Marathon to świetny extraction shooter, ale nie obraziłbym się na więcej oryginalnych pomysłów i dodatkowych trybów [RECENZJA]
Przyznam się bez bicia, że w moim kalendarzyku nadchodzących premier Marathon pierwotnie został przypisany do gatunku concordlike. Kierując się zasadą, że lepiej mieć wobec gry niskie oczekiwania i dać się pozytywnie zaskoczyć, niż liczyć na fajerwerki i srogo się rozczarować, odpaliłem testy serwerowe. Nie mogę napisać, że początkowy sceptycyzm momentalnie mnie opuścił, ale każda kolejna godzina spędzona z nowym dziełem Bungie sprawiała, iż coraz bardziej się do niego przekonywałem. Od tamtej pory w rzeczony tytuł zainwestowałem już całkiem sporo czasu i na razie wcale nie chcę się z nim żegnać.
Pewnie, produkcji tej daleko do ideału, a sam gatunek extraction shooterów staje się już powoli wyświechtany, niemniej Marathon to kawał solidnej, rzemieślniczej roboty – a czasem tyle wystarczy, aby dostarczyć dobrej zabawy. Wymiany ognia dają satysfakcję, poruszanie się jest responsywne, a niewielkie zasoby zdrowia sprawiają, że musimy poważnie rozważyć każde posunięcie, nawet pozornie mało ryzykowne. Jeśli nie zachowamy wystarczającej ostrożności, szybko padniemy czy to z ręki innego gracza, czy też kręcących się po mapie robotów kontrolowanych przez AI. Zacznijmy jednak od początku i wyjaśnienia, czym tak właściwie jest ten Marathon.

Witamy na Tau Ceti IV
W omawianą produkcję gra się solo lub w towarzystwie dwóch innych osób – nie ma nic pomiędzy, co może niektórych skutecznie zniechęcić. Jak na extraction shooter przystało, naszym zadaniem jest nie tylko ogołocenie mapy ze wszystkich kosztowności oraz przydatnych przedmiotów, ale także przeżycie na tyle długo, aby się z nimi ewakuować. Na zawartość naszego plecaka czyhają nie tylko wspomniane roboty, ale również pozostali gracze.
Co prawda Marathon nie wymusza wzajemnego mordowania się przy każdej okazji, niemniej to właśnie dzieje się w lwiej części biegów (tak nazwano trwające maksymalnie 25 minut mecze). Ze zbliżeniowego czatu głosowego praktycznie nikt nie korzysta, a większość zawodników woli, aby zamiast nich przemówiły kule. Po prawdzie, trudno się im dziwić – pod względem strzelania opisywany tytuł wypada fenomenalnie.

Bronie brzmią niesamowicie, a wydawane przez nie dźwięki są niezwykle istotnym aspektem rozgrywki. Dzięki dobiegającym z otoczenia odgłosom możemy określić, czy w naszym pobliżu nie znalazł się jeden z potężnych niemilców lub też czy za najbliższym zakrętem nie trwa właśnie intensywna wymiana ognia między naszymi rywalami z krwi i kości oraz zmechanizowanymi siłami UESC. Warto przy tym podkreślić, iż biegacze oprócz karabinów maszynowych, rewolwerów czy pistoletów energetycznych mają na podorędziu także komplet umiejętności.
Biegnę, bo chcę
Na start dostaliśmy siedem grywalnych archetypów postaci, nazwanych właśnie biegaczami. Poza unikatowym wyglądem każdy z nich otrzymał zestaw zdolności wpływających zarówno na mobilność podczas przemierzania połaci tajemniczej planety Tau Ceti IV, jak i na walkę. Przykładowo skrytobójca potrafi zniknąć w chmurze dymu, niszczyciel korzysta z wytrzymałej tarczy i wyrzutni rakiet, a złodziejka dysponuje dronem ułatwiającym prowadzenie zwiadu oraz umożliwiającym okradnięcie przeciwnika. W skrócie – niezależnie od preferowanego przez nas stylu gry powinniśmy znaleźć awatara, który przypadnie nam do gustu.

Biegacze nie są przy tym jedynymi bohaterami Marathonu. Równie istotne znaczenie mają frakcje, dla których wykonujemy zlecenia w trakcie eksploracji opuszczonych kompleksów naukowych. Przypominające sektę religijną i wynagradzające nas za zabijanie wrogich graczy Arachne, złożona z buntowników i zachęcająca do szerzenia destrukcji MIDA czy nieziemsko (dosłownie i w przenośni) stylowy Traxus – każda z tych organizacji jest bardzo charakterystyczna, a poprawne relacje z nimi owocują możliwością wykupienia (za zebrane podczas biegów kredyty) ulepszeń. Te zaś ułatwiają zabawę, np. poprzez redukcję otrzymywanych obrażeń od upadku, jak również dają dostęp do nowych gadżetów z poziomu zbrojowni.
W ogólnym rozrachunku jest po co grać. Jeśli sam relaks (aczkolwiek w przypadku Marathonu określenie to czasami wydaje się nieco na wyrost) przed komputerem/konsolą nam nie wystarcza, z pewnością zadowoli nas fakt, że w tworze Bungie nie brakuje rzeczy do zrobienia. Każda z sześciu gildii (oprócz tych wymienionych w poprzednim akapicie mamy do czynienia jeszcze z CyberAcme, NuCaloric oraz Sekiguchi) stale czegoś od nas oczekuje, a i zapasy w schowku wypada od czasu do czasu uzupełnić. Szkopuł w tym, że to właśnie zarządzanie ekwipunkiem na razie okazuje się najbardziej problematycznym elementem recenzowanej produkcji. Nie jest to jednak przeszkoda nie do pokonania.

Styl ponad funkcjonalność?
Jak możecie wywnioskować na podstawie towarzyszących tekstowi zrzutów ekranu, Marathonowi nie sposób odmówić stylu. Otoczenie przykuwa wzrok, a jaskrawe fragmenty budynków kontrastują z nieco mdłymi i wyblakłymi krajobrazami Tau Ceti IV. Zachwyty kończą się jednak w momencie, gdy po otwarciu jednego z pojemników z łupem nie potrafimy określić, co dokładnie się w nim znajduje.
O ile identyfikacja broni raczej od początku nie przysparza problemów, o tyle stwierdzenie, który z przedmiotów pozwoli nam przywrócić zdrowie lub osłony, już tak. Dopiero wraz z nabywaniem doświadczenia oswajamy się z nieco nieczytelnymi ikonami i przestają one dawać się nam we znaki. Wciąż jednak jest to bolączka, o której należy wspomnieć. Przywyknąć musimy również do nawigacji po menu – gdy to nastąpi, szybko zdajemy sobie sprawę, że rozłożenie poszczególnych elementów i zakładek jednak ma sens.

Jest potencjał, ale trzeba go jeszcze wykorzystać
Największy zarzut, jaki zamierzam postawić omawianemu tytułowi, nie dotyczy tego, co zrobiono w nim źle, a tego, czego nie zrobiono w ogóle. System strzelania w Marathonie działa świetnie, to już wiemy. Problem w tym, że – przynajmniej w moim odczuciu – zbyt rzadko dostajemy okazję się nim nacieszyć. Zdarzają się biegi, w których przez kilkanaście minut nie natkniemy się na żywą duszę, a bywa i tak, że giniemy od jednej celnej kuli lub od granatu rzuconego w naszym kierunku przez wrednego bota.
Czasem po prostu chciałoby się skorzystać z karabinu bez obaw, że jedno niefortunne potknięcie zaważy o zgonie i utracie uzbieranego w pocie czoła ekwipunku. Jestem świadom tego, że to extraction shooter ze wszelkimi wadami i zaletami owego gatunku, niemniej nie potrafię oprzeć się wrażeniu, iż mógłby stać się czymś o wiele bardziej rozbudowanym, a przez to lepszym. Po kilku godzinach lootowania i przemykania za plecami przeciwników chciałbym odprężyć się przy niezobowiązującym deathmatchu, nie obraziłbym się również za strzelnicę pozwalającą na przetestowanie pukawek (tych dano bowiem do wyboru naprawdę sporo, a zabieranie kota w worku na misję zazwyczaj nie kończy się dobrze).

Maraton czy sprint?
Niewykluczone, że gra prędzej czy później wzbogaci się o nowe tryby – wszak producent zobowiązał się do wypuszczania regularnych aktualizacji z nową zawartością. Jeszcze pod koniec marca zadebiutować ma czwarta mapa, wkrótce ukaże się także tryb rankingowy. Czas pokaże, czy Bungie zdoła utrzymać tempo i czy zaplanowany maraton nie okaże się krótkim sprintem przerwanym z powodu zadyszki.
Na ten moment jednak produkcja ta nie daje zbyt wielu powodów do narzekań i jeśli gatunek, do którego przynależy, nie jest wam obcy, warto spróbować w nią zagrać. Nie oczekujcie jednak zabawy rodem z Arc Raiders i wspólnego, radosnego hasania po mapie w towarzystwie obcych osób. Marathon dość szybko sprowadza nas na ziemię i sprawia, iż na widok innego gracza palec odruchowo wędruje na spust. Czy to dobrze, czy wręcz przeciwnie – to już pozostawiam do indywidualnej oceny.
W Marathon graliśmy na PS5.
Ocena: 8+
Podsumowanie: Marathon to bardzo dobra strzelanka, która w dalszej perspektywie paradoksalnie może ucierpieć przez ograniczenie się wyłącznie do jednego trybu zabawy. Chociaż przeczesywanie Tau Ceti IV w poszukiwaniu zapasów potrafi wciągnąć, produkcja Bungie aż prosi się o więcej możliwości do nacieszenia się świetnym systemem strzelania.
Plusy:
- strzelanie jest ogromnie satysfakcjonujące;
- styl artystyczny do jednych przemówi, do innych wręcz przeciwnie, niemniej nie sposób zarzucić mu braku wyrazistości;
- system postępów stale zachęca do rozpoczęcia kolejnego biegu;
- dynamiczne wymiany ognia z innymi graczami i AI;
- trzy dość zróżnicowane mapy (i czwarta w drodze).
Minusy:
- gra aż się prosi o alternatywne tryby zabawy;
- bywa piekielnie frustrująca, szczególnie podczas zabawy solo;
- ikony przedmiotów są mało wymowne, a rozeznanie się w loocie wymaga sporo czasu;
- wrogowie sterowani przez AI są gąbkami na pociski.
