6
4.04.2023, 12:45Lektura na 4 minuty

„Puchatek: Krew i miód” – to z całą pewnością nie jest miodek [RECENZJA FILMU]

W 2022 roku postać Puchatka z książek A.A. Milne’a przeszła do domeny publicznej, z czego ochoczo skorzystał Rhys Frake-Waterfield w celu nakręcenia niskobudżetowego slashera. Gdyby nie rozgłos, jaki udało mu się uzyskać w sieci, film pewnie skończyłby co najwyżej na YouTubie zamiast w kinach.


Jakub „rajmund” Gańko

Sam pomysł, by uczynić krwawym horrorem powszechnie znaną i lubianą bajkę, która słynie z ciepła i bezpretensjonalnych prawd życiowych, brzmi co najmniej intrygująco i nie sposób odmówić mu potencjału. Zresztą początek filmu, przygotowany w postaci oszczędnej animacji, nie zwiastuje wcale tragedii. Niedbałe szkice przedstawiają nam historię Krzysia, który zaprzyjaźnił się z osobliwymi istotami zamieszkującymi Stumilowy Las. Mowa m.in. o prosiaczku, osiołku i oczywiście niedźwiadku. Niestety chłopiec pewnego dnia brutalnie kończy tę sielankową znajomość, decydując się na studia medyczne. Wtedy jeszcze nie zdaje sobie sprawy, że jego odejście fatalnie wpłynie na sympatyczne zwierzątka i zabije w nich resztki empatii wobec czegokolwiek, co ludzkie. Gdy pięć lat później Krzyś przywozi do Stumilowego Lasu swoją narzeczoną, prędko przekonuje się, że nie był to najlepszy pomysł.

Puchatek: Krew i miód
Puchatek: Krew i miód

Powrót do relacji, którą w czasach dzieciństwa uznawaliśmy za baśniową idyllę, a po latach jesteśmy zmuszeni do konfrontacji z faktem, że rzeczywistość mogła wyglądać zupełnie inaczej, brzmi jak świetny punkt wyjściowy dla horroru i daje nawet pole do nakreślenia solidnego tła psychologicznego. Ale to zaledwie prolog „Puchatka: Krwi i miodu” i już jego druga, nieanimowana część wyraźnie sugeruje, że Frake-Waterfield bynajmniej nie będzie silił się na jakąkolwiek głębię. Główna oś fabuły dotyczy postaci Marii – dziewczyny, która przeżyła pewne traumatyczne wydarzenia i za namową terapeutki postanawia wyjechać na weekend do lasu, by oczyścić umysł ze złych myśli. Pech chciał, że wybrała Stumilowy Las, gdzie jedna z jej przyjaciółek zagubi się pośród drzew i akurat wpadnie na Puchatka, a inna, słuchając głośno piosenki o miodku w trakcie kąpieli w jacuzzi, zwabi go wprost do całej grupy koleżanek…

No dobra, ale nie oszukujmy się, że fabuła będzie tu najważniejsza. Jeśli spodziewaliście się, iż „Puchatek: Krew i miód” okaże się złym filmem, to – wydaje mi się – nawet sporo przerośnie wasze oczekiwania. Gra aktorska jest tu równie wiarygodna, co w telewizyjnych produkcjach w stylu „Trudnych spraw”, obowiązkowe sceny dekapitacji, odcinania kończyn czy mielenia ciał wypadają koszmarnie tandetnie (na sali kinowej w trakcie mojego seansu budziły wyłącznie śmiech, szczególnie „ta z okiem”), dynamikę buduje się, niezdarnie trzęsąc kamerą, a nastrój grozy w akcie desperacji próbuje się osiągnąć bardzo ciemnymi ujęciami, na których ledwo cokolwiek widać. Wszystko z pewnością po to, by ukryć mikroskopijny budżet nieprzekraczający ponoć 100 tys. dolarów. Myślę jednak, że niejeden student filmówki spożytkowałby te pieniądze znacznie lepiej.

Puchatek: Krew i miód
Puchatek: Krew i miód

Nie żebym nastawiał się wcześniej na jakieś wyrafinowane kino, ale nawet z perspektywy konesera celuloidowej tandety czuję się rozczarowany. Ze światem wykreowanym przez Milne’a można było zrobić tyle szalonych rzeczy, a już przynajmniej wykorzystać więcej zwierzęcych postaci i wykręcić je na drugą stronę w groteskowej manierze. Rozumiem, że jeszcze nie wszystkie trafiły do domeny publicznej i np. zdeformowana Kangurzyca z wyrastającym z jej brzucha paskudnym Maleństwem mogła być poza zasięgiem (a szkoda, bo taki motyw spodobałby się samemu Davidowi Cronenbergowi), ale nawet Kłapouchy zostaje zaledwie wspomniany w prologu, by od razu się go pozbyć. Frake-Waterfield wyraźnie chciał postawić na tanie, gumowe maski Puchatka i Prosiaczka (który trochę mi się kojarzył ze świnioglinami z Duke’a Nukema 3D). Jeśli bawiły was w trailerach, to najlepiej puśćcie sobie zwiastuny jeszcze raz i na tym poprzestańcie, bo w pełnometrażowej wersji wcale nie znajdziecie wiele więcej.

To aż zabawne, że w całej tej żenadzie „Puchatek: Krew i miód” wyszedł zaskakująco… progresywnie. Mimo że mamy w nim nawet parę lesbijek, to jak na standardy slasherów, film nie epatuje specjalnie golizną. Mało tego! Przedstawione w nim postacie żeńskie zdają test Bechdel, a więc wszystkie mają imiona i całkiem często zdarza im się rozmawiać na inne tematy niż mężczyźni (nawet przy założeniu, że płeć Puchatka to od lat przedmiot zażartych dyskusji). Do tego dochodzi całkiem znośna, acz sztampowa muzyka Andrew Scotta Bella. Niestety żaden z tych elementów nie jest w stanie zatrzeć wrażenia, że scenariusz napisał 13-latek, a reszta ekipy filmowej to jego koledzy z podwórka, którym udało się odłożyć trochę z kieszonkowego. A to niestety wcale nie koniec: na przyszły rok już zapowiedziano część drugą (tym razem z… pięciokrotnie większym budżetem), a Frake-Waterfield przygotowuje obecnie horrorowe wersje „Piotrusia Pana” i „Bambi”. Strach się bać!

Ocena

Film zrobiony najniższym kosztem, bez krztyny wyobraźni i przy nieudolnym wykorzystaniu konwencji slashera. Ani to śmieszne, ani angażujące, a szkoda, bo potencjał był niemały.

2
Ocena końcowa


Czytaj dalej

Redaktor
Jakub „rajmund” Gańko

Czarna owca rodu Belmontów, szatniarz w Lakeview Hotel, włóczęga z Shady Sands, dawny szef ochrony Sarif Industries, wielokrotny zabójca Crawmeraksa, tropiciel ze starego Yharnam, legenda Night City.

Profil
Wpisów1828

Obserwujących9

Dyskusja

  • Dodaj komentarz
  • Najlepsze
  • Najnowsze
  • Najstarsze