Nioh 3 sprawił, że pokochałem serię, którą miałem gdzieś. To czołowy reprezentant swojego gatunku [RECENZJA]
Po dłuższej przerwie na eksperymentowanie z formułą i stworzenie średnio udanych Wo Long: Fallen Dynasty oraz Rise of the Ronin studio Team Ninja postanowiło powrócić do tego, co ostatnimi czasy wychodziło mu najlepiej, czyli Nioh. Trzecia odsłona cyklu czerpie pełnymi garściami ze swoich poprzedników i trudno mieć jej to za złe – wszak żaden z nich nie był grą kiepską. Chociaż marce udało się zebrać wokół siebie oddane grono fanów, równie wiele osób odbiło się od niej przez takie aspekty jak wysyp śmieci w ekwipunku i przesadnie złożony system walki. Czy Nioh 3 poprawia te elementy? Nie, wręcz jeszcze bardziej je komplikuje. Czy to sprawia, że powinniśmy przejść obojętnie obok gry? W żadnym wypadku, albowiem, mimo wad i wysokiego progu wejścia, wciąga jak diabli na długie godziny.
Za wysokie progi
Nie mam zamiaru nikogo zwodzić – Nioh 3 do grona łatwych gier zaliczyć nie możemy, acz jeśli jesteśmy w stanie przeboleć kilka pierwszych godzin i oswoić się z toną zawiłości, dość szybko znajdziemy multum sposobów na wyrównanie szans nawet w starciach z najpotężniejszymi przeciwnikami. Jednak nim przejdziemy do właściwej zabawy, musimy stworzyć protagonistę. Oddany w ręce graczy kreator postaci imponuje rozbudowaniem i już w nim możemy spędzić sporo czasu. Opcji dostosowania wyglądu mamy mnóstwo i nie są one bez znaczenia, albowiem facjatę naszego herosa wielokrotnie ujrzymy w trakcie przerywników filmowych. Ba, nie da się wyzbyć wrażenia, że zostały one wyreżyserowane w taki sposób, aby jak najczęściej pokazywać naszego awatara w pełnej okazałości.

Główny bohater, znany jako Tokugawa Takechiyo, choć potrafi porozumiewać się w tradycyjny sposób, gada niezwykle rzadko, ograniczając się do jęknięć, stęknięć oraz westchnięć. Najczęściej stosowanym środkiem komunikacji protagonisty (albo protagonistki) jest jednak oręż, a jego typów mamy do wyboru, do koloru: od samurajskich mieczy, przez włócznie i naręczne szpony, po kusarigamy, czyli sierpy z obciążnikiem na łańcuchu. Posługiwanie się bronią początkowo nie przychodzi łatwo za sprawą dużej liczby związanych z owym system mechanizmów, których Nioh 3 ewidentnie nie potrafi wprowadzać stopniowo, zamiast tego od razu rzucając nas na głęboką wodę.
Już pierwszy pojedynek, mający stanowić wprowadzenie do systemu walki, może dać nam w kość. Wczesne etapy zabawy polegają na przypominaniu sobie o istnieniu kolejnych elementów, które da się wykorzystać podczas potyczek i które to zostały nam przedstawione wyłącznie za pomocą jednego z wielu wyskakujących komunikatów tekstowych. Czy pamiętaliśmy o tym, aby po ataku aktywować puls ki i przywrócić część utraconej energii? Czy użyliśmy zdolności towarzyszącego nam ducha opiekuńczego po naładowaniu odpowiedniego zasobu? Albo czaru pozyskanego za sprawą umieszczenia rdzenia oni w naszym wyposażeniu? Opanowanie poszczególnych zagrywek stanowi wyzwanie samo w sobie i choć może wydawać się wręcz niemożliwe, z czasem korzystanie ze sztuczek zaczyna przychodzić nam naturalnie. Szkopuł w tym, iż musimy nauczyć się ich dwukrotnie – wszystko dlatego, że świeży twór Ninja zachęca nas do płynnego przełączania się między zróżnicowanymi stylami.

Raz ninja, raz samuraj
Jest to jedna z największych nowości (zaraz obok otwartego świata, o którym później) wprowadzanych przez Nioh 3. Oprócz klasycznego „trybu” samuraja, dzielącego się na różne postawy oferujące inne kombinacje ciosów, tytuł oddaje w nasze ręce styl ninja. Ten został zaprojektowany z myślą o atakowaniu z doskoku i wyprowadzaniu ciosów w plecy przeciwników, co skutkuje zadawaniem większych obrażeń, niemniej jego główny atut stanowi ninjutsu – komplet umiejętności mogących posłużyć zarówno do podkręcenia naszej mobilności (chwilowe zakopanie się w ziemi lub szybki doskok do wroga), jak i do ofensywy (rozsypywane na ziemi kolczatki albo ogniste shurikeny).
W ogólnym rozrachunku walka stanowi jeden z najważniejszych aspektów recenzowanej produkcji, a odblokowanie nowych kombinacji do ulubionego narzędzia mordu potrafi całkowicie zmienić oblicze rozgrywki. W tym miejscu skorzystam z okazji, aby nadmienić, iż do Nioh 3 nie powinniśmy podchodzić jak do tradycyjnego soulslike’a. Potyczki są niezwykle dynamiczne i nagradzają agresję oraz przejmowanie inicjatywy, a nie reaktywność. Jeśli zaczniemy pasywnie krążyć wokół przeciwnika w nadziei, że ten wystawi się na atak, to możemy się tego nie doczekać.

Tak czy siak, lwia część rozgrywki sprowadza się do siekania wynaturzeń z japońskich wierzeń ludowych oraz ludzi mających wątpliwą przyjemność stanąć nam na drodze. Animacje prezentują się widowiskowo i odpowiednio krwiście, nie zabrakło także ciosów kończących ani tych wykonywanych z ukrycia (zakradnięcie się do wroga jest świetnym sposobem na zapoczątkowanie potyczki). W trakcie starć musimy zwracać uwagę nie tylko na stan naszego zdrowia, ale też na ki, czyli tutejszy odpowiednik wytrzymałości. Utraciliśmy całą energię, po czym oberwaliśmy? Stąd już prosta droga do mogiły. Szalę zwycięstwa przechylić możemy na naszą korzyść poprzez dobranie odpowiedniego sprzętu, lecz rozeznanie się w ekwipunku może sprawić jeszcze więcej problemów niż walka.
Projektantów nieco „poniohsło”
Stwierdzenie, że oręż, elementy pancerza i amulety zbieramy w hurtowych ilościach, będzie sporym niedopowiedzeniem. Świeże zabawki podnosimy z ziemi co rusz – w pewnym momencie przestały mnie już w ogóle interesować. Do ekwipunku zacząłem zaglądać okazjonalnie, aby sprawdzić, czy podmiana rynsztunku wiąże się z konkretną poprawą statystyk, czy jedynie z dodaniem kolejnego, często nieistotnego, bonusu opisanego w trudny do zrozumienia sposób. Przedmioty stanowią bodaj największą bolączkę „trójki” – z tego prostego powodu, iż wieje od nich nudą na kilometr. Nie wiem, dlaczego producent postanowił pozostać przy systemie itemizacji z Nioh 2, skoro przez wielu była ona wskazywana jako główna wada gry. Fakt faktem, zwałów żelastwa możemy się automatycznie pozbywać w wybrany sposób (np. przerabiając je na materiały do wytwarzania u kowala), niemniej nawet to wymaga przeklikania się przez parę okienek z potwierdzeniami.

Sytuacji nie poprawia fakt, że sprzęt nie jest jedynym, czym musimy się regularnie zajmować. Dorzućmy do tego rozwój postaci poprzez wydawanie tutejszego odpowiednika dusz na punkty atrybutów, wybór pasywnych zdolności, udoskonalanie ducha-strażnika, aktywowanie rdzeni zebranych ze szczątków yokai oraz dostrajanie bonusów pozyskanych za wskazywanie drogi do domu przyjaznym duszkom, a otrzymamy istne zatrzęsienie tabelek. Nawet zaliczanie wyzwań w trakcie gry, takich jak ubicie określonej liczby niemilców, wiąże się z możliwością wykupienia perków pokroju zwiększenia skuteczności leczenia o „zawrotne” 0,6%. Nioh 3 zdaje się sam nie wiedzieć, czy chce być siekanką, czy arkuszem kalkulacyjnym. Na szczęście o matematycznym aspekcie produkcji możemy dość szybko zapomnieć podczas przemierzania pięknie zaprojektowanej i klimatycznej Japonii.
Otwarty świat to strzał w dziesiątkę
W tym miejscu pragnę nadmienić, że mówiąc o otwartym świecie, nie mam na myśli kobyły, jaką była mapa w Elden Ringu. Nioh 3 co prawda pozwala nam odwiedzić zróżnicowane, względnie rozległe biomy, niemniej połączono je za pośrednictwem wąskich przesmyków, dzięki czemu momentalnie wiemy, kiedy opuszczamy jedną lokację i wkraczamy do kolejnej. Swoboda poruszania się jest spora, w czym zasługę mają szybki bieg automatycznie omijający niewielkie przeszkody oraz podwójny skok pozwalający dotrzeć do pozornie niedostępnych miejsc.
Zaglądać zaś warto w każdy kąt. Poukrywane wszędzie znajdźki mają walory praktyczne i dostarczają materiałów niezbędnych do wzmocnienia herosa, a niektóre, takie jak krążące nad ziemią pod postacią łasic duszki, odblokowują zupełnie nowe kombinacje ciosów. Co ważne, eksploracja mapy okazuje się na tyle przyjemna, że odhaczanie kolejnych pozycji z listy cennych zdobyczy zdaje się przychodzić samo. Nie jest to poziom trzeciego Wiedźmina, który wyganiał nas w łódce na krawędź mapy tylko po to, abyśmy wyciągnęli z wody bezużyteczny kawał żelastwa.

Nie zabrakło także bardziej liniowych poziomów, acz są one rzadkością – gra wprowadza je głównie w kulminacyjnych momentach fabuły. Ta z kolei wypada… no, nijak. Nie wiem, czy to kwestia mojej awersji do japońszczyzny, czy też historia rzeczywiście została przedstawiona w zagmatwany sposób (prawdopodobnie jedno i drugie ma znaczenie), ale wręcz do samego końca zabawy nie za bardzo rozumiałem, dlaczego protagonista znalazł się w danym miejscu i co dokładnie stara się osiągnąć. Byłem pewien jedynie tego, iż miecz do jego dłoni trafił nie bez kozery, wypada więc zrobić z niego dobry użytek.
Jest super, ale mogło być jeszcze lepiej
Mimo mojej tendencji do narzekania i czepiania się szczegółów na Nioh 3 nie jestem w stanie się gniewać. Rzeczony tytuł wciągnął mnie bez granic, a samo jego ukończenie wymagało poświęcenia ponad 60 godzin (z zastrzeżeniem, że czyściłem dokładnie wszystkie obszary – jeśli się pospieszymy, prawdopodobnie uda się nam zamknąć w 50 godzinach, acz bez grindu raczej i tak się nie obejdzie). Wciąż pozostało mi wiele do zrobienia i mam zamiar zabrać się w wolnej chwili za zaliczanie opcjonalnych misji, ciesząc się przy tym każdą chwilą spędzoną na patroszeniu złych duchów.

Słowem wypada wspomnieć również o takich aspektach jak oprawa audiowizualna i optymalizacja. W kontekście muzyki – wszystko brzmi nieźle. Nie mamy co liczyć na zapadające w pamięć utwory przygrywające w tle podczas młócki z bossem, niemniej podkład wpasowuje się w klimat. Warstwa wizualna z kolei robi imponujące wrażenie, szczególnie dobrze prezentują się modele postaci. Co prawda to tu, to tam natkniemy się na nieostre tekstury, aczkolwiek nie psują one odbioru całości. Jako że z Nioh 3 zapoznałem się na PlayStation 5 Pro, nie wypowiem się na temat tego, jak Katana Engine sprawuje się na pecetach. Nadmienię jednak, że nawet na potężniejszej wersji konsoli Sony w drugim akcie odczuwalne były spadki płynności (grałem w trybie wydajności, celującym w 60 fps-ów) i choć obyło się bez większych chrupnięć, tak radzę nastawić się na potencjalne problemy.
Przechodząc do konkluzji, Nioh 3 to gra rewelacyjna, acz czuję, że zrezygnowanie z kilku kontrowersyjnych rozwiązań (o was mówię, śmieci w ekwipunku) sprawiłoby, iż otarłby się o wybitność. Okazjonalne skoki poziomu trudności mogą skutecznie zniechęcić niektóre osoby, przywoływane duchy stanowią zaś niezwykle kiepskie wsparcie w boju ze względu na durnowatą AI. Jeśli lubimy gry akcji, a wyzwanie to nasze drugie imię, będziemy bawić się przednio. Jednakże w przypadku, gdy preferujemy tradycyjne soulsliki, najlepiej przed zakupem zapoznać się bliżej z wersją demonstracyjną, aby nie wyrzucić pieniędzy w błoto.
W Nioh 3 graliśmy na PS5.
Ocena: 9
Podsumowanie: Nioh 3 doprowadza niemal do perfekcji formułę opracowaną przez swoich poprzedników, a otwarty, acz nie przesadnie rozległy, świat stanowi świetny dodatek. Złożony system walki, choć wymaga wprawy do wykorzystania jego pełnego potencjału, jest jednym z najlepszych w gatunku.
Plusy:
- świetny, acz niezwykle złożony, system walki promujący agresję
- emocjonujące walki z bossami i brak recyklingu niemilców
- ogromny otwarty świat oraz swoboda poruszania się po nim
- tona broni i umiejętności do wyboru
- sensowne znajdźki, na które w większości przypadków natykamy się naturalnie podczas eksploracji i wykonywania zadań
- po opanowaniu podstaw gry – wyważony poziom trudności (poza kilkoma przypadkami)
- rozbudowany kreator postaci
Minusy:
- złożoność gry jest wręcz przytłaczająca na wstępnych etapach zabawy, a produkcja Team Ninja nie robi zbyt wiele, by ułatwić zrozumienie mechanizmów
- nieciekawe statystyki przedmiotów i brak charakterystycznych elementów ekwipunku
- kamera lubi zwariować, gdy walczymy w narożniku (co ze względu na niewielkie rozmiary aren dzieje się stosunkowo często)
- powtarzalność pomniejszych przeciwników
- okazjonalne i nagłe skoki poziomu trudności
- brak polskiej wersji językowej
