6
5.11.2022, 07:30Lektura na 13 minut

50 lat Atari! Część trzecia: Pracuj ciężko, baw się ostro, zarabiaj kiepsko

50 lat po narodzinach legendarnej firmy przybliżam jej zawiłe dzieje i losy tworzących ją ludzi. W tym odcinku: Atari wprowadza się do starej wrotkarni, imprezuje i pracuje w oparach trawki, wozi krawaciarzy na taśmociągu i zarabia pierwsze miliony.


Smuggler

CZĘŚĆ PIERWSZA – „MORMON, KTÓRY MARZYŁ”
CZĘŚĆ DRUGA – „OD SYZYGY DO ATARI”

Najpierw wspomnijmy jednak o charakterystycznym symbolu Atari, tzn. o trzech łukach układających się w kształt interpretowany przez niektórych jako przetworzony artystycznie wizerunek najwyższego szczytu Japonii – Fudżi. Ze względu na nazwę wielu ludziom Atari kojarzyło się z Krajem Kwitnącej Wiśni tak jednoznacznie (sam nieraz spotkałem się ze zdziwieniem: „A to nie była japońska firma?!”), że uznawali umieszczenie jego świętej góry w logo za oczywistość. A jak wyglądała prawda?


A

Twórca tego symbolu, zatrudniony w Atari grafik, wspomina, że siedział kiedyś wraz z kumplem przy biurku i bazgrając na kartce, starali się zaprojektować znak ze stylizowaną literą A. Dodajmy, iż nie było to pierwszy logo firmy. Ono wyglądało bowiem tak…

atari logo
Jeden z pierwszych logotypów. Fot: Atari

…i nikogo specjalnie nie zachwycało. Stąd właśnie panowie kombinowali, jak nadać mu lekkość i większą wyrazistość. W pewnym momencie któryś z nich nakreślił owe trzy charakterystyczne kreski… i wspólnie uznali, że nic lepszego już nie wymyślą. Zrobili tylko z linii grubsze łuki dla wzmocnienia czytelności. I tyle. A potem dostosowali cały napis „Atari” do uzyskanego stylu.

Wszystkie późniejsze teorie mające dodać temu znakowi głębi – np. przypuszczenie, że symbolizuje on dwoje graczy skupionych nad grą Pong (prosta środkowa linia to siatka kortu, a łuki oddają dynamikę ruchu paletek) – projektant podsumował krótko: „Bullshit”. Logo powstało przed stworzeniem Ponga i rzec trzeba, że doskonale zniosło próbę czasu – sprawia wrażenie nowoczesnego nawet dzisiaj, a rozmaite zmiany w jego wyglądzie przeprowadzane w trakcie 50 lat były raczej tylko kosmetyczne.


Nie uczelnia, lecz chęć szczera zrobi z ciebie menadżera

Nolan Bushnell sam przyznaje, że nie miał zielonego pojęcia, jak szefować innym ludziom. „[Wcześniej] zarządzałem tylko dzieciakami w wesołym miasteczku. To było takie moje MBA”, tłumaczy. W pracy kierował się nie przyswojoną na studiach wiedzą, a instynktem (tak na marginesie: zwykle kiepsko się to kończy, wspomnicie jeszcze moje słowa). Założył, że w firmie ważne jest, żeby „wszyscy byli szczęśliwi”. Zadowolony pracownik to pracownik kreatywny i wydajny. W swoim manifeście napisał: „Jeśli ludzie są szczęśliwi, firma jest szczęśliwa. I wtedy dzieją się dobre rzeczy”. Potem uderzył w górnolotne tony: „Będziemy tworzyć jak najlepsze produkty i obsługiwać nasze rynki w taki sposób, aby z biegiem czasu nazwa Atari była synonimem jakości, wyobraźni, badań, obsługi posprzedażowej i odpowiedzialności społecznej”.


Atari z jednych robiło milionerów, a innych niszczyło.


Skąd u Bushnella takie idealistyczne nastawienie? Cóż, kwestia czasu i miejsca, w którym żył. „To naprawdę wisiało wtedy w powietrzu. Pamiętajmy, że to było lato miłości i ruchu hipisowskiego w północnej Kalifornii. (…) protesty przeciwko wojnie w Wietnamie i tego typu rzeczy”, wspomina Nolan. Krótko mówiąc, kierował się hipisowskim etosem. Szybko jednak przekonał się, że biznes trudno pogodzić z takim podejściem do życia.


Takie były początki

Pierwsze biuro Atari, Inc. znajdowało się w ok. 100-tysięcznym kalifornijskim mieście Santa Clara, w którym dziś mają swe siedziby Nvidia, Intel oraz Sun Microsystems. A konkretniej przy 2962 Scott Blvd w budynku po wrotkarni. (Niektóre źródła mówią, że było to sztuczne lodowisko, ale we wspomnieniach pracowników przewija się opis gładkiej drewnianej podłogi rodem z toru wrotkarskiego). Dyrektorami spółki zostali Nolan Bushnell, Ted Dabney oraz ich żony. „Rodzina na swoim”, znaczy się.

Tak aktualnie wygląda to miejsce wedle Google Maps:

Dawna siedziba Atari
Dawna siedziba Atari w Santa Clara. Fot. Google Maps

Aby zdobyć kapitał na działalność, Atari wyemitowało 75 tys. akcji o wartości jednego dolara każda. (Zaznaczam, że emisja akcji nie oznacza automatycznie, że firma weszła na giełdę – była po prostu spółką akcyjną). Na etaty inżynierskie szefostwo ściągnęło dawnych kumpli z Ampeksu – Ala Alcorna i Steve’a Bristowa, który w międzyczasie ukończył studia i rozglądał się za pracą. Tego pierwszego zresztą wyciągnięto z Ampeksu podstępem, ale o tym napiszę więcej w kolejnej części opowieści.


„Baw się dobrze, zarabiaj pieniądze”

Tym właśnie sloganem Atari werbowało pracowników. Niespecjalnie pytano ich o doświadczenie i formalne wykształcenie, bardziej liczyły się praktyczne umiejętności. Tytuł inżyniera poparty dyplomem dobrej uczelni był oczywiście mile widziany, niemniej jeśli przychodziłeś bez „papieru”, ale chwytałeś lutownicę od właściwej strony i potrafiłeś użyć jej, nie parząc się w palce, mogłeś liczyć na etat technika. Posiadając do tego jakąś wiedzę teoretyczną o tym, co właściwie lutujesz, miałeś szansę wskoczyć na stanowisko przewidziane dla inżyniera. Jeżeli jednak umiałeś tylko w miarę sprawnie wkręcać śrubki, trafiałeś na linię produkcyjną. Ci, których nawet obsługa śrubokręta przerastała, zasilali z kolei dział HR. (Żartuję, w Atari długo jeszcze nie było takiego działu).

Dlatego też w 1973 bez problemu zatrudniono w Atari pewnego zarośniętego i ewidentnie niedomytego 18-letniego hipisa, gdy tylko zademonstrował on, że potrafi sprawnie lutować układy. „Masz tę robotę”, usłyszał od Alcorna, który przetestował jego umiejętności. (We wczesnych latach firmy Allan był prawdziwym człowiekiem orkiestrą: projektował gry, pełnił funkcję mobilnego serwisu i działu pomocy, sprawdzał kwalifikacje potencjalnych pracowników itd.). Potem Alcorn zapytał: „Co mam wpisać w twojej karcie identyfikacyjnej?”. „Może być »Steve«”, odparł hipis, wzruszając ramionami. „Steve? To twoje nazwisko?”. „Nie. Nazywam się Jobs. Steven Jobs”.

CZYTAJ DALEJ NA KOLEJNEJ STRONIE

Redaktor
Smuggler

Byt teoretycznie wirtualny. Fan whisky (acz od lat więcej kupuje, niż konsumuje), maniak kotów, psychofan Mass Effecta, miłośnik dobrego jedzenia, fotograf amator z ambicjami. Lubi stare, klasyczne s.f., nie cierpi ludzkiej głupoty i hipokryzji, uwielbia sarkazm i „suchary”. Fan astronomii, a szczególnie ośmiu gwiazd.

Profil
Wpisów195

Obserwujących45

Dyskusja

  • Dodaj komentarz
  • Najlepsze
  • Najnowsze
  • Najstarsze

Polecane