Dying Light: The Beast Restored Land Edition – recenzja gry. W pół roku Techland wyeliminował wszystkie bolączki, na które narzekałem
Jako że z techlandowską „bestią” miałem okazję zapoznać się we wrześniu ubiegłego roku, w pamięci wciąż pozostało mi całkiem sporo szczegółów związanych z najnowszą odsłoną serii. Mimo wszystko do Castor Woods i tak planowałem powrócić, wiedziony chęcią dokończenia kilku zadań pobocznych oraz wieczornego odstresowania się poprzez dokonywanie masowych mordów na i tak już względnie martwych niemilcach. Nowa łatka spadła mi więc z nieba, a przy okazji pokrzyżowała dotychczasowe plany. Wprowadzony przez nią tryb zabawy (Restored Land) skusił mnie bardziej wymagającym podejściem do przetrwania oraz „permanentnością” (zebrane przedmioty i wyeliminowani przeciwnicy na zawsze znikają z mapy). Czym przejawiają się rzeczone elementy? Spieszę z wyjaśnieniami.
Ziemia obiecana
Nie mogę stwierdzić, że Restored Land wywraca założenia rozgrywki w The Beast do góry nogami, ponieważ byłoby to kłamstwem. Ten zupełnie nowy sposób zabawy przemówi przede wszystkim do tych, którzy chcieliby bardziej wczuć się w postać Kyle’a Crane’a i przemierzany przez niego świat. Mimo że protagonista tak do końca człowiekiem już nie jest (za co może podziękować Baronowi), nie zmienia to faktu, iż jeść musi. Decydując się na zabawę w trybie przetrwania, trzeba liczyć się z tym, że zbieranie zapasów stanie się nie tyle dodatkiem do gry, ile jej fundamentem.

Wchłaniane przez Crane’a tonami chipsy, pierniki, batony i napoje energetyczne nie służą już wyłącznie jako apteczki – ich konsumowanie okazuje się konieczne do utrzymania zdrowia oraz kondycji herosa na odpowiednim poziomie (dobra rada: w prawdziwym świecie taka dieta przyniesie zgoła odmienne rezultaty, więc nie radzę jej stosować). Jednym z efektów ubocznych prowadzonych na Kyle’u eksperymentów jest zwiększone zapotrzebowanie kaloryczne, ponieważ żołądek ocaleńca już kilka minut po napełnieniu zaczyna się domagać kolejnej porcji pokarmu. Tego znajdujemy zaś względnie niedużo i – co gorsza – rozsiane po mapie zapasy się nie odnawiają.
Było i nie ma
Wymusza to ciągłą eksplorację oraz stawianie czoła nowym wyzwaniom, co jako takie złe nie jest. Szkopuł w tym, że – podobnie jak przedmioty – również zainfekowani nie mają w zwyczaju po raz wtóry pojawiać się w danym miejscu. Zabity wróg pozostaje martwy – tym razem na amen, dzięki czemu nasze działania, mające na celu oczyszczenie parku krajobrazowego oraz okolicy z zagrożenia, przynoszą wreszcie widoczne rezultaty. Nie wszystkim zapewne takie rozwiązanie się spodoba, a ograniczenie liczby zombiaków negatywnie wpływa również na podaż podstawowych składników rzemieślniczych, takich jak szmaty i ostrza, co utrudnia naprawę oraz konstrukcję oręża, niemniej z mojej perspektywy Restored Land ma o wiele więcej sensu niż domyślna forma rozgrywki w Dying Lighcie: The Beast.

Świat gry staje się o wiele bardziej żywy (abstrahując od szwendających się po nim truposzy) i reaktywny. Dla przykładu: ceny u handlarzy zwiększają się wprost proporcjonalnie do kurczącego się asortymentu, a na wartościowe przedmioty, wliczając w to baterie do latarki, natykamy zauważalnie rzadziej.
W kontekście wyzwania wypada zaś wspomnieć o jeszcze jednej świeżynce, jaką jest tryb permanentnej śmierci. Przed rozpoczęciem kampanii możemy podjąć się ostatecznego wyzwania – jeśli polegniemy na którymkolwiek etapie, nasz zapis gry zostanie skasowany i nic już na to nie poradzimy. Odrobinę pociesza fakt, że wciąż mamy swobodę wyboru poziomu trudności. Co prawda doświadczenie to i tak można porównać do zostania wrzuconym w worku do wody na środku jeziora, niemniej w takim przypadku ów worek przynajmniej nie jest zbyt mocno zawiązany. Niewielkie to pocieszenie, ale zawsze coś. Mimo że Restored Land bez wątpienia stanowi centralny punkt aktualizacji, nie jest to jedyny godny uwagi element, do którego za jej sprawą otrzymujemy dostęp.

Tnij, miażdż i rąb na nowe sposoby
Jedną z bolączek premierowej wersji Dying Lighta: The Beast była dość skromna liczba dostępnych ciosów kończących. W pewnym momencie wręcz przestałem celowo dobijać zombie, aby uniknąć potrzeby oglądania po raz setny jednej z trzech powtarzających się animacji. Problem ten wyeliminowano poprzez wprowadzenie kilkunastu nowych finisherów – wedle twórców najwięcej otrzymała ich broń obuchowa (aż 6), na drugim miejscu uplasowały się długie ostrza (4), potem broń cięta (2 – i nie, nie mam pojęcia, czym różni się od wspomnianych osobno ostrzy), noże (1) oraz kastety (1). Crane nauczył się także niezwykle brutalnych sposobów eksterminacji wyjątkowych wrogów, co powinno stanowić wisienkę na smacznym torcie, jakim są potyczki z bossami.

À propos potyczek – te ogólnie stały się mniej frustrujące, głównie za sprawą zredukowania liczby przypadków, w których to zostajemy pochwyceni przez jednego ze zgniłków. Samo wejście w zwarcie nie skutkuje już również drastycznym obniżeniem zapasów zdrowia postaci, a przed ciosami maszkaronów da się odrobinę łatwiej uchylać za sprawą poprawionej responsywności uników. W oczy rzuca się także to, iż hordy podrzędnych gryzoni zrobiły się nieco bardziej zróżnicowane. Oznacza to tyle, że szansa na spotkanie dwóch lub trzech klonów w trakcie jednej bitki zmalała, niemniej nie jest ona równa zeru. Słowem wypada wspomnieć również o tym, iż dopracowano dźwięki związane z walką, dzięki czemu rozczłonkowywanie nieumarłych lub miażdżenie im czaszek brzmi bardziej soczyście. Niby niewielka zmiana, a jednak potrafi wywrzeć pozytywny wpływ na satysfakcję z rozgrywki – podobnie jak modyfikacje zachowania ludzkich przeciwników.

Ręce do góry (lub na kierownicę)
Bandziory w serii Dying Light nie są niczym nowym – towarzyszą jej od samego początku. Jednak dopiero teraz ludzie Barona oraz przestępcy zamieszkujący Castor Woods postanowili pójść po rozum do głowy i w starciu z Crane’em wyposażonym w broń palną, jeśli sami takowej nie posiadają, podnoszą ręce do góry w poddańczym geście. Nie oznacza to jednak, iż konflikt został zażegnany – co to, to nie. Jeśli przeciwników jest kilku, jeden z nich może spróbować zejść z naszego pola widzenia i zaatakować z boku, dając kompanom szansę ucieczki lub przystąpienia do ofensywy. Zdarzyć może się też tak, że wrogowie poddadzą się naprawdę i żaden z nich nie będzie próbował brudnych sztuczek. Tylko od nas zależy, jak zachowamy się w takiej sytuacji, niemniej – bez względu na naszą decyzję – będziemy musieli zmierzyć się konsekwencjami.
Kolejną nowością są wyścigi w stylu starego, dobrego Carmageddonu. Oprócz dotarcia na metę w określonym czasie, mijając przy tym wyznaczone punkty kontrolne, musimy po drodze rozjechać daną liczbę zdechlaków. Aktywności tego typu nie ma zbyt wiele, niemniej okazjonalne wskoczenie za cztery kółka i oddanie się rozwałce pozwala urozmaicić nieco zabawę, a przy okazji odblokować nowy samochód.

Nawet jeśli zdążyliście wyczyścić już całą planszę, powrót do Castor Woods w ramach łatki 1.5 może nie być najgorszym pomysłem. Twórcy postanowili bowiem rozmieścić w różnych zakątkach mapy nowe zachęty do eksploracji – od skrytek ze skarbami po miejsca mające budować klimat i przedstawiać historię za pośrednictwem narracji środowiskowej. W przypadku gdy wolelibyście zacząć po raz wtóry z (prawie) czystą kartą, do wyboru jest opcja nowej gry plus oraz poziomy legendy.
Drugie (a nawet trzecie) okrążenie dla największych wyjadaczy
To, czy tego typu gra fabularna, kierowana głównie do osób samotnie spędzających czas przed komputerem, potrzebuje rozbudowanego endgame’u, pozostaje kwestią sporną. Osobiście od Dying Lighta 2 się odbiłem, gdyż wydał mi się zbyt rozwlekły, The Beast doceniłem zaś za bardziej skondensowaną i ceniącą mój czas (no, w większości sytuacji) rozgrywkę. Na razie nie zanosi się na to, by Kyle Crane został zasypany wyzwaniami niczym Aiden Caldwell, więc w zasadzie powodów do narzekania na możliwość rozpoczęcia przygody od nowa z odpowiednio dopakowaną postacią nie widzę. Warto jednak mieć na uwadze, iż każdy kolejny poziom nowej gry plus dostarcza groźniejszych przeciwników, więc nie ma co się nastawiać na sielankowy spacerek przez las rojący się od nieumarłych.

Oczywiście gra oferuje sposób na zniwelowanie tej niedogodności, a są nim punkty legendy. Po zdobyciu maksymalnego poziomu doświadczenia nie będziemy już odblokowywać nowych zdolności, tylko raczej ulepszać parametry bohatera, takie jak zdrowie, wytrzymałość lub efektywność w trybie bestii. Nowa gra plus ma także zapewnić dostęp do potężniejszego arsenału, co oznacza, iż żonglerka orężem pozostanie na porządku dziennym.
Może się zdarzyć, że dla niektórych to wciąż będzie za mało, a od „bestii” oczekują, że ich przeżuje, wypluje, a na koniec jeszcze przespaceruje się po nich w brudnych butach. Takowych masochistów bez wątpienia uradują wieści o wprowadzeniu nowego poziomu trudności o nazwie „koszmar”. Sprawia on, iż wrogowie nie tylko stają się silniejsi, ale również bardziej agresywni i szybciej reagują na poczynania naszego awatara. Jakby tego było mało, zasobów podczas eksploracji znajdujemy tyle, co kot napłakał, a w niektórych ciemnych strefach nawet za dnia natykamy się na przemieńców. Crème de la crème stanowi zaś wprowadzenie nowego gatunku rzeczonego stwora, charakteryzującego się nieustępliwością oraz odpornością na światło latarki UV. Jeśli taki alfa przemieniec wpadnie na nasz trop, rozwiązania są trzy: ucieczka do bezpiecznej strefy, zabicie paskudy lub śmierć. Jak nietrudno się domyślić, trzeci z wariantów okazuje się najprostszy w realizacji.

Powrót do Castor Woods
Nawet jeżeli mieliście w przeszłości okazję odwiedzić Castor Woods, premiera nowej łatki to świetny pretekst, by ponownie wskoczyć w buty Kyle’a Crane’a. Jeśli zaś do tej pory od The Beast trzymaliście się z daleka, czekając na to, aż Techland załata wszelkie niedociągnięcia oraz uzupełni zawartość – cóż, właśnie się doczekaliście. Restored Land Edition to w zasadzie ostateczne wydanie najnowszej odsłony Dying Lighta.
Tryb survivalowy potrafi wciągnąć na długie godziny z zupełnie innych powodów niż standardowa forma zabawy, a dodatkowe aktywności, takie jak wspomniane wyścigi wymuszające rozjeżdżanie chodzących trupów, stanowią odskocznię od czynności wymagających pełnego skupienia. Nowa gra plus to gratka dla wyjadaczy, hardkorowców ucieszy zaś wyższy poziom trudności. W skrócie – dla każdego coś dobrego, a wszystko to w jedynej uczciwej cenie.
Ocena: 9
Podsumowanie:
Restored Land Edition sprawiło, że Dying Light: The Beast z bardzo dobrej gry ewoluował w grę jeszcze lepszą. Większość bolączek, na które narzekałem po premierze, została wyeliminowana, a wprowadzenie trybu przetrwania to świetna okazja do ponownego wkroczenia do Castor Woods i spojrzenia na park krajobrazowy z nieco bardziej przyziemnej perspektywy.
PLUSY:
- wyeliminowanie praktycznie wszystkich błędów i bolączek, na które narzekałem pół roku temu;
- nowa gra plus oraz endgame dla osób lubujących się w spędzaniu setek godzin z jedną produkcją;
- świeża zawartość wzbogacająca świat Dying Lighta;
- poprawki w zachowaniu wrogów;
- gra aż się prosiła o tryb przetrwania – i wreszcie go otrzymała;
- The Beast doczekał się obsługi ray tracingu.
MINUSY:
- ganianie po raz setny z jednej strony mapy na drugą nadal potrafi znużyć;
- mam wrażenie, że w Restored Land Crane spala kilkanaście tysięcy kalorii dziennie, więc utrzymanie go na chodzie wymaga zebrania sporych zapasów pożywienia.
