Rayman powstał w końcu z martwych. Za 30th Anniversary Edition naprawdę należy pochwalić Ubisoft [RECENZJA]
Rayman rozpoczął swój żywot w 1995 roku jako pocieszny zlepek pikseli pozbawiony ramion i nóg, co z miejsca go wyróżniało, bo dłonie i stopy były na swoim miejscu, więc bohater bez przeszkód mógł pokonywać najeżone pułapkami etapy, łapać się platform i nokautować napotkanych przeciwników. Dodatkowo potrafił rozkręcić swe długie włosy niczym śmigło, co pozwalało mu latać. Nie tylko protagonista świecił oryginalnością w przełomowej platformówce, która wyszła spod ręki Michela Ancela – wyróżniał się też sam świat, pomysłowo zaprojektowany i niezwykle barwny, a pod kątem tematycznym szalenie zróżnicowany.
Do wyboru, do koloru
Rayman: 30th Anniversary Edition to tak naprawdę pakiet kilku gier, rocznicowa kompilacja zbiera bowiem pięć wersji legendarnej platformówki, potrafiących się różnić kilkoma szczegółami. W czasach debiutu za najlepszą z nich uważano edycję z pierwszego PlayStation i raczej nic się w tej materii nie zmieniło. W przeciwieństwie do pecetowej, z którą zetknąłem się przed laty, wersja na poczciwego Szaraka ma pięknie animowane wstawki filmowe, a grafika w trakcie rozgrywki raczy mniejszą pikselozą.

Do wyżej wspomnianych dochodzi edycja z konsoli Atari Jaguar, a także odbiegające od wersji na duże platformy Raymany z Game Boya Color oraz Game Boya Advance, wydane odpowiednio w 2000 i 2001 roku. Z kolei największy plus wydania pecetowego stanowi kilka dodatków zawierających od zatrzęsienia bonusowych etapów. Jest ich grubo ponad setka – znajdziemy wśród nich levele o zróżnicowanym poziomie trudności, zarówno fanowskie, jak i stworzone przez zespół odpowiedzialny za „podstawkę”. Z punktu widzenia fana serii najciekawszą pozycją na liście może się jednak okazać coś zupełnie innego – prototyp gry przygotowywanej z myślą o SNES-ie, niepublikowany wcześniej, niedokończony i jeszcze do niedawna uznawany za zaginiony.
Wrażenie obcowania z wiekowymi tytułami podbijają filtry imitujące klasyczny obraz kineskopowy (nie zabrakło nawet wariantu z zakrzywionymi rogami), możemy również wybrać spośród kilku proporcji ekranu. Podobne kompilacje klasyków to świetna okazja, by zdradzić parę ciekawostek zza kulis. Nie inaczej jest w tym przypadku: znajdziemy tu kopalnię wiedzy na temat powstania gry, galerię grafik koncepcyjnych i szkiców, a także nagrania wideo, na których znalazło się miejsce m.in. na wywiady z twórcami.

Nie bierze jeńców, ale pomaga
Jak się w to gra trzy dekady później? Momentami nieco topornie, czuć niestety, że to platformówka starej daty, dość wymagająca i czasem karząca gracza nie za brak umiejętności czy kiepski refleks. Nadprogramowe zgony przeważnie wynikają z rozmaitych upierdliwości w zakresie projektów poziomów i niewielkiego pola widzenia. Życie uprzykrzają wrogowie często wyskakujący znikąd czy skoki na ślepo, bez pewności, gdzie wylądujemy. Niekiedy przebijamy się przez poziom jak taran, by utknąć w tym jednym wrednym miejscu, w którym margines błędu praktycznie nie istnieje. Do tego klatki do rozbicia tak poukrywano, że dostanie się do części z nich wymaga nielichej akrobatyki.
By nie zrazić graczy szukających bezstresowej zabawy, dorzucono kilka opcjonalnych ułatwiaczy. Jednym z najważniejszych jest cofanie rozgrywki, co pozwala wyeliminować wszystkie źle odmierzone skoki czy zawalone pojedynki, tym bardziej że możemy dowolny fragment powtarzać do skutku. Ponadto mamy możliwość rozpoczęcia przygody z nieskończoną liczbą żyć oraz pełnym zapasem zdrowia, gra pozwala również odblokować dostęp do wszystkich poziomów już na starcie lub aktywować komplet umiejętności bohatera (w klasycznym trybie zdobywa je w miarę postępów w kampanii).

Łycha dziegciu w beczce miodu
Dobrze to wszystko brzmi, ale nie obyło się bez wpadki. Tylko czy na pewno aż tak poważnej, jak sugeruje histeria graczy bombardujących odświeżonego Raymana negatywnymi ocenami na Steamie? Cóż, to zależy… Ktoś machnie ręką, bo będzie mu to obojętne, inny się wkurzy, bo zmianę jednego piksela uzna za obrazę legendy. Rzecz tyczy się jednak nie piksela, lecz muzyki, którą Ubisoft ze znanych tylko sobie powodów całkowicie podmienił (możemy się domyślać, że prawdopodobnie chodzi o problemy licencyjne).

Za nowe aranżacje odpowiada Christophe Héral, autor muzyki do Raymana Origins i Legends, wydawałoby się więc, że to odpowiedni człowiek na właściwym miejscu, jednak w sieci zawrzało i pojawiły się głosy, iż ścieżka – choć niezła – nie pasuje do klimatu „jedynki”. Idealnym rozwiązaniem byłaby opcja przełączania się między starym a nowym soundtrackiem, lecz jak na razie nie ma takiej możliwości. Czy odmieniony OST przekreśla ten rocznicowy zestaw? Absolutnie nie. Dostaliśmy kilka wersji kultowej platformówki w jednym pakiecie, dodatkowe etapy to gwarancja paru godzin zabawy ekstra, a wisienką na torcie jest kompendium wiedzy, które dla fanów marki może się okazać bezcenne.
Podsumowanie: Ubisoft nie ma ostatnio dobrej prasy, ale za rocznicową kompilację pierwszego Raymana nie należy mu się reprymenda. Największym grzechem tej produkcji wydaje się nowa ścieżka dźwiękowa, lecz to niewielka cena za przepotężną dawkę nostalgii, której gra dostarcza.
Ocena: 7+
Plusy:
- grafika zaskakująco dobrze zniosła próbę czasu
- zróżnicowane tematycznie światy
- pięć wersji gry i masa dodatkowych poziomów
- niepublikowany wcześniej prototyp SNES-owy
- kopalnia wiedzy i ciekawostek zza kulis
Minusy:
- zmieniona muzyka i brak możliwości odpalenia oryginalnej ścieżki dźwiękowej
- gameplay nieco się zestarzał
- rozgrywka momentami potrafi dać w kość
