11
23.10.2022, 07:00Lektura na 6 minut

Persona 5 Royal na PS5. To się już robi niesmaczne

Persona 5, jedna z najlepiej ocenianych gier poprzedniej generacji konsol, niczym GTA V doczekała się właśnie kolejnego wznowienia na trzecią już konsolę Sony. Czy warto zapoznać się z tym wydaniem?

Jeśli potrzebujecie szybkiej, krótkiej i treściwej odpowiedzi na pytanie: „Czemu Persona 5 to jedna z najbardziej oryginalnych i zwariowanych produkcji, z którymi natychmiast musicie się zapoznać?”, to służę poniższym screenem:

Gdyby was jednak interesowała nieco dłuższa wypowiedź, to zapraszam do dalszej lektury. Zwłaszcza że troszkę was trolluję, a Persona 5 wcale nie stanowi jakiejś szczególnie odjechanej japońszczyzny. Wręcz przeciwnie: to bardzo przystępna produkcja, która może okazać się przepustką do świata gier jRPG i visual novels dla osób wcześniej kompletnie niezaznajomionych z tymi gatunkami. (To szczera prawda. Nie interesuję się grami z Nipponu, ale ośmielony świetnymi Yakuzami postanowiłem zanurzyć stopę w japońszczyźnie nieco głębiej i utonąłem w Personie 5 na niemal 100 godzin. Cieszę się, że to zrobiłem, bo było to fantastyczne przeżycie! – CormaC).


Niby Persona, ale nie ta Bergmana, chociaż trochę podobna

Wszystko za sprawą osadzonej we współczesnym świecie historii, w której pierwsze skrzypce gra Joker: zupełnie normalny licealista niesłusznie ukarany za szlachetny czyn. Pewnego wieczora uratował bowiem przed napaścią bezbronną kobietę. Niedoszły prześladowca w odpowiedzi zrzucił winę za występek na naszego bohatera, przez co wydalono go ze szkoły i odesłano na rok do przyjaciela rodziny, niejakiego Sojiro Sakury. Większość wydarzeń poznajemy w formie retrospekcji, gdy Joker zostaje schwytany przez policję i oskarżony o kierowanie tajemniczą grupą „widmowych złodziei”…

To w dużej mierze angażująca fabuła i fenomenalna paczka głównych bohaterów doprowadziły do tego, że Personę 5 zalicza się do najlepszych gier poprzedniej generacji. Z jednej strony mamy do czynienia z intrygującym kryminałem, z drugiej z wciągającą opowieścią o dorastaniu i przyjaźni, a jeszcze z innej – z głęboką podróżą przez portrety psychologiczne zróżnicowanych postaci. Podobnie jak Psychonauts dzieło Atlusa w lekki i przystępny sposób opowiada o schorzeniach psychicznych, przedstawia niełatwe problemy związane z molestowaniem, traumami czy kryzysami tożsamości… no i dodaje do tego trochę japońskiego szaleństwa (ale tylko troszeczkę).


To jak się w to w ogóle gra?

Rozgrywkę w Personie zasadniczo podzieliłbym na trzy płaszczyzny. Pierwszej najbliżej byłoby do visual novel: to codzienność japońskich licealistów, którą odkrywamy, przeklikując się przez tony (naprawdę tony) dialogów. Właśnie w ten sposób pchamy do przodu główny wątek fabularny, a jednocześnie poznajemy bliżej wszystkich bohaterów. Konkretna znajomość angielskiego będzie tu niestety niezbędna, ale zapewniam, że same ściany tekstu nie powinny nikogo zanudzić. To świetnie napisana, pełna ciepła i humoru książka z obrazkami, a każdy gracz bez problemu powinien znaleźć w niej postać, której będzie szczególnie kibicował.

Drugą niezwykle ważną płaszczyzną jest „dżejerpegowanie”. Paczka naszych licealistów może przenosić się do metawersum, gdzie jako drużyna „widmowych złodziei” walczy o zmianę nastawienia głównych przeciwników. Brzmi niedorzecznie? No to przedstawię sytuację na przykładzie pierwszego „pałacu” i jego bossa. Już na początku gry poznajemy Suguru Kamoshidę, nauczyciela WF-u pozwalającego sobie na zdecydowanie zbyt wiele wobec swoich uczennic. Aby wpłynąć na zachowania mężczyzny, przenosimy się do jego umysłu-pałacu, który z gameplayowej perspektywy jest po prostu dungeonem pełnym przeciwników. Nasze zadanie to zwiedzenie tej lokacji, wykonanie w niej paru zadań, a na koniec stoczenie potyczki z antagonistą, czyli „dużym” bossem. Pokonując go, spowodujemy, że wuefista w prawdziwym świecie uświadomi sobie niegodziwość swego postępowania i przyzna się do winy.

Starcia odbywają się w typowy dla jRPG sposób: z podziałem na tury, gdzie bohaterowie wykonują kolejno akcje ataku czy przywołania potężnego sojusznika w postaci swojej – zgadliście – persony. Te ostatnie z kolei mamy możliwość kolekcjonować w trakcie walk, zupełnie jak w Pokémonach. Możemy też tworzyć coraz potężniejsze persony, łącząc je w tajemniczym Velvet Roomie. Nawet jeśli nie gustowaliście nigdy w takim gatunku gier, polecam dać szansę dziełu Atlusa. Twórcy Persony włożyli naprawdę dużo pracy w doprowadzenie systemu walki do perfekcji i jeśli nie podejdzie wam on tutaj, no to chyba już nie ma szans, żeby spodobał się gdzie indziej. Owszem, niektóre dungeony pewnie i tak przyprawią was w którymś momencie o ból głowy (pozdrowienia z piątego pałacu), ale nie ma tu przynajmniej mozolnego grindu, a fabuła i stylowa otoczka całości wszystko wynagradzają.

Ostatniej płaszczyzny rozgrywki upatrywałbym w tzw. czasie wolnym, którego na ogół doświadczamy po szkole w chwilach fabularnego rozluźnienia. To wtedy mamy możliwość swobodnego biegania po ulicach tokijskiej Shibui w rytm fantastycznego soundtracku inspirowanego acid jazzem. Atrakcji nie zabraknie: odwiedzanie biblioteki, jedzenie ramenu, obowiązkowe dla japońskich produkcji wędkowanie i romansowanie… Ale i tak większość czasu powinniśmy spędzać na spotkaniach z innymi postaciami. Dzięki temu nie tylko popchniemy dalej ich wątki fabularne, lecz także wzmocnimy persony z nimi związane.


Nie będziemy Royalami, jak chciałaby tego Lorde (i Atlus)

No dobrze, potraktowałem tę recenzję jako pretekst do wyjaśnienia fenomenu Persony 5, ale kilka osób pewnie interesuje, czy warto się za to wszystko zabierać w wersji przygotowanej na PS5. Otóż nie warto. Atlus niestety słynie z antykonsumenckich zachowań, przy których bledną EA i Activision Blizzard. Już pierwotnie edycja Royal, wydana trzy lata po premierze pierwowzoru, zmuszała nas do ponownego zakupu gry za pełną kwotę i przechodzenia jej raz jeszcze (a pamiętajcie, że rozmawiamy o kolosie na jakieś 100 godzin), by dotrzeć do nowego segmentu opowieści i poznać powplatane tu i ówdzie dodatkowe wątki, z dwiema nowymi postaciami na czele.

Przy okazji wydania na PS5 Atlus zmusza nas do zakupu Persony 5 za pełną kwotę raz jeszcze, i to nawet nie oferując w zamian nowej zawartości (komplet DLC nikogo nie rozgrzesza, bo to tylko kosmetyka, zastrzyk gotówki, dodatkowe persony itp.). Jasne, edycja ta działa niesamowicie płynnie w 60 klatkach na sekundę, ponadto wszystko śmiga praktycznie bez ekranów ładowania, ale takie bajery można było odblokować wcześniej za pomocą bezpłatnej łatki, w ostateczności – niedrogiego DLC. Nie pokuszono się nawet o wykorzystanie możliwości DualSense’a, więc myślę, że żądanie za coś takiego 259 złotych można spokojnie nazwać rozbojem w biały dzień. Jeśli nie mieliście dotąd styczności z Personą 5, gorąco polecam po prostu zapoznać się z wydaniem Royal z PS4, które bez problemu można dorwać na wyprzedażach znacznie taniej. Ktoś powinien w końcu włamać się do pałacu Atlusa i dokonać zmiany w sercach jego dyrekcji, bo tego typu dojenie graczy nie przystoi twórcom takiej historii.

Przypominam też, że jednocześnie z premierą na PS5 Persona 5 przestaje być tytułem na wyłączność konsol Sony – od teraz można ją ograć np. w Game Passie. A to wydaje się doskonałą okazją do sprawdzenia, czy to tytuł dla was (jeśli jeszcze was nie przekonałem).

W Persona 5 Royal graliśmy na PS5.

Ocena

Persona 5 Royal w wersji na PS5 to najlepsze wydanie jednej z najwspanialszych gier poprzedniej generacji. Czy warto jednak płacić pełną cenę za 60 fps-ów i komplet DLC? Moim zdaniem nie.

6
Ocena końcowa

Plusy

  • to wciąż rewelacyjna Persona 5…
  • …w komplecie ze wszystkimi DLC…
  • …i śmigająca w 4k i 60 fps-ach

Minusy

  • CENA
  • zero nowej zawartości
  • brak wsparcia DualSense’a…
  • …i transferu sejwów

Redaktor
Jakub „rajmund” Gańko

Czarna owca rodu Belmontów, włóczęga z Shady Sands, dawny szef ochrony Sarif Industries, wielokrotny zabójca Crawmeraksa, tropiciel ze starego Yharnam, legenda Night City.

Profil
Wpisów1145

Obserwujących8

Dyskusja

  • Dodaj komentarz
  • Najlepsze
  • Najnowsze
  • Najstarsze

Polecane