6
27.05.2022, 13:36Lektura na 4 minuty

„Top Gun: Maverick” – recenzja filmu. Odlotowe widowisko!

Wybrałem się na kontynuację „Top Guna”, jednego z najlepszych i najbardziej kultowych akcyjniaków lat 80. „To nie mogło się udać”, twierdzili. „Cruise jest za stary”, dodawali. Ja nie skreślałem filmu z góry, no ale sami powiedzcie, jakie były szanse, że twórcy przeskoczą pierwowzór?

Zobaczyłem film niezwykły. Emocjonujący, momentami paraliżujący, pięknie nakręcony, obłędnie udźwiękowiony i zmontowany, a także perfekcyjnie obsadzony. Teraz mam zagwozdkę. Jak oddać te prędkości, przeciążenia i zachwycające widoki, nie mając do dyspozycji obrazu i dźwięku, a „jedynie” słowa? Statyczne kadry też tego nie pokażą. Jeśli więc was nie przekonam, winę biorę na siebie. Zignorujcie ten tekst i wybierzcie się do kina. Podziękujecie mi później.

Narwany, łamiący wojskowe regulaminy Pete „Maverick” Mitchell powraca, tym razem w roli surowego, ale wyrozumiałego belfra, który w kilka tygodni musi przygotować najlepszych pilotów świata do szczególnie trudnego zadania. Z grupki oryginałów i indywidualności musi uczynić zgrany, ufający sobie zespół, a także przekonać jego członków, że swoista „mission impossible” jest możliwa do wykonania, co więcej – mają szansę wrócić z niej w jednym kawałku. Bo innego scenariusza nie bierze pod uwagę, w przeciwieństwie do wiecznie naburmuszonych zwierzchników.

„Top Gun: Maverick” to przede wszystkim hołd dla pierwszego „Top Guna” i zrobiony z wyczuciem olbrzymi fanserwis. Obraz w reżyserii Josepha Kosinskiego nawiązuje do fabuły kultowego dzieła Tony’ego Scotta, jego bohaterów, scen, ba, nawet ścieżki dźwiękowej. Pojawiają się momenty, gdy dosłownie każdym kadrem film naśladuje swojego poprzednika. Liczba odniesień jest ogromna, ale żadne nawiązanie nie wydaje się przesadzone, wrzucone na siłę czy – co gorsza – kiczowate. Owszem, to zabiegi obliczone na to, by grać na sentymentach fanów, ale zaryzykuję stwierdzenie, że to bardzo czysto wykonana melodia. W ostatnich „Pogromcach duchów” nie byłem w stanie strawić tego ślepego podążania za oryginalną historią, tu natomiast wszystko wydaje się zrobione w punkt, ze smakiem, a sam film, oprócz licznych nawiązań, ma do zaoferowania sporo treści własnej.

W trakcie kilku scen niektórzy widzowie dosłownie siedzieli na krawędzi fotela. I wcale im się nie dziwię, bo rollercoaster emocji fundowany nam przez Mavericka i jego drużynę asów osiąga w krytycznych momentach przeciążenia 9G. Sceny akcji potrafią być intymne i widowiskowe zarazem. W jednej sekundzie kamera dosłownie lepi się do twarzy pilotów, moszcząc się wygodnie w ciasnych kokpitach, a chwilę później pokazuje powietrzny balet z szerszej perspektywy. Ujęcia bywają rwane, krótkie, dynamika jest bezbłędna, a tempo zawrotne niczym myśliwce przekraczające barierę dźwięku. Ciarki gwarantowane.

Top Gun: Maverick
Top Gun: Maverick. Zdjęcie: Skydance Media, Don Simpson/Jerry Bruckheimer Films

W swojej kategorii wagowej to film totalny. Prawdę mówiąc, nie wiem, co można by zrobić inaczej, by było ciekawiej i bardziej angażująco. Owszem, sama fabuła nie wydaje się szczególnie odkrywcza, a wątek obcego mocarstwa, gdzie toczą się finałowe sceny, został maksymalnie spłycony. To ten typ przeciwnika, o którym wiemy niezbędne minimum, by nie mieć wątpliwości, że drużyna Wuja Sama stoi po właściwej stronie barykady. Ale tak niewiele tu przerw na złapanie oddechu, że zdałem sobie sprawę z tych niedopowiedzeń i luk dopiero po zakończonym seansie.

Obraz Kosinskiego stoi w metaforycznym rozkroku między kiedyś a dziś, nie tylko przez te wszystkie sentymentalne ukłony – które okazują się doskonałym uzupełnieniem tego, co współczesne – względem zacnego klasyka. To z jednej strony kino akcji w starym, dobrym stylu, z drugiej pochłaniający olbrzymie pieniądze, zrealizowany z chirurgiczną precyzją hollywoodzki blockbuster. Niczym mantry padają też w filmie fundamentalne kwestie dotyczące przemijania, oczywistości na temat tego, że wszyscy się starzeją i na każdego przyjdzie pora. Wcielający się brawurowo w Mavericka Tom Cruise ma na to tylko jedną odpowiedź: „Być może. Ale jeszcze nie dziś.” Cholerna racja.

Top Gun: Maverick. Zdjęcie: Skydance Media, Don Simpson/Jerry Bruckheimer Films
Top Gun: Maverick

Do głowy przychodzi mi wiele górnolotnych porównań, ale przecież nie napiszę, że to kino najwyższych lotów, bo „Top Gun: Maverick” to nie rozprawa filozoficzna o życiu, a „jedynie” napędzany wysokooktanowym paliwem akcyjniak. Ale jaki akcyjniak! A teraz wybaczcie, odpalam Ace Combat i wchodzę w naddźwiękową z obowiązkowym „Danger Zone” Kenny’ego Logginsa w głośnikach.

Ocena

W kategorii „sequel nakręcony po kilku dekadach” najlepsza rzecz od czasu „Mad Maksa: Na drodze gniewu”. Jeśli to was nie przekona, to nic tego nie zrobi. Właśnie dla takich filmów powstały kina.

9
Ocena końcowa

Redaktor
Eugeniusz Siekiera

Filozof i dziennikarz z wykształcenia, nietzscheanista z powołania, kinoman i nałogowy gracz z wyboru. Na pokładzie okrętu zwanego CDA od 2003 roku. Przygodę z wirtualnym światem zaczynałem w czasach ZX Spectrum, gdy gry wczytywało się z kaset magnetofonowych, a pisanie prostych programów w Basicu było najlepszą receptą na deszczowe popołudnie. Dziś młócę na wszystkim, co wpadnie pod rękę (przeprosiłem się nawet z Nintendo), choć mając wybór, zawsze postawię na peceta.

Profil
Wpisów50

Obserwujących11

Dyskusja

  • Dodaj komentarz
  • Najlepsze
  • Najnowsze
  • Najstarsze

Polecane