„Projekt Hail Mary” – recenzja. Bromance science fiction, jakiego w kinie jeszcze nie było
UWAGA! W TEKŚCIE ZNAJDUJĄ SIĘ SPOILERY FABULARNE Z FILMU!
Ryland Grace budzi się na statku sunącym gładko przez bezkres kosmosu. Nie pamięta, jak i po co się tam znalazł, za to szybko odkrywa, że reszta załogi nie żyje i że może liczyć tylko na siebie. Zarośnięty Ryan Gosling miotający się po ciasnych kajutach od razu skojarzył mi się z Samem Rockwellem w fantastycznym i niestety mocno niedocenionym filmie „Moon” Duncana Jonesa. Poczucie obezwładniającej samotności jest tutaj niemal równie silne, później jednak fabuła skręca w stronę wspomnianego „Marsjanina”, co nie dziwi, bo u podstaw scenariuszy obu dzieł znalazły się powieści tego samego autora – Andy’ego Weira.
Na koniec świata i jeszcze dalej
Grace zauważa, że statek kieruje się w stronę najbliższej gwiazdy, problem w tym, że nie jest nią nasze Słońce. Seria flashbacków z Ziemi przypomina mu, o co toczy się gra, nam zaś te wspominki uzmysławiają powagę sytuacji. A dzieje się naprawdę źle. Naukowcy odkrywają nieznane mikroorganizmy, które dosłownie żywią się energią słoneczną, to zaś sprawia, że w perspektywie kilku dekad klimat na naszej planecie mocno się ochłodzi. Będzie to miało katastrofalne skutki dla rolnictwa, co z kolei wywoła globalne zamieszki i masowy głód, a w dalszej perspektywie powolne wymieranie ludzkości.
Co więcej, podobny problem mają wszystkie gwiazdy w najbliższym sąsiedztwie. Wszystkie, z wyjątkiem leżącej nieco ponad jedenaście lat świetlnych od Ziemi Tau Ceti. Co sprawia, że ta jedna jedyna gwiazda opiera się kosmicznemu pasożytowi? By to zbadać, trzeba wysłać kogoś na miejsce. Międzynarodowy sztab kryzysowy mądrych głów wpada na szalony plan zbudowania statku kosmicznego napędzanego prototypowym silnikiem, który zasilą astrofagi, czyli ucztujące na powierzchni Słońca żyjątka – są one bowiem źródłem aktualnego kryzysu, ale też niewyobrażalnej energii, zdolnej rozpędzić statek do prędkości światła. Szkopuł w tym, że misja będzie samobójcza (zabraknie paliwa na drogę powrotną), niemniej od jej powodzenia zależy przyszłość ludzkości. Poza tym luz, zero stresu.

Rocky, ale nie Balboa
Nie uwierzycie, ale to dopiero zawiązanie akcji, bo najlepsze jeszcze przed nami. Gdy statek wreszcie dociera do stacji końcowej, bohater odkrywa, że nie jest sam. Obca rasa wysłała załogę z podobną misją i tak jak w przypadku ekipy Grace’a podróż przetrwał tylko jeden z jej członków. A że nie jest on humanoidem porozumiewającym się w jakikolwiek zrozumiały sposób, Ryland ma nie lada zagwozdkę, by znaleźć z nim wspólny język.
Nadaje ufolowi imię Rocky, bo ten przypomina ożywiony kawałek skały. To wielka sztuka sprawić, by coś, co wygląda jak pozbawiony twarzy kamienny krab, roztopiło nasze serca, tymczasem – cholera – udało się. Totalna odmienność Rocky’ego jest zresztą niewyczerpanym źródłem rozmaitych gagów i żartów sytuacyjnych. Początki tej osobliwej relacji są więc trudne, ale problemy wynikające ze wszystkich różnic chłopaki rozwiązują na bieżąco. Grace i Rocky współpracują, by znaleźć receptę na uratowanie swoich gatunków, a jednocześnie rodzi się między nimi autentyczna przyjaźń. Od pewnego momentu staje się ona filarem filmu, a zarazem jego siłą napędową.
Bawi, wzrusza, cieszy oko, pieści słuch
Rocky kradnie każdą scenę, nie zapominajmy jednak, że na pierwszym planie tej historii znajduje się Ryan Gosling, który zalicza tu jeden z najlepszych występów w swojej karierze. Wydaje się to o tyle trudniejsze, że kamera nie odstępuje go na krok. Nie licząc wspominkowych scen z Ziemi, „Projekt Hail Mary” to film wyłącznie jednego aktora.
Ryland Grace w interpretacji Kanadyjczyka to bohater z krwi i kości, któremu kibicujemy od pierwszych minut. Na jego twarzy maluje się szerokie spektrum wszystkich możliwych emocji – w jednych sytuacjach jest samotny, wycieńczony i przerażony, w innych wzruszony, ciepły i radosny. Kiedy trzeba, uroni łzę, innym razem krzyknie, by dać wyraz frustrującej bezsilności. I – co trzeba wyraźnie podkreślić – bardzo często bawi. Tak po prostu. Jeśli ktoś wątpił w potencjał komediowy Goslinga, po tym filmie prawdopodobnie zmieni zdanie.

„Projekt Hail Mary” imponuje również od strony technicznej. Twórcy chwalą się, że prawie wcale nie używali green screena – miast tego budowano olbrzymie makiety i korzystano z efektów praktycznych. I to naprawdę widać, bo ich dzieło na wielkim ekranie prezentuje się doskonale, dzięki talentowi i pracy Greiga Frasera (operatora „Diuny”, za zdjęcia do której w 2022 roku zdobył Oscara) pocztówki z kosmosu powalają majestatem, a ilustrująca to wszystko muzyka Daniela Pembertona jest dokładnie taka, jakiej oczekiwałbym po podobnym widowisku.
Rysy na diamencie
Szczerze? Nie zawiodłem się. Jasne, można się przyczepić, że względem książki poczyniono zbyt wiele fabularnych skrótów, choć w moim przekonaniu wyszło to filmowi na dobre, bo zyskały na tym dynamika i tempo (Andy Weir jest niesamowity, jeśli chodzi o kwestie naukowe, ale z opisywaniem wartkiej akcji radzi sobie średnio). Zapewne znajdą się widzowie, którzy będą kręcić nosem na humor, bo wyda im się, że w produkcji science fiction traktującej o zbliżającej się zagładzie planety występuje go zbyt wiele, ale w moim odczuciu wszystkie żarty trafiają w punkt i zwyczajnie się sprawdzają – doskonale rozładowują momentami nieznośne napięcie.
Naiwne jest też założenie fabularne, że biolog molekularny, który jeszcze niedawno spełniał się w roli szkolnego belfra, nagle staje się ekspertem od wszystkiego i znalazłszy się pod ścianą, zalicza pod rząd nie jedną, a kilka misji niemożliwych. „Marsjanin” korzystał z tej samej ścieżki rozwoju bohatera, ale miał trochę więcej sensu i prawdopodobieństwa. Zapewne ktoś przyczepi się również do naiwnego zakończenia, jednak pamiętajmy, że to nie kolejna „Odyseja kosmiczna” ani nawet „Apollo 13”. Obstawiam w ciemno, iż stojący za kamerami Phil Lord i Christopher Miller właśnie taki film chcieli zrobić – z jednej strony poważny, pokazujący próbę przetrwania ludzkości, z drugiej nieco ckliwy i pełen ciepła. Udało im się.
I choć może zabrzmi to naiwnie, dobrze w dzisiejszej rzeczywistości geopolitycznej obejrzeć historię konfrontującą nas z obcą rasą, w której nie wybiera się drogi konfliktu, a panaceum na zażegnanie dowolnego kryzysu dostrzega w dialogu. „Projekt Hail Mary” przekonuje, że nauka jest niezwykła, myślenie nadal ma przyszłość, a współpraca daje najlepsze efekty, i to mimo diametralnych różnic dzielących obie strony.
Ocena: 8+
Podsumowanie: Do scenariusza wkradło się kilka głupotek, a historia bywa przesadnie ckliwa, jednak nie ma to większego znaczenia, gdyż to film pięknie zilustrowany i bardzo sprawnie opowiedziany, a Ryan Gosling zalicza jedną z najlepszych ról w swojej karierze. Fantastyczne widowisko, kropka.
