19.07.2022, 13:00Lektura na 6 minut

Endling: Extinction Is Forever – recenzja. Ostatni w gasnącym świecie

Na indyczej scenie nie brakuje produkcji, w których przejmowaliśmy kontrolę nad czworonogami. Właśnie zadebiutowało „kocie” Stray, dobrze też wspominam czarujące Lost Ember oferujące wcielenie się w wilka czy Spirit of the North pozwalające podziwiać w skórze lisa pejzaże Islandii.

Endling różni się od wyżej wspomnianych, bo choć również przedstawia nam świat z perspektywy drapieżnego ssaka, zupełnie inaczej rozstawia akcenty: jest znacznie bardziej dosłowny i poważny, a co za tym idzie – wywołuje silniejsze emocje. Wymowny okazuje się już sam fakt, że lisica, nad którą przejmujemy kontrolę, to ponoć ostatnia dorosła przedstawicielka swego gatunku. Rudą bohaterkę poznajemy w dość dramatycznych okolicznościach. Jak okiem sięgnąć wysokie jęzory ognia; właśnie trwa pożar, drzewa i leśne poszycie trawią płomienie. Kto żyw, ucieka w popłochu.


Piramida potrzeb

Ostatkiem sił docieramy do bezpiecznego schronienia (pierwszego z trzech), gdzie możemy odpocząć – jama stanie się naszym domem na kilka najbliższych dni. Domem, dodajmy, dla lisicy i jej młodych, w kolejnej scenie widzimy bowiem, jak do ciała matki tuli się czwórka pociesznych maluchów. Od tego momentu musimy dbać nie tylko o siebie, ale przede wszystkim o potomstwo. Na pierwsze wyprawy po prowiant wychodzimy sami – maluchy są zbyt małe, by towarzyszyć matce. Brak ciągnącego się za nami balastu to dobra okazja, by poznać podstawowe mechanizmy, wokół których kręci się rozgrywka.

Najważniejsze jest pożywienie. Wskaźnik pełnego żołądka powoli, ale nieubłaganie topnieje, więc cały czas trzeba pamiętać o zdobywaniu jedzenia. To podstawa, której nie należy lekceważyć, bo osłabione młode nie będzie w stanie za nami podążać na tyle szybko, by uciec przed zagrożeniem, a koniec końców umrze z głodu. W takim przypadku gra nie cofa nas do ostatniego punktu zapisu ani nie resetuje postępu. Gramy dalej ze świadomością, że nasza opieszałość czy nieuwaga doprowadziły do śmierci jednego z lisiątek. Paskudne uczucie.


Na skraju przepaści

Posilić się można na różne sposoby – czasem znajdziemy jakieś resztki w worku na śmieci, a z gniazda na drzewie podkradniemy jajko, ale nigdy nie będzie to tak pożywne, jak świeżo złowiona ryba czy upolowany ptak. Tropienie zwierzyny ułatwia zmysł węchu. W przypadku płochliwych stworzeń musimy zakraść się do potencjalnej ofiary, inaczej czmychnie nam sprzed nosa. Problem w tym, że pożywienie niełatwo zdobyć, bo zdewastowana przez działania człowieka Ziemia jest w opłakanej kondycji. Trafiamy do świata wyeksploatowanego i zaśmieconego, świata zatrutych bądź wyschniętych rzek, piętrzących się na każdym kroku wysypisk i pracujących pełną parą fabryk, które systematycznie zatruwają środowisko.

Jakby nie było wystarczająco ponuro i depresyjnie, już na samym początku lisica traci jedno ze szczeniąt. Wiąże się z nim dość oszczędnie nakreślony wątek fabularny, bo Endling stara się być czymś więcej niż survivalem. Przeżyć i najeść się to jedno, ale z punktu widzenia rozwoju scenariusza kluczowe jest znajdowanie przedmiotów, które pozwolą podjąć trop w kwestii porwanego malucha (co kilka nocy pojawia się wątek umożliwiający pchnięcie tego specyficznego śledztwa do przodu). Oczywiście nie zdradzę, jak kończy się ta historia, powiem tylko tyle: co wrażliwsi gracze niech zainwestują w chusteczki.


Małymi kroczkami

Ciekawie zbudowano świat gry. Teoretycznie poruszamy się na jednym planie niczym w klasycznej dwuwymiarowej platformówce, ale co krok trafiamy na skrzyżowania pozwalające zmienić kierunek i wyruszyć na przykład w głąb ekranu, zeskoczyć do kanałów bądź wdrapać się na konstrukcję położoną wyżej. Oddany do naszej dyspozycji teren przypomina zawiły labirynt ze zdefiniowanymi ścieżkami, z których możemy zboczyć jedynie w miejscach przewidzianych przez twórców. Ponadto sporo takich dróg jest zablokowanych, jednak każda kolejna noc wprowadza zmiany na mapie (niektóre przejścia odblokujemy sami, inne otwierają się w miarę postępów), więc im dalej w las, tym większa swoboda i rozleglejszy teren do dyspozycji.

Jak wspomniałem, na pierwsze polowania ruszamy w pojedynkę, zanosząc maluchom jedzenie do nory, ale że młode dość szybko nabierają sił, po jakimś czasie zaczynają towarzyszyć nam w wędrówkach, a wtedy też rozpoczyna się właściwa zabawa. Pociechy dziarsko biegną za matką, więc nie trzeba planować za nie każdego kroku. Są jednak drzewa, na które nie zdołają się wdrapać, czy występy skalne, do których nie doskoczą. Tu w sukurs przychodzą specjalne umiejętności zdobywane przez liski w określonych sytuacjach.

Jeśli przykładowo trafi się nam zdarzenie kontekstowe, w którym matka nauczy młode wspinaczki, to tenże szkrab dostanie się bez problemu w każde inne miejsce wymagające tego talentu. Ale tylko ten konkretny maluch – pozostałe nie ruszą się z miejsca, bo skille nie są współdzielone przez stadko, co oczywiście wprowadza dodatkowe utrudnienia. Młode mogą nauczyć się również polować, a to na pewnym etapie przygody ułatwia zdobywanie pożywienia.


Upadły świat drapieżników

Z nory wymykamy się jedynie nocą, bo tylko wtedy możemy czuć się względnie bezpiecznie. Nie znaczy to, że nie czyhają na nas żadne zagrożenia, zresztą w miarę postępów ich liczba jedynie rośnie. Musimy uważać chociażby na sidła. Te nie zabiją nas, ale osłabią i przez jakiś czas nie będziemy w stanie biec. Lekceważąc śpiącą sowę, sprowokujemy ją do ataku na młode, a jeśli zbliżymy się zanadto do agresywnego psa, to już w ogóle marny nasz los. Oczywiście najniebezpieczniejszym drapieżnikiem jest człowiek. Co prawda nie wszyscy chcą zerwać nam skórę z grzbietu (tak, w tym osobliwym świecie mroku pojawiają się mdłe promienie słońca), ale zdecydowanej większości należy unikać za wszelką cenę. Szczególnie groźni są Kuśnierze, którzy potrafią puścić się za nami w pogoń, oraz uzbrojeni w broń palną Zbieracze, którzy zawsze obstawiają jakiś punkt obserwacyjny i zdejmą nas jednym strzałem, jeśli nie będziemy wystarczająco ostrożni.

Czy debiutancki projekt Herobeat Studios ma wady? Owszem, i to niemałe. Z początku noce wydały mi się za krótkie, a żołądki zbyt szybko robiły się puste. Masę wypraw musiałem przerywać w połowie, bo gonił mnie świt, bądź zmuszony byłem olać nowe, interesujące miejsce, bo zaspokojenie głodu okazało się ważniejsze. Ponadto, gdy już wgryziemy się w mechanizmy, gra robi się nudna; dodatkowe okolice do zwiedzenia czy nauka nowych umiejętności niewiele tu zmieniają, ponieważ do samego końca wszystko sprowadza się do dwóch zasadniczych wytycznych: jedz i nie daj się zabić. Cała gra jest temu podporządkowana, a pętla rozgrywki robi się przez to boleśnie powtarzalna.

Endling to ważna gra, bo mówi w oczywisty sposób o istotnych problemach współczesnego świata takich jak sunąca w naszą stronę katastrofa klimatyczna. Pokazuje, jak ponura może być rzeczywistość za „x lat”, jeśli ludzkość nie wciśnie na czas hamulca, nim na dobre nie rozpieprzy bądź nie utopi w śmieciach naszej planety. Endling to także gra wzruszająca – i choć jest w tym aspekcie troszkę zbyt przewidywalna, jak mało która potrafi szarpnąć za emocjonalną strunę. Niestety to wszystko wartości dodane; dobrze by było, gdyby uzupełniono je odpowiednio mięsistą rozgrywką, ta z kolei okazuje się ledwie poprawna.

W Endling: Extinction Is Forever graliśmy na PC.

Ocena

Endling: Extinction Is Forever to piękna, mądra i ważna gra, a do tego nietypowa ze względu na lisią bohaterkę i towarzyszącą jej czeredkę. Mam z nią tylko jeden zasadniczy problem – zbyt szybko popada w schematyzm, przez co raczej już do niej nie wrócę.

7
Ocena końcowa

Plusy

  • świat obserwowany z perspektywy lisiej mamy
  • gorzki i trafny komentarz na temat wpływu człowieka na środowisko
  • potrafi być szalenie emocjonalna
  • kilka dobrze zazębiających się mechanizmów
  • prosta, komiksowa grafika i klimatyczna muzyka

Minusy

  • noce są zbyt krótkie
  • pętla rozgrywki jest boleśnie powtarzalna...
  • ...przez co zaczyna nudzić w połowie gry

Redaktor
Eugeniusz Siekiera

Filozof i dziennikarz z wykształcenia, nietzscheanista z powołania, kinoman i nałogowy gracz z wyboru. Na pokładzie okrętu zwanego CDA od 2003 roku. Przygodę z wirtualnym światem zaczynałem w czasach ZX Spectrum, gdy gry wczytywało się z kaset magnetofonowych, a pisanie prostych programów w Basicu było najlepszą receptą na deszczowe popołudnie. Dziś młócę na wszystkim, co wpadnie pod rękę (przeprosiłem się nawet z Nintendo), choć mając wybór, zawsze postawię na peceta.

Profil
Wpisów49

Obserwujących11

Dyskusja

  • Dodaj komentarz
  • Najlepsze
  • Najnowsze
  • Najstarsze

Polecane