13
3.12.2022, 12:00Lektura na 8 minut

Recenzja Pokémon Scarlet/Violet. Gorzej nie było (i lepiej też nie)

Wyobraźcie sobie dwa pudełka.


Dawid „spikain” Bojarski

To po lewej to najnowszy God of War, „najszybciej sprzedająca się gra first-party w historii PlayStation”, 5,1 mln kopii w tydzień od premiery. Imponujące, prawda? I zasłużenie – Ragnarok to produkcja wybitna. Produkcja, którą zaprojektowano z głową, a zrealizowano nie tylko z rozmachem, ale też z wyczuciem, tzw. sukces artystyczny. To najwyższej klasy tytuł dopracowany zarówno pod względem gameplayowym, jak i technicznym. Tutaj doszlifowano nawet szlify.

Pudełko po prawej to Pokémon Scarlet. Albo Violet – jak wolicie, bo to i tak mniej więcej ta sama gra. Rozlatująca się, w wielu aspektach nieprzemyślana. Działająca, ale najczęściej ledwo, a czasami wcale. Zacofana technicznie jak ta koleżanka twojej cioci, która wysyła całej rodzinie maile z linkami do własnego pulpitu. I również brzydka jak noc. Toporna. Koślawa. 10 mln egzemplarzy w trzy dni.

 Pokémon Scarlet i Violet
Pokémon Scarlet i Violet

I tak to się kręci

Pozdrawiam każdego, kto, widząc recenzję, pomyślał sobie: „Oho, Bojarski znowu napisze, że gry Pokémon nie są lepsze, bo nie muszą”. I znowu napisał. Powtarzam to do znudzenia, gdzie tylko mogę, ponieważ to prawda: i tak te tytuły kupujemy, bo jesteśmy głupi i dajemy się doić. Dostajemy produkt, który obraża nas i naszą godność, a przy okazji opluwa niezliczone studia bankrutujące pomimo ciężkiej pracy i nowatorskich pomysłów. A najgorsze w tym wszystkim wydaje się to, że nieźle się przy tym bawimy.

Uwaga, starodawnym recenzenckim zwyczajem rzucę porównanie gastronomiczne: Pokémony są jak pizza. Kucharz oszczędził na składnikach, trochę przypalił ciasto, a na koniec jeszcze pomylił zamówienia. Ale to wciąż pizza, więc nawet jak jest trochę niedobra, to i tak dobra. O ile nikt nie przesolił, da się zjeść, bo placek plus warzywa to formuła ponadczasowa. Tak jak Pokémony. I w ich przypadku to również mogłoby być błogosławieństwo, ale jednak chyba bardziej przypomina klątwę.

 Pokémon Scarlet i Violet
Pokémon Scarlet i Violet

Tę samą refleksję przeczytacie w większości recenzji: Scarlet/Violet to pod wieloma względami najlepsza gra w serii. I pod prawie każdym względem najgorzej działająca gra w serii. Gdyby w tym roku nie ukazało się Pokémon Legends: Arceus, nazwałbym ją też najbardziej rewolucyjną. Bo oto doczekaliśmy się tego, o czym część z nas marzyła od dziecka – otwartego świata, po którym biegają Psyducki i pływają Magikarpy. A wiecie, jak to jest z otwartymi światami. Raz, że trzeba umieć je robić, a dwa, że należy się liczyć z zupełnie niespodziewanymi problemami technicznymi. I na pewno dobrze dać sobie więcej czasu niż te trzy minuty, które (jak zwykle) na stworzenie gry dostał Game Freak.

Świat w Pokémon Legends: Arceus jakoś tam trzymał się kupy – może dlatego, że składał się z kilku otwartych przestrzeni oddzielonych od siebie hubem. Paldea, czyli region, który odwiedzamy w Scarlet i Violet, nie rozpada się na kawałki już tylko dzięki taśmie izolacyjnej – ale nie tak jak w tradycyjnych polskich mieszkaniach, że ktoś zakleił kawałek szafki czy rury, przez co konstrukcja może i jest niepiękna, ale za to stabilna. Cały ten cholerny dom został owinięty taśmą i to, że się kompletnie nie rozlatuje, zawdzięczamy chyba tylko gorliwej modlitwie twórców(*).

 Pokémon Scarlet i Violet
Pokémon Scarlet i Violet

Nie da się spędzić w Paldei 10 sekund bez uświadczenia błędów – pomijając oczywiście względnie statyczne obrazy typu menu czy walki (ale i tutaj nie zawsze). Szalejące modele, zepsute tekstury, dzika fizyka. Pokémony spawnują się wewnątrz gór. Czasami obraz drga jak opętany. Prawie nie ma tu oświetlenia, a to, co jest, i tak się gliczuje. Gra wypycha cię za ścianę i spadasz pod mapę. Jak trzyma stabilne 20 klatek (i nie, że nie trafiłem w klawisz i chodziło mi o 30), to już dobrze – ale niemal nigdy nie trzyma. Podróżowanie po niektórych miastach staje się przez to wręcz uciążliwe i sam nie wiem, czy to, jak bardzo są one puste(**), działa w tym przypadku na korzyść, czy niekorzyść gry.

(*) A że kiedyś muszą spać, to zdarzają się crashe. Tutaj z kolei pomodlić się powinienem ja, bo Bogu dzięki za moją obsesję na punkcie regularnego zapisywania gry.

(**) Choć same w sobie zaprojektowane zostały całkiem ładnie. No ale co z tego, skoro nie ma sensu w nich przebywać?

 Pokémon Scarlet i Violet
Pokémon Scarlet i Violet

Kiedyś musi paść „ale”

Gdy odpaliłem na chwilę Scarlet, żeby wypunktować sobie te różne przypadłości, znowu spędziłem w grze godzinę i musiałem siłą zagonić się z powrotem do pisania. Owszem, to popsuta produkcja – ale na dłuższą metę w przewidywalny sposób, więc po kilku godzinach trudno się z tym popsuciem nie oswoić. Otwarty świat został zrealizowany amatorsko, lecz ratują go Pokémony, związana z nimi pętla rozgrywki i sprawdzone już w Legends sposoby na poruszanie się. Fabuła znowu jest głupia, ale dzięki sandboksowości to my decydujemy, kiedy chcemy pchnąć ją do przodu i w jakiej kolejności. Ani przez chwilę nie zważałem na jakiś potencjalny „prawidłowy” porządek pokonywania gymów, tytanów, wrogich baz. Po prostu robiłem to, na co miałem ochotę – i pod tym względem otrzymałem dokładnie to, czego od gry oczekiwałem.

Nowe projekty Pokémonów są dobre, bardzo dobre, czasem świetne. Wiadomo, że jak ktoś zatrzymał się na pierwszej czy drugiej generacji, to „coraz głupsze te dizajny”, ale jeśli podejść do tego z otwartą głową, to nie sposób nie znaleźć tutaj „swojej” ekipy. Zwłaszcza że spotkamy wiele starszych stworów – Pokédex mieści 400 pozycji.

 Pokémon Scarlet i Violet
Pokémon Scarlet i Violet

Przygoda z czkawką

Pomimo nieustannych problemów ze stabilną liczbą klatek Paldeę chce się zwiedzać – a to niemal wyłączna zasługa dobrze rozwiązanego poruszania się (zwłaszcza po odblokowaniu wszystkich umiejętności naszego mounta) oraz samych Pokémonów. Przy tak dużym terenie siłą rzeczy nawet 400 różnych odmian to trochę zbyt mało, żeby nie widywać co chwilę powtórek, ale znalezienie jednego z ulubionych stworów lub wersji shiny to uczucie przyjemniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Podobnie jak odkrycie kolejnej regionalnej odmiany czy nowej ewolucji – szczególnie że tradycyjnie już priorytet przy wymyślaniu takowych mają Pokémony z pierwszych generacji.

Co poza tym? Trochę urozmaiceń, m.in. możliwość robienia pikników (i komponowania kanapek, które dają nam różne buffy), a także obowiązkowy „gimmick” każdej kolejnej generacji gier Pokémon, tutaj „terastalizacja” (w skrócie: Pokémon może mieć tymczasowo inny typ niż naturalnie). Jest szukanie małych Gimmighoulów po świecie, jest całkiem udany pomysł na gymy (zanim na którymś zawalczymy, musimy wykonać zadanie, na ogół ciekawsze niż samo starcie).

 Pokémon Scarlet i Violet
Pokémon Scarlet i Violet

Dodam za to, że świetną nowością są automatyczne walki (jeszcze szybsze niż to, co zwykle kryje się pod tym pojęciem), które upraszczają grind. Fajnie też, że nie trzeba już prawie w ogóle pojedynkować się z trenerami.


Sto kroków w tył

Czy bawiłem się dobrze w Pokémon Scarlet? Bardzo! Mniej więcej tak dobrze jak w Pokémon: Legends Arceus. To w gruncie rzeczy podobne gry, a na każdą przewagę jednej nad drugą przypada coś, w czym ta pierwsza radzi sobie gorzej. Przede wszystkim jednak Scarlet i Violet większy rozmach przypłaciły absolutnym brakiem optymalizacji (a Switch to jedyna platforma, na której się ukazały!), i to on zaważył na końcowej ocenie. I choć nie czuję się w ogóle zaskoczony wysokimi notami w recenzjach, to mnie już ręce opadają i sam się na takową nie zdecyduję.

 Pokémon Scarlet i Violet
Pokémon Scarlet i Violet

Zwłaszcza że nie pokładam też zbyt wielkiej wiary w tym, że wydarzy się teraz to, co w branży stało się niechlubnym nawykiem. Normą jest dziś wydać grę w opłakanym stanie technicznym i naprawić ją po premierze. Niestety The Pokémon Company ma problem z dotrzymywaniem kroku standardom, więc i tutaj zakładałbym raczej najgorsze. Jakieś patche, które może coś tam usuną lub ustabilizują – jasne(***). Ale nie wyobrażam sobie, że Pokémon Scarlet np. zacznie nagle działać w 30 klatkach na sekundę – i załamuję się, iż w ogóle takie zdanie muszę pisać o jakiejkolwiek grze, a tym bardziej z tak bliskiej mi serii.

(***) Pomiędzy napisaniem tego tekstu a jego publikacją ukazał się patch – i coś tam stabilizuje, ale to nawet nie kropla w morzu potrzeb.

 Pokémon Scarlet i Violet
Pokémon Scarlet i Violet

Gdyby Pokémon Scarlet i Violet działały dobrze, gdyby Game Freak dostał więcej czasu i zasobów, końcowa ocena byłaby bardzo wysoka. Ale mam już serdecznie dosyć powtarzania tego „gdyby” przy każdej kolejnej odsłonie.

W Pokémon Scarlet graliśmy na Switchu.

Ocena

Pokémon Scarlet i Violet jakimś cudem są jednocześnie najlepszymi grami w serii i najgorszymi grami w serii. Choć w Paldei da się świetnie bawić, przyznanie tej produkcji wyższej noty byłoby niedźwiedzią przysługą dla wszystkich – wliczając w to Game Freak.

5
Ocena końcowa

Plusy

  • otwarty świat i zbieranie Pokémonów to idealne połączenie
  • projekty nowych stworków dają radę
  • mam shiny Honchkrowa, a wy nie

Minusy

  • tyle błędów, że aż
  • zasługują na dwa oddzielne minusy
  • brak usprawnień typu pomijanie scenek czy sortowanie TM-ów

Redaktor
Dawid „spikain” Bojarski

Redaktor naczelny CD-Action. Zagraj w Unavowed.

Profil
Wpisów3668

Obserwujących33

Dyskusja

  • Dodaj komentarz
  • Najlepsze
  • Najnowsze
  • Najstarsze

Polecane