Crimson Desert to wielka gra z jeszcze większymi problemami [RECENZJA]
Poznaj nasze pozostałe treści dotyczące Crimson Desert:
- Recenzja technologiczna Crimson Desert
- Crimson Desert – pierwsze wrażenia
- 10 porad na start przygody z Crimson Desert
Produkcja studia Pearl Abyss przeszła już – zresztą w niecałe dwa tygodnie – drogę od opinii mieszanych na Steamie do ponad 80% pozytywnych. Gra zameldowała się na dyskach recenzentów w takim stanie, że z uwagi na skalę projektu i liczbę komplikacji wiele redakcji (w tym i nasza) nie zdążyło po prostu przejść jej na czas. Wyszło to jednak omawianej pozycji na dobre, bo w ostatnich dniach dało się zaobserwować, że developerom faktycznie zależy na poprawieniu swego dzieła. I choć czasem nadal ma się ochotę pogryźć pad, gdy boss posyła w naszą stronę serię ataków, zanim jeszcze odzyskaliśmy kontrolę nad postacią, na kontynencie Pywel dzieje się z każdym dniem coraz lepiej.
To kolejny przykład tego, że choć Koreańczycy wciąż najbardziej kochają MMO i e-sportowe darmówki, tamtejsi projektanci coraz mocniej otwierają się w ostatnich latach na rynek singlowych gier AAA. Widać też jak na dłoni, że pomimo wielkich ambicji studia z tego kraju wciąż inspirują się przede wszystkim bardziej doświadczonymi kolegami zza granicy. Tytuły takie jak The First Berserker: Khazan, Stellar Blade czy w końcu Crimson Desert ani trochę nie próbują wymyślać koła na nowo – to w dużej mierze kompilacje uchodzących za dobre pomysłów z innych produkcji. Opowieść o klanie Szarogrzywych wyznacza zaś sobie zadanie szczególnie ambitne – pożenienie Red Dead Redemption 2 i Tears of the Kingdom. Udany przepis na grę totalną czy jednak musimy poczekać na GTA 6?

Chłopiec na posyłki
Nie dajcie się zwieść klimatom fantasy, Crimson Desert jest dużo bardziej przygodową grą akcji z elementami rozwoju postaci niż pełnoprawnym RPG w stylu Skyrima. Podczas 80–100 godzin, jakie zajmuje ukończenie kampanii, nie mamy wpływu właściwie na nic – może poza tym, jak bardzo podbite będą statystyki kierowanego przez nas Kliffa (i kilku innych pobocznych postaci). Tułamy się po świecie gry niczym Artur Morgan i ustawicznie odwiedzamy kumpli w obozowisku, choć tym razem nie uciekając przed sprawiedliwością, tylko próbując odnaleźć towarzyszy i odbudować potęgę klanu, który zostaje rozbity już w prologu po zasadzce Czarnych Niedźwiedzi. Szczęście w nieszczęściu – stoją za nami potężne siły, a nasza broń kosi wrogów seriami.
Mam trochę problem z tym, jak przedstawia się głównego bohatera. Z jednej strony sterujemy bowiem kozakiem, który wszedł w konszachty z tzw. Pustką, zapewniającą potężne moce i ściągającą go na ten świat po każdym zgonie. Kiedy wpadamy na pole bitwy, przeciwnicy atakują nas hurtowo, jednak większość z nich właściwie nie jest w stanie zrobić nam krzywdy. Trochę jak w musou, gdzie prawdziwe zagrożeniem stanowią co najwyżej bossowie i minibossowie. Tych pierwszych poznajemy po pasku życia u góry ekranu, drugich najczęściej po większej posturze niż towarzysząca im zgraja.

Sieczemy całe tłumy, w pojedynkę wyzwalamy kolejne miasta i wsie, ale wciąż co jakiś czas traktuje się nas jak chłopca na posyłki. Fajnie, że właśnie zabiłeś prześladującego mieszczan potwora, ale za tamtymi wzgórzami dzieci płaczą za zaginioną owieczką, a tu na dole znajduje się pole bitwy, gdzie trzeba postawić przewróconą chorągiewkę. Choć kampania składa się z ponad 160 zadań, większość z nich sprowadza nas do roli chłopca na posyłki. Dużo tu treści, ale konkretów relatywnie niewiele. Inna sprawa, że już samo bieganie po tym pięknym świecie, niezależnie od wymyślanych pretekstów, bywa naprawdę przyjemne.
Jak Dawid przy Goliacie
Chyba że akurat trafi się jakaś walka z bossem. Matko i córko, pojedynki takie jak te z Diabłem czy Krukiem śnić będą mi się po nocach. Jeśli jeszcze nie graliście w CD, macie szczęście, bo wspomniani oponenci zostali już osłabieni w jednej z łatek – ale co się z nimi namęczyliśmy w wersji recenzenckiej, to nasze. Starciom z szefami towarzyszyły przegięte paski zdrowia, kilka faz i długie serie ataków skonstruowanych tak, że jak się omsknie palec na guziczku przy pierwszym ciosie, kolejnych pięciu też już nie unikniemy.
W uskokach z kolei bardziej przeszkadza rozbiegana kamera i niska precyzja sterowania aniżeli zmyślne kombinacje ataków. Kto podobnie jak ja ukończył chwilę wcześniej Nioha 3, nad tutejszym systemem walki będzie załamywać ręce. Cieszy, że Pearl Abyss od jakiegoś czasu pracuje nad ulepszeniem tego wszystkiego, ale sytuacje, kiedy obrywamy jeszcze w trakcie cutscenki, wciąż się zdarzają. A to naprawdę niesprawiedliwe.

Crimson Desert bywa pod tym względem zdradliwe, bo pomijając potyczki z bossami, raczej trudno tu zginąć. Kiedy natomiast zostaniemy już wzięci w obroty, pozostaje modlenie się, żeby wystarczyło jedzonka, bądź wycofanie się z podkulonym ogonem i pogrindowanie. Na szczęście gotowanie jest całkiem ciekawe za sprawą miliarda przepisów i składników, a bohaterowie nie mogą niczym Arthur Morgan przytyć, więc nie trzeba sobie żałować.
Jak na Dzikim Zachodzie
O protagoniście hitu Rockstara wspominam nieprzypadkowo, bowiem aktywności z pierwszej połowy gry to właściwie kopiuj-wklej z Red Dead Redemption 2. Jazda na koniu, polowanie, łowienie ryb, ogromny świat do zwiedzenia czy nawet baza w formie rozbitego gdzieś między drzewami obozu – właściwie wszystko się pokrywa. Może poza faktem, że broń palną zastąpiły tu miecze i moce przypominające te z The Legend of Zelda: Tears of the Kingdom. Kliff i jego towarzysze nie są jednak nawet w połowie tak ciekawi jak szajka Dutcha van der Linde.

Niby sporo tu dialogów i cutscenek, scenarzyści dwoją się i troją, ale efekty ich pracy są zazwyczaj są usypiające. Palec sam wędruje w okolice przycisku pozwalającego przyspieszyć przerywniki filmowe. Choć druga połowa przygody okazuje się już dużo ciekawsza, dzieje się tak głównie za sprawą bardziej rozbudowanych zadań i lepszych starć z bossami niż samego scenariusza. Wszystko dlatego, że Crimson Desert stara się dawkować nowości stopniowo, co w ostatecznym rozrachunku wychodzi mu jednak na dobre.
Na początku możemy odnieść wrażenie, że gramy w coś na wzór azjatyckiego Kingdom Come Deliverance, ale spokojnie – im dalej w las, tym większy odjazd. Z czasem pojawiają się napędzane magiczną energią mechanizmy i wielkie twierdze, latające wyspy czy nawet… smoki. Tak – i można ich dosiąść.

Zabawa we wszystko…
Momentami wygląda to tak, jakby twórcy postawili sobie za punkt honoru wrzucenie do gry wszystkiego, o czym tylko odbiorcy mogliby pomyśleć. Mamy tu m.in. takie opcje czy mechanizmy jak założenie konta bankowego, hurtowy skup towarów w placówce handlowej, śledzenie trendów cenowych czy ukrycie się pod jadącym powozem. I można by wyliczać naprawdę długo bez pewności, czy to faktycznie wszystko.
Włączając zadania poboczne, można w grze śmiało spędzić i 300 godzin, a w planach na przyszłość jest jeszcze tryb multiplayer. By trochę lepiej oddać skalę tego wszystkiego, wspomnę, że dostępna z poziomu menu encyklopedia wiedzy o świecie Crimson Desert zawiera około 3000 opisujących go kart, a objaśnienia mechanik to kolejne setki notek. Dość powiedzieć, że czasem pierwsze podejście do byle sklepu może odblokować z 10 wpisów, gdyż omówiono tu oddzielnie każde warzywo – skala możliwości potrafi więc przytłoczyć.

Właśnie takie szwendanie się i odkrywanie kolejnych smaczków stanowi najmocniejszy punkt programu. Częstokroć rozdziawiamy paszczę szeroko, widząc naprawdę nieoczywiste elementy. Macie ochotę zagrać w marynarzyka? Proszę bardzo. Może jakieś karty? Nie ma problemu, tego typu minigierek jest tu wiele. Zamiast machać mieczem, wolicie złapać w pasie jednego ze strażników i zakręcić nim młynka, powalając jednocześnie kilku kolejnych wrogów? Czemu nie, klient nasz pan.
Zamiast objeżdżać pole jakiegoś wieśniaka, macie chętkę pocwałować przez zagon kapusty? Nie ma sprawy, tylko uważajcie, żeby nie wyrżnąć w drewniany płotek, bo się zniszczy i zostanie wam to zaliczone jako zły uczynek, obniżający reputację w rejonie. Liczba możliwych interakcji ze światem zdaje się nie mieć końca.

Moc mocy…
Ale to jeszcze nie wszystko, gdyż dochodzi do tego sporo mocy, inspirowanych Tears of the Kingdom. Noszona u pasa latarnia pozwala odkrywać rozsiane tu i ówdzie tzw. echa przeszłości, a potem odtwarzać je na specjalnym hełmie. Moc aksjomatu umożliwia nie tylko manipulowanie obiektami, ale też po odpowiednim rozwinięciu bujanie się niczym Spider-Man na pajęczynie. Nawet skakać da się na trzy sposoby*: biegnąc przed siebie i wciskając spację, stojąc nieruchomo i aktywując akcję po wycelowaniu kursorem w pożądane miejsce lądowania albo też podlatując za pomocą wymachu skrzydłami.
Choć starcia to z pozoru dwa klawisze i unik, wraz z rozwojem akcji odblokowujemy różnego rodzaju cięcia, pchnięcia czy uderzenia tarczą. Stopień skomplikowania klawiszologii rośnie z czasem, co niestety prowadzi do tego, że niekiedy trzeba odgrywać na klawiaturze czy padzie niemałe arie pianistyczne. Swoją drogą, mimo że developerzy zalecają korzystanie z kontrolera, część akcji wykonuje się, o dziwo, wygodniej na klawiaturze – sam bawiłem się w ten sposób, że kontroler co jakiś czas odkładałem na chwilę na bok.

Z eksploracją wiąże się też rozwój postaci. Choć potrzebne do wzmacniania bohaterów artefakty zdobywamy także za zabijanie wrogów, dużo lepszym źródłem są wszelkiego rodzaju miejsca mocy, oznaczone na mapie pytajnikiem. Przedmioty pozwalające podbić cechy postaci zyskujemy zazwyczaj, rozwiązując jakąś zagadkę czy wykazując się odrobiną spostrzegawczości. Warto przy tym wspomnieć, że niekoniecznie należy od razu wałęsać się po nieodkrytych jeszcze zakątkach, gdyż scenariusz jest tak skonstruowany, że prowadzi nas w nowe rejony stopniowo.
Jeśli za bardzo oddalimy się od głównej ścieżki, z pewnością za jakiś czas i tak tam wrócimy. Raz czekają nas lasy, innym razem wzgórza, czasem trochę śniegu, a nawet pustynia. Zresztą podczas podróży objawia się kolejna zapożyczona z Zeldy mechanika, czyli wpływ temperatury na bohatera – niedostosowany do warunków strój może powodować ograniczenie poziomu staminy.
(*) A przynajmniej tyle udało mi się odkryć, może jest i czwarty?

…to moc problemów
Trudno ganić Crimson Desert za ambicję, niemniej liczba dostępnych sztuczek jest po prostu tak duża, że czasem dobrze byłoby mieć gdzie zajrzeć, by przypomnieć sobie, jak wywołać jakąś przydatną raz na kilka godzin moc. Zwłaszcza że poza sieczką mamy tu też na pęczki zagadek, których nie powstydziliby się autorzy The Legend of Zelda. Naprawdę cieszy mnie fakt, że często trzeba ruszyć głową i pokombinować, jak poprzestawiać starożytne mechanizmy.
Gorzej, że niejednokrotnie nasze zagubienie nie dotyczy samej zagadki, tylko po prostu faktu, iż podpowiedź na ekranie niewiele daje, bo polecenia wydają się przetłumaczone przez translator. Zawierają masę błędów, na przykład każą trzymać wciśnięte dwa klawisze i w trakcie nacisnąć jeden z nich. A potem zaglądamy do internetu i okazuje się, że dana moc działa zupełnie inaczej. Teraz jest już o tyle prościej, że przynajmniej jest gdzie zaglądać, ale przed premierą był to po prostu koszmar. A trzeba pamiętać, że mówimy jednak o grze kosztującej 300 złotych.

Trudności w dogadaniu się
Poradniki przykryły też nieco fakt, że gra zwyczajnie ma problemy w komunikacji z odbiorcą. Chciałoby się jednak, aby skrypty były bardziej odporne na naszą kreatywność. Tymczasem kiedy mamy zadanie dostarczenia dzieciakowi zaginionej w lesie owieczki, gra zaliczy nam je tylko wtedy, gdy zagadamy do młodego, trzymając jeszcze zwierzątko na plecach. Spróbujcie wcześniej odstawić je do zagrody (dwa metry dalej) i już opcja aktywowania dialogu nie będzie dostępna – i nikt nie wytłumaczy wam dlaczego.
Innym razem polecenia są zwyczajnie mylące. Podczas jednego z zadań zostajemy poproszeni o rozbudowę obozu i pojawia się znacznik celu. Dojeżdżamy do niego, kręcimy się w kółko i szukamy, gdzie kliknąć, a potem metodą prób i błędów odkrywamy, że wcale nie trzeba było tam jechać, bo wystarczyło włączyć mapę, znaleźć odpowiednią zakładkę i kliknąć „ulepsz”. Tego typu głupotek trafia się tu na potęgę i raczej wątpię, by twórcy zdołali je wszystkie szybko wyeliminować.

Mimo wszystko
Crimson Desert daje multum powodów do narzekań, nie zmienia to jednak faktu, że przynajmniej kilka rzeczy jest w nim godnych podziwu. Paradoks polega na tym, że choć co chwilę coś nas irytuje, i tak chce się w tym świecie przebywać. Myśli się o powrocie do niego, siedząc w pracy. Nawet jeżeli nasz pobyt sprowadza się do złapania paru bandytów czy pomocy w gospodarstwie.
Świat to jeden z największych atutów tej produkcji: ogromny i przepięknie wykonany. Gra miewa może problemy z doczytywaniem pobliskich obiektów, ale nawet nie zwraca się na to uwagi, bo w tle majaczą kolejne miejsca, w które można się udać. I to poczucie wolności, ta nieustająca obietnica wielkiej przygody po prostu upaja, nawet jeżeli ostatecznie nie mamy na losy tego miejsca zbyt wielkiego wpływu. Do tego od dnia premiery zauważalnie poprawiła się optymalizacja – w chwili oddawania tekstu mój laptop z RTX-em 3060 pozwalał już na dość komfortowe granie w 60 fps, przy rozdzielczości 1080p. Więcej szczegółów na ten temat znajdziecie jednak w naszej recenzji technologicznej.
Na mecie czuję więc nie tylko zmęczenie tym trzytygodniowym maratonem, ale też mimo wszystko poczucie, że dane mi było spędzić czas z tytułem nietuzinkowym. Być może za często uginającym się pod ciężarem nieco przerastających Pearl Abyss ambicji. Trudno jednak rzucić wyzwanie Rockstarowi i zejść z ringu o własnych siłach. Szkoda, bo życzyłbym sobie i wam, aby najgorsze elementy tej układanki były choć w połowie tak dobre jak te najlepsze.
OCENA: 6+
PODSUMOWANIE: Crimson Desert to produkcja szalenie ambitna, ale też irytująca całą masą problemów oraz rozczarowująca niezapadającym w pamięć scenariuszem. Mimo to cały ten magiczny świat ma w sobie coś hipnotyzującego i na każdym kroku zachęca do poszukiwania kolejnych nietuzinkowych mechanizmów czy wyzwalania obozów. Dla jednych gra stanie się kultowa, inni zaś odbiją się od niej, zanim jeszcze na dobre się rozkręci.
PLUSY:
- masa ciekawych mechanizmów;
- ogromny, różnorodny świat;
- świetna oprawa wizualna;
- w drugiej połowie kampania bardzo się rozkręca;
- mimo licznych wad potrafi zauroczyć;
- wystarczy na bardzo długo.
MINUSY:
- średniawy system walki;
- problemy w komunikacji z graczem;
- żenująca polska wersja językowa;
- kiepskie walki z bossami w pierwszej połowie gry;
- sporo utrudniających zabawę bugów.

Grałeś przed patchem, po patchu se zagraj. Po patchu jest 9/10.
Grałem przed i po wszystkich patchach, dalej tak nie za bardzo 9/10 jest.