Związkowcom nie podoba się przede wszystkim obowiązkowy powrót do biur, ale to nie wszystkie problemy.
Ostatnie miesiące Ubisoftu to dość bezlitosna seria porażek i prób poskładania firmy w całość z coraz bardziej rozpadających się elementów. Ratunkiem miał być biznes z Tencentem i przekierowanie pracowników do nowej spółki, mającej zająć się rozwojem najbardziej dochodowych serii. To z kolei oznacza, że część zatrudnionych osób nie będzie już potrzebna…
Ostatni rok Francuzów to wieczna restrukturyzacja, która na razie nie ma końca i najwyraźniej także sensu – wszystkie podejmowane działania prowadzą do dalszych problemów dokładnie tego samego typu. Bardziej szczegółowo na ten temat rozpisał się ostatnio Karol Laska. Ledwo tekst mojego redakcyjnego kolegi ostygł, a Ubi już sięga po miecz reorganizacji, namawiając 200 pracowników do dobrowolnego odejścia. Teraz okazuje się, że wyrzucanie ludzi to za mało i firma postanowiła wycofać się całkowicie z pracy zdalnej, zmuszając pracowników do powrotu do biur. Część z nich to wyeliminuje natychmiastowo, z kolei reszta dostanie ciężki orzech do zgryzienia, prawda? No właśnie nie, bo zagwozdkę będzie miał sam Ubisoft, jako że (delikatnie mówiąc) solidnie poirytowani developerzy najwyraźniej nie chcą się dostosować. W mediach społecznościowych opublikowano stanowisko wynikające z porozumienia różnych związków zawodowych, w którym nawołuje się do „masowego, międzynarodowego strajku”.
21 stycznia Yves Guillemot zapowiedział zakończenie pracy zdalnej, zamknięcie kilku studiów, anulowanie projektów i plan zaoszczędzenia 200 milionów euro. Dowiedzieliśmy się o tym w tym samym czasie, co media i nie przeprowadzono z nami obowiązkowych konsultacji (…). Obiecano autonomię zespołów w ramach nowych struktur firmy. Co z autonomią samych pracowników? Jesteśmy traktowani jak dzieci, które trzeba nadzorować.
Trzeba doprecyzować jedno: Ubisoft już od dłuższego czasu ostrzył sobie zęby na zmuszenie pracowników do powrotu do biur. Już 2 lata temu mówiono o strajku, kiedy firma zarządziła, że wszyscy pracownicy francuskiego oddziału mają pracować w siedzibie. Nieco później podobny los spotkał hiszpańskich pracowników Ubi, a o decyzji otwarcie mówiono, że została podjęta nagle i bez transparentności. W oświadczeniu nawołującym do strajku związkowcy stwierdzają wprost, że poprzednie ustalenia dotyczące pracy zdalnej, negocjowane od około roku i funkcjonujące w niektórych oddziałach Ubi od września 2025, zostaną teraz podważone w sposób arbitralny.
🇬🇧✊🌀 Ubisoft : enough is enough! Faced with the arbitrary decision of the CEO who doesn’t even dare talking to employees anymore, unions are calling for a strike on February 10th, 11th and 12th.
Mówi się nam o odpowiedzialności, ale ci, którzy z taką łatwością władają tym słowem, nie biorą żadnej odpowiedzialności za skutki swojego katastrofalnego zarządzania (…). Czas, by kierownictwo zrozumiało, że nie może robić wszystkiego jak chce, czy to za pieniądze publiczne, czy za pracę setek ludzi. Bez nas Ubisoft nigdy nie podbiłby ani nie wpłynął w taki sposób na rynek gier wideo.
To ostatnie zdanie w kontekście wielu lat porażek i problemów może brzmieć śmiesznie, ale nie zapominajmy, że nie zawsze tak to wyglądało. Kiedyś, choć było to już w zasadzie dwie dekady temu, firma rosła jak na drożdżach właśnie dzięki świetnym produkcjom. Wówczas na stołku prezesa także zasiadał Yves Guillemot. Co więc wydarzyło się w ostatniej dekadzie? Firma ostatecznie zwróciła się w kierunku, który bardzo łatwo zidentyfikować i z perspektywy zwykłego gracza napiętnować jako winowajcę. Widzą to też akcjonariusze, jacy może nie zawsze znają się na grach, ale z pewnością czują lżejsze portfele. Może faktycznie Ubi potrzebuje gwałtownej zmiany na szczeblu kierowniczym, by się uleczyć? A może i na to jest już za późno?
Strajk ma się odbyć w dniach 10-12 lutego. W czasie, kiedy publikuję tego newsa, Ubisoft w żaden sposób się do tego wezwania nie odniósł.
Zarząd Ubi bardzo mocno na to zapracował. Sama zagrywka z odrzuceniem pracy zdalnej jest już chyba w podręcznikach dla Januszy biznesu (o przepraszam Żanów biznesu w tym wypadku).
Ja muszę chodzić do swojego miejsca pracy codziennie i nie płaczę z tego powodu. Musiałem tak chodzić nawet w pandemii. Koniec z pracą zdalną jest dla mnie ostatnim argumentem przeciwko wyzyskowi pracownika. Zmuszenie do powrotu do biura jest spowodowane tym, że można wtedy zobaczyć kto się opierdziela, kto nie. Kompletnie nie płaczę nad nikim, kto musi wrócić do biura. Ja mogę, wy też możecie. Przestańcie jęczeć i weźcie się za porządną robotę. Sam znam osoby, które siedzą z tyłkiem w domu, popracują parę godzin w ciągu dnia i nikt ich tak naprawdę nie kontroluje.
O nie, ktoś ma lepiej ode mnie i jak chcą mu zrobić gorzej, to ten ktoś protestuje, muszę koniecznie wspomnieć o tym, że ja też mam gorzej i zadeptać każdego, kto chce choć odrobinkę dla siebie wyszarpnąć.
Mnie w domu bili i wyszedłem na ludzi, to inni też przeżyją, nie ma co się nad sobą rozczulać – takie jest życie.
Zobaczymy, jak przez te wszystkie biurwy wracające do biur będziesz stać w większych korkach, bo siłą rzeczy ruch się zwiększy. Podobna sytuacja ma miejsce, jak kończą się wszelkiej maści ferie i wakacje. Ulice się nagle zapychają. Swoją drogą, że tyle małolatów ma samochody… 😉 Ale cóż, „ja mogę, wy też możecie” stać w korkach.
Serio? A nie zauważyłeś, że wyrosła Nam plaga devopsów, którzy zaczynają się nazywać devami?mowisz,ze masz gwiazdki michellina, bo zrobiłeś herbatę?
Nikt nie wywala devow, tylko devopsów, także spokojnie.
Najbardziej dziwi mnie to, że za błędy kadry kierowniczej odpowiada zazwyczaj pracownik niższego szczebla. Zarządcy najczęściej dostaną złoty spadochron i karawana jedzie dalej. Wyżynami planu wdrażania oszczędności jest zwolnienie pracownika. To, że dyrektor jeździ służbowym samochodem na urlop w Chorwacji to już kosztów nie generuje…
Nie ma w tym nic dziwnego, tak jest korpo skonstruowane – kiedy coś idzie nie tak, zarząd zarządza w taki sposób, żeby nie dostali po dupie, czyli odcina najodleglejsze od siebie gałęzie żeby nie spłonąć z resztą drzewa, a jak zwykłemu śmieciuchowi od klepania kodu coś nie gra, to odpowiedzialność rozkłada się tak, że nie ma do kogo się przypruć. Do pani kadrowej – nie, ona tylko przekłada papiery; do managera – też nie, on tylko tu pracuje tak samo jak Ty i nie ma wpływu na akcje tych nad sobą; do dyrektora tym bardziej – on tylko podejmuje decyzje.
Korpo to nie Janusz-kumpel Twojego Starego, lokalny psiemciembiorca zatrudniający 15 osób, w tym Ciebie na prośbę Twojego Starego w ramach Twojej pierwszej w życiu pracy, żeby mieć jakiekolwiek sentymenty – korpo-pracodawcę trzeba j*bać na benefitach jak tylko się da w granicach przestrzegania przepisów, bo pracodawca nie będzie mieć skrupułów, żeby wyj*bać Ciebie jeśli tylko dostrzeże ku temu okazję i będzie mieć w tym interes – wyj*bać z pracy, na premię, na urlop, na wypłatę.
Tylko w takim razie, czemu każdy z tych wybitnych, ale uciemiezonych devow nie potrafi założyć sobie firmy nawet małej, żeby się nie wyebala? Bo już widzę że 30 firmę ex blizza, która jest kurla memem, bo devops się usrali, że są devami.
Tylko w takim razie, czemu każdy z tych wybitnych, ale uciemiezonych devow nie potrafi założyć sobie firmy nawet małej, żeby się nie wyebala? Bo już widzę że 30 firmę ex blizza, która jest kurla memem, bo devops się usrali, że są devami.
Nie wiem choć się domyślam, ale podpowiem, że bycie dobrym, nawet wybitnym specjalistą w swojej dziedzinie nie gwarantuje jednocześnie posiadania umiejętności w zarządzaniu firmą, kierowaniu ludźmi.
Nie ma w tym nic dziwnego, tak jest korpo skonstruowane – kiedy coś idzie nie tak, zarząd zarządza w taki sposób, żeby nie dostali po dupie, czyli odcina najodleglejsze od siebie gałęzie żeby nie spłonąć z resztą drzewa, a jak zwykłemu śmieciuchowi od klepania kodu coś nie gra, to odpowiedzialność rozkłada się tak, że nie ma do kogo się przypruć. Do pani kadrowej – nie, ona tylko przekłada papiery; do managera – też nie, on tylko tu pracuje tak samo jak Ty i nie ma wpływu na akcje tych nad sobą; do dyrektora tym bardziej – on tylko podejmuje decyzje.
Korpo to nie Janusz-kumpel Twojego Starego, lokalny psiemciembiorca zatrudniający 15 osób, w tym Ciebie na prośbę Twojego Starego w ramach Twojej pierwszej w życiu pracy, żeby mieć jakiekolwiek sentymenty – korpo-pracodawcę trzeba j*bać na benefitach jak tylko się da w granicach przestrzegania przepisów, bo pracodawca nie będzie mieć skrupułów, żeby wyj*bać Ciebie jeśli tylko dostrzeże ku temu okazję i będzie mieć w tym interes – wyj*bać z pracy, na premię, na urlop, na wypłatę.
O nie, ktoś ma lepiej ode mnie i jak chcą mu zrobić gorzej, to ten ktoś protestuje, muszę koniecznie wspomnieć o tym, że ja też mam gorzej i zadeptać każdego, kto chce choć odrobinkę dla siebie wyszarpnąć.
Mnie w domu bili i wyszedłem na ludzi, to inni też przeżyją, nie ma co się nad sobą rozczulać – takie jest życie.
Serio porównujesz przymus jeżdżenia do pracy do przemocy domowej? xDD
Przedmówca, któremu odpowiadasz nikogo nie zadeptuje, ma po prostu inne zdanie. Ani on, ani ty nie wiecie jak to wygląda wewnątrz i czy ten strajk jest zasadny, czy nie. Jakie są korporacje to wiadomo nie od dziś, ale pracownicy też często walą w ch**a i to nieraz bardziej od pracodawcy, pomimo ogólnie przyjętej narracji, że w gamedevie pracują sami wspaniali i uczciwi ludzie, a tylko ta kadra zarządzająca jest złem wcielonym.
Z biciem w domu to taki (może mało zgrabny) przykład trochę z dupy, a trochę nie, dla uwidocznienia że na wszystko można odpowiedzieć w taki sposób. Pracownik nie chce mieć gorzej=poprzewracało mu się w dupie, w pracy się pracuje a nie myśli o ch*j wie czym, zabrać wszystkim po równo, bo pewnie walą w ch*ja na home office.
Dzieciak z domu z problemami zwierza się z psychicznego cierpienia=wymyśla, poprzestawiało mu się od dobrobytu w głowie, ma przecież dach nad głową, ciepły posiłek, na grzbiet co założyć, dostałby w skórę to chodziłby jak zegarek, a nie tabletki łykać i pieniądze na terapeutę marnować.
Może i brzydko odpowiedziałem, ale bez jaj – „mi też było ciężko, nikt mi nie pomagał więc nie ma o czym mówić” to dla mnie Januszerka. Może sam parskam śmiechem na problemy młodszych od siebie znajomych, ale nigdy nie powiedziałbym, żeby nie robili z siebie debili tylko pracowali jak normalni ludzie w momencie, kiedy mogą coś ugrać.
Nie żeby zaraz złem wcielonym, kadra zarządzająca, HR, menedżerowie po prostu nie są od tego, żeby być przyjacielem pracownika. Pracownik jest zdany na siebie jeśli chodzi o wyszarpywanie dla siebie drobnych udogodnień i z takim nastawieniem należy iść do takiego miejsca. Żadne wewnątrzfirmowe systemy nie zadziałają same na Twoją korzyść, jeśli sam nie wyjdziesz przed szereg i nie pokażesz, że coś Ci się należy. Najlepsze metody rozwoju to chodzić na szluga z managerami, obnosić się ze swoimi nawet najbardziej błahymi osiągnięciami zawsze i wszędzie, a to, co zaproponował cicho kolega z zespołu w ramach rozwiązania jakiegoś problemu, powtarzać głośno przy przełożonym jako swój pomysł.
A co do walenia w ch*ja – w każdej pracy jest jakiś margines do opie*dalania się, tylko ogarnięty pracownik wie, kiedy może sobie na to pozwolić, żeby nikt się nie skapnął ani nie czynić tym żadnych strat. Kiedy wylądowałem za biurkiem po zakończeniu kariery pracownika fizycznego, jeszcze przez długi czas miałem wrażenie, że oszukuję ;v tymczasem nie, po prostu tak były rozłożone obowiązki na moim stanowisku, że mogłem pozapierniczać pół dnia, a drugie pół mieć luźne. Chyba że to nie opie*dalanie się, tylko po prostu rozsądne rozkładanie sobie roboty na cały dzień ;v
„A co do walenia w ch*ja – w każdej pracy jest jakiś margines do opie*dalania się, tylko ogarnięty pracownik wie, kiedy może sobie na to pozwolić, żeby nikt się nie skapnął ani nie czynić tym żadnych strat.”
No właśnie. Przerabiałem już kilka razy ten schemat: pracownicy znajdują lukę w systemie, żeby nieco wyluzować -> jest dobrze, nawet kierownik przymyka oko -> najwięksi leserzy zaczynają korzystać z niej bez umiaru -> ktoś na górze w końcu postanawia to ukrócić, zazwyczaj jak biznes przestaje być aż tak rentowny i szuka się oszczędności -> luka zostaje załatana.
Trudno mieć w takim przypadku pretensje do pracodawcy. Być może w przypadku home office w Ubisofcie też tak było.
„A co do walenia w ch*ja – w każdej pracy jest jakiś margines do opie*dalania się, tylko ogarnięty pracownik wie, kiedy może sobie na to pozwolić, żeby nikt się nie skapnął ani nie czynić tym żadnych strat.”
No właśnie. Przerabiałem już kilka razy ten schemat: pracownicy znajdują lukę w systemie, żeby nieco wyluzować -> jest dobrze, nawet kierownik przymyka oko -> najwięksi leserzy zaczynają korzystać z niej bez umiaru -> ktoś na górze w końcu postanawia to ukrócić, zazwyczaj jak biznes przesta…
A cięcia kosztów idące w setki milionów, zachęcanie do dobrowolnego odejścia i perspektywa masowych zwolnień na horyzoncie nie mają z tym nic wspólnego ;v
„A cięcia kosztów idące w setki milionów, zachęcanie do dobrowolnego odejścia i perspektywa masowych zwolnień na horyzoncie nie mają z tym nic wspólnego ;v”
To, że kasa im ucieka przez pracę zdalną nie wyklucza tego, że przy okazji liczą, że ludzie sami odejdą, gdy będą musieli dojeżdżać do pracy. Firma się wali, nie są już w stanie już utrzymać tak gigantycznego zatrudnienia, to co mają właściwie robić? Zbankrutować? Wtedy wszyscy wylądują na bruku bez odpraw.
O nie, ktoś ma lepiej ode mnie i jak chcą mu zrobić gorzej, to ten ktoś protestuje, muszę koniecznie wspomnieć o tym, że ja też mam gorzej i zadeptać każdego, kto chce choć odrobinkę dla siebie wyszarpnąć.
Mnie w domu bili i wyszedłem na ludzi, to inni też przeżyją, nie ma co się nad sobą rozczulać – takie jest życie.
„A cięcia kosztów idące w setki milionów, zachęcanie do dobrowolnego odejścia i perspektywa masowych zwolnień na horyzoncie nie mają z tym nic wspólnego ;v”
To, że kasa im ucieka przez pracę zdalną nie wyklucza tego, że przy okazji liczą, że ludzie sami odejdą, gdy będą musieli dojeżdżać do pracy. Firma się wali, nie są już w stanie już utrzymać tak gigantycznego zatrudnienia, to co mają właściwie robić? Zbankrutować? Wtedy wszyscy wylądują na bruku bez odpraw.
Można się było nie rozrastać jak poj*bani, tylko mierzyć siły na zamiary i rozrysować plany na przyszłość z odrobiną pokory. Nie da się zarządzać takim molochem tak, żeby nie było ofiar, tylko kto tu jest zły? Zarząd, który nie umie w zarządzanie i próbuje jakoś ratować spółkę kiedy kolos na glinianych nogac zaczyna się chwiać czy ludzie, którzy chcą mieć pracę, ale nie są w stanie przewidzieć, że praca może się skończyć?
Chodzi o możliwości, które daje pozostanie na home office vs wyeliminowanie tych możliwości przez konieczność jeżdżenia do biura, plus dodatkowe niedogodności z tym związane.
Zarząd Ubi bardzo mocno na to zapracował. Sama zagrywka z odrzuceniem pracy zdalnej jest już chyba w podręcznikach dla Januszy biznesu (o przepraszam Żanów biznesu w tym wypadku).
Ja muszę chodzić do swojego miejsca pracy codziennie i nie płaczę z tego powodu. Musiałem tak chodzić nawet w pandemii. Koniec z pracą zdalną jest dla mnie ostatnim argumentem przeciwko wyzyskowi pracownika. Zmuszenie do powrotu do biura jest spowodowane tym, że można wtedy zobaczyć kto się opierdziela, kto nie. Kompletnie nie płaczę nad nikim, kto musi wrócić do biura. Ja mogę, wy też możecie. Przestańcie jęczeć i weźcie się za porządną robotę. Sam znam osoby, które siedzą z tyłkiem w domu, popracują parę godzin w ciągu dnia i nikt ich tak naprawdę nie kontroluje.
Na szczęście ta mentalność powolutku odchodzi do lamusa, brawa dla organizatorów strajku, trzymam za nich kciuki.
To, że ty coś możesz nie ma żadnej korelacji z tym, że ktoś inny też może. Nie jesteś pępkiem świata.
To, że ktoś pracuje w biurze wcale nie oznacza, że będzie widać, czy się obija, czy nie.
Ty sprzątasz altany śmietnikowe czy co, że tak bardzo płaczesz nad tymi, którzy mogą pracować zdalnie?
O nie, ktoś ma lepiej ode mnie i jak chcą mu zrobić gorzej, to ten ktoś protestuje, muszę koniecznie wspomnieć o tym, że ja też mam gorzej i zadeptać każdego, kto chce choć odrobinkę dla siebie wyszarpnąć.
Mnie w domu bili i wyszedłem na ludzi, to inni też przeżyją, nie ma co się nad sobą rozczulać – takie jest życie.
Ale się na Ciebie jad wylał. Pracownikom się w dupach poprzewracała od dobrobytu, czas to ukrócić.
Zobaczymy, jak przez te wszystkie biurwy wracające do biur będziesz stać w większych korkach, bo siłą rzeczy ruch się zwiększy. Podobna sytuacja ma miejsce, jak kończą się wszelkiej maści ferie i wakacje. Ulice się nagle zapychają. Swoją drogą, że tyle małolatów ma samochody… 😉 Ale cóż, „ja mogę, wy też możecie” stać w korkach.
Serio? A nie zauważyłeś, że wyrosła Nam plaga devopsów, którzy zaczynają się nazywać devami?mowisz,ze masz gwiazdki michellina, bo zrobiłeś herbatę?
Nikt nie wywala devow, tylko devopsów, także spokojnie.
Najbardziej dziwi mnie to, że za błędy kadry kierowniczej odpowiada zazwyczaj pracownik niższego szczebla. Zarządcy najczęściej dostaną złoty spadochron i karawana jedzie dalej. Wyżynami planu wdrażania oszczędności jest zwolnienie pracownika. To, że dyrektor jeździ służbowym samochodem na urlop w Chorwacji to już kosztów nie generuje…
To czemu pracownik nie zainwestuje milionów w swój biznes, żeby mieć swój spadochron. Droga wolna, woda w basenie zacna.
Komentarz tak absurdalnie odklejony, że aż rozczulający XDD
a oby ci podniesli wiek emerytalny do 80 lat
To już pytanie do praktycznie wszystkich rypiących swoje 9-5, dlaczego tak bardzo lubią pracę na etacie zamiast założyć firmę.
Nie ma w tym nic dziwnego, tak jest korpo skonstruowane – kiedy coś idzie nie tak, zarząd zarządza w taki sposób, żeby nie dostali po dupie, czyli odcina najodleglejsze od siebie gałęzie żeby nie spłonąć z resztą drzewa, a jak zwykłemu śmieciuchowi od klepania kodu coś nie gra, to odpowiedzialność rozkłada się tak, że nie ma do kogo się przypruć. Do pani kadrowej – nie, ona tylko przekłada papiery; do managera – też nie, on tylko tu pracuje tak samo jak Ty i nie ma wpływu na akcje tych nad sobą; do dyrektora tym bardziej – on tylko podejmuje decyzje.
Korpo to nie Janusz-kumpel Twojego Starego, lokalny psiemciembiorca zatrudniający 15 osób, w tym Ciebie na prośbę Twojego Starego w ramach Twojej pierwszej w życiu pracy, żeby mieć jakiekolwiek sentymenty – korpo-pracodawcę trzeba j*bać na benefitach jak tylko się da w granicach przestrzegania przepisów, bo pracodawca nie będzie mieć skrupułów, żeby wyj*bać Ciebie jeśli tylko dostrzeże ku temu okazję i będzie mieć w tym interes – wyj*bać z pracy, na premię, na urlop, na wypłatę.
Tylko w takim razie, czemu każdy z tych wybitnych, ale uciemiezonych devow nie potrafi założyć sobie firmy nawet małej, żeby się nie wyebala? Bo już widzę że 30 firmę ex blizza, która jest kurla memem, bo devops się usrali, że są devami.
Nie wiem choć się domyślam, ale podpowiem, że bycie dobrym, nawet wybitnym specjalistą w swojej dziedzinie nie gwarantuje jednocześnie posiadania umiejętności w zarządzaniu firmą, kierowaniu ludźmi.
Nie ma w tym nic dziwnego, tak jest korpo skonstruowane – kiedy coś idzie nie tak, zarząd zarządza w taki sposób, żeby nie dostali po dupie, czyli odcina najodleglejsze od siebie gałęzie żeby nie spłonąć z resztą drzewa, a jak zwykłemu śmieciuchowi od klepania kodu coś nie gra, to odpowiedzialność rozkłada się tak, że nie ma do kogo się przypruć. Do pani kadrowej – nie, ona tylko przekłada papiery; do managera – też nie, on tylko tu pracuje tak samo jak Ty i nie ma wpływu na akcje tych nad sobą; do dyrektora tym bardziej – on tylko podejmuje decyzje.
Korpo to nie Janusz-kumpel Twojego Starego, lokalny psiemciembiorca zatrudniający 15 osób, w tym Ciebie na prośbę Twojego Starego w ramach Twojej pierwszej w życiu pracy, żeby mieć jakiekolwiek sentymenty – korpo-pracodawcę trzeba j*bać na benefitach jak tylko się da w granicach przestrzegania przepisów, bo pracodawca nie będzie mieć skrupułów, żeby wyj*bać Ciebie jeśli tylko dostrzeże ku temu okazję i będzie mieć w tym interes – wyj*bać z pracy, na premię, na urlop, na wypłatę.
Komentarz do wyrzutu, bo źle klikłem
Serio porównujesz przymus jeżdżenia do pracy do przemocy domowej? xDD
Przedmówca, któremu odpowiadasz nikogo nie zadeptuje, ma po prostu inne zdanie. Ani on, ani ty nie wiecie jak to wygląda wewnątrz i czy ten strajk jest zasadny, czy nie. Jakie są korporacje to wiadomo nie od dziś, ale pracownicy też często walą w ch**a i to nieraz bardziej od pracodawcy, pomimo ogólnie przyjętej narracji, że w gamedevie pracują sami wspaniali i uczciwi ludzie, a tylko ta kadra zarządzająca jest złem wcielonym.
Z biciem w domu to taki (może mało zgrabny) przykład trochę z dupy, a trochę nie, dla uwidocznienia że na wszystko można odpowiedzieć w taki sposób. Pracownik nie chce mieć gorzej=poprzewracało mu się w dupie, w pracy się pracuje a nie myśli o ch*j wie czym, zabrać wszystkim po równo, bo pewnie walą w ch*ja na home office.
Dzieciak z domu z problemami zwierza się z psychicznego cierpienia=wymyśla, poprzestawiało mu się od dobrobytu w głowie, ma przecież dach nad głową, ciepły posiłek, na grzbiet co założyć, dostałby w skórę to chodziłby jak zegarek, a nie tabletki łykać i pieniądze na terapeutę marnować.
Może i brzydko odpowiedziałem, ale bez jaj – „mi też było ciężko, nikt mi nie pomagał więc nie ma o czym mówić” to dla mnie Januszerka. Może sam parskam śmiechem na problemy młodszych od siebie znajomych, ale nigdy nie powiedziałbym, żeby nie robili z siebie debili tylko pracowali jak normalni ludzie w momencie, kiedy mogą coś ugrać.
Nie żeby zaraz złem wcielonym, kadra zarządzająca, HR, menedżerowie po prostu nie są od tego, żeby być przyjacielem pracownika. Pracownik jest zdany na siebie jeśli chodzi o wyszarpywanie dla siebie drobnych udogodnień i z takim nastawieniem należy iść do takiego miejsca. Żadne wewnątrzfirmowe systemy nie zadziałają same na Twoją korzyść, jeśli sam nie wyjdziesz przed szereg i nie pokażesz, że coś Ci się należy. Najlepsze metody rozwoju to chodzić na szluga z managerami, obnosić się ze swoimi nawet najbardziej błahymi osiągnięciami zawsze i wszędzie, a to, co zaproponował cicho kolega z zespołu w ramach rozwiązania jakiegoś problemu, powtarzać głośno przy przełożonym jako swój pomysł.
A co do walenia w ch*ja – w każdej pracy jest jakiś margines do opie*dalania się, tylko ogarnięty pracownik wie, kiedy może sobie na to pozwolić, żeby nikt się nie skapnął ani nie czynić tym żadnych strat. Kiedy wylądowałem za biurkiem po zakończeniu kariery pracownika fizycznego, jeszcze przez długi czas miałem wrażenie, że oszukuję ;v tymczasem nie, po prostu tak były rozłożone obowiązki na moim stanowisku, że mogłem pozapierniczać pół dnia, a drugie pół mieć luźne. Chyba że to nie opie*dalanie się, tylko po prostu rozsądne rozkładanie sobie roboty na cały dzień ;v
„A co do walenia w ch*ja – w każdej pracy jest jakiś margines do opie*dalania się, tylko ogarnięty pracownik wie, kiedy może sobie na to pozwolić, żeby nikt się nie skapnął ani nie czynić tym żadnych strat.”
No właśnie. Przerabiałem już kilka razy ten schemat: pracownicy znajdują lukę w systemie, żeby nieco wyluzować -> jest dobrze, nawet kierownik przymyka oko -> najwięksi leserzy zaczynają korzystać z niej bez umiaru -> ktoś na górze w końcu postanawia to ukrócić, zazwyczaj jak biznes przestaje być aż tak rentowny i szuka się oszczędności -> luka zostaje załatana.
Trudno mieć w takim przypadku pretensje do pracodawcy. Być może w przypadku home office w Ubisofcie też tak było.
A cięcia kosztów idące w setki milionów, zachęcanie do dobrowolnego odejścia i perspektywa masowych zwolnień na horyzoncie nie mają z tym nic wspólnego ;v
„A cięcia kosztów idące w setki milionów, zachęcanie do dobrowolnego odejścia i perspektywa masowych zwolnień na horyzoncie nie mają z tym nic wspólnego ;v”
To, że kasa im ucieka przez pracę zdalną nie wyklucza tego, że przy okazji liczą, że ludzie sami odejdą, gdy będą musieli dojeżdżać do pracy. Firma się wali, nie są już w stanie już utrzymać tak gigantycznego zatrudnienia, to co mają właściwie robić? Zbankrutować? Wtedy wszyscy wylądują na bruku bez odpraw.
Z tym biciem, świetny przykład.
A próbowałeś po prostu nie być biedny? Szach mat
Nosz przecież wiadomo że to kwestia nastawienia, Dominika Kulczyk zawsze tak mówiła 😉
Wstawalem wcześniej, pilem kawe z automatu w korytarzu…
XDD
Można się było nie rozrastać jak poj*bani, tylko mierzyć siły na zamiary i rozrysować plany na przyszłość z odrobiną pokory. Nie da się zarządzać takim molochem tak, żeby nie było ofiar, tylko kto tu jest zły? Zarząd, który nie umie w zarządzanie i próbuje jakoś ratować spółkę kiedy kolos na glinianych nogac zaczyna się chwiać czy ludzie, którzy chcą mieć pracę, ale nie są w stanie przewidzieć, że praca może się skończyć?
No i napisałem jak debil na samym końcu zamiast pod komentarzem, na który odpowiadam.
Czemu praca w biurze aż tak boli? Nie mówię o tych wszystkich pracujacych xxx kilometrow od biura. Obecność wywołuje alergię czy o co chodzi?
Chodzi o możliwości, które daje pozostanie na home office vs wyeliminowanie tych możliwości przez konieczność jeżdżenia do biura, plus dodatkowe niedogodności z tym związane.