) czasem jednak przekraczał granice mojej tolerancji. Podobnie jak perfekcja tej młodej Komanczki we wszystkim, co czyni, oraz jej niezmierzona wręcz szlachetność. Aż mi się miło zrobiło, gdy w końcu zagrała niehonorowo, bo to pokazało, że w tej indiańskiej Wonder Woman jest coś ze zwykłego człowieka; że wybrzmiewają w niej jakieś negatywne, ale zrozumiałe w tym momencie emocje. (Ale może jest dziedzicznie obciążona, bo jej brat zakasowałby książkowego Winnetou dobrymi manierami i podniosłymi perorami).

Ale widoki są w filmie naprawdę ładne, muzyka czasem do złudzenia przypomina tę z „Ostatniego Mohikanina” (a to komplement – w dodatku duży), niektóre sceny robią zaś wrażenie. CGI generalnie daje radę, choć np. niedźwiedź zdecydowanie twórcom nie wyszedł. Sam Predek jest jednak niezły, z paszczy wygląda mi na nieco inną odmianę poznanych dotąd przedstawicieli Yautja. Widać, że jego technologia, starsza o 250 lat od tej, którą mogliśmy obserwować w pozostałych filmach z cyklu, jest mniej dopracowana (najeźdźca nie ma działka plazmowego, lecz coś, co przypomina, hmm, kuszę?). Nie podobał mi się tylko gorszy niż w filmie z 1987 (!) efekt towarzyszący „niewidzialności”, lecz i tu można złożyć to na karb „mniej dopracowanej technologii”. Gorzej, że antybohater zachowywał się często jak idiota, robiąc rzeczy, które wprawdzie zupełnie nie miały sensu (takie desperackie wręcz próby, aby głupio polec na polu chwały), ale za to efekciarsko wyglądały. No i chyba miał syndrom berserkera – zdawał się w ogóle nie czuć bólu pomimo poważnych ran... Ale „skoro krwawi, to możemy go zabić” (tak, padło w „Preyu” to zdanie, ale na szczęście reżyser odpuścił sobie zbyt częste „mruganie oczkiem” do widza i za wielu nawiązań do wcześniejszych filmów oraz gier z Predatorem nie wychwyciłem).

Prey
Prey

Podsumujmy to tak: film du...szy nie urywa. Poza ładnie stopniowanym napięciem na początku nie ma tu jakiegoś dreszczyku emocji. Oglądać się da, ale radzę przestawić mózg na bieg jałowy; broń Boże nie próbować szukać w tym logiki i sensu. A niewiarę zawieście na kołku, i to wysoko. Z takim podejściem „Predator: Prey” to nawet całkiem fajna propozycja do obejrzenia w weekend.

Ocena

Nie byłem pod wrażeniem „Preya”, ale też nie żałuję czasu, który mu poświęciłem. Nowy „Predator” jest przyzwoitym widowiskiem, ale daleko mu pod względem klimatu do pierwowzoru. Scenariusz też kuleje. Niemniej dla ciekawych realiów, oszałamiających naturalnych plenerów oraz kilku efektownie zrealizowanych sekwencji można obejrzeć.

7
Ocena końcowa

Redaktor
Smuggler

Byt teoretycznie wirtualny. Fan whisky (acz od lat więcej kupuje, niż konsumuje), maniak kotów, psychofan Mass Effecta, miłośnik dobrego jedzenia, fotograf amator z ambicjami. Lubi stare, klasyczne s.f., nie cierpi ludzkiej głupoty i hipokryzji, uwielbia sarkazm i „suchary”. Fan astronomii, a szczególnie ośmiu gwiazd.

Profil
Wpisów184

Obserwujących43

Dyskusja

  • Dodaj komentarz
  • Najlepsze
  • Najnowsze
  • Najstarsze

Polecane