6
26.07.2022, 13:00Lektura na 12 minut

Symphony of War: The Nephilim Saga – recenzja. Gratka dla fanów strategii turowych

Pierwszego dnia spędziłem przy niej jakieś 16 godzin (a zacząłem o 8:30). Dwie następne doby łącznie to już „tylko” ok. 20 godzin. Grałem tak intensywnie nie dlatego, że ścigały mnie terminy i dedlajny, tylko dlatego, że się wciągnąłem. Całkiem nieźle, jak na debiutancką grę stworzoną w RPG Makerze, w dodatku z grafiką rodem z 16-bitowych konsol, przyznacie?

Od bardzo dawna nie miałem tyle radochy przy jakiejkolwiek podobnej grze. Przypomniały mi się stare czasy, gdy zarywałem noce przy Warlords III na Amidze i pierwszych Heroes of Might and Magic na PC... Ta sama skala emocji, ta sama niemożność wyłączenia komputera i oderwania się od w sumie dość powtarzalnej rozgrywki. Jeszcze tylko ta jedna misja i już kończę – wiecie, o co chodzi. Choć gdybym jednak szukał bliższych podobieństw do już istniejących gier, to wskazałbym raczej na Fire Emblem czy Final Fantasy Tactics (ale w 2D). Wszelako moje pierwsze skojarzenie „o, całkiem jak pierwsze Hirołsy... tylko brzydsze” nie wzięło się znikąd. To są identyczne klimaty oraz rozgrywka.

Symphony of War: The Nephilim Saga
Symphony of War: The Nephilim Saga

Piękna to ty nie jesteś...

Gdy po ok. 35 godzinach grania na spokojnie starałem się poukładać swoje wrażenia i zrozumieć, co w tym tytule, turowej mieszance jRPG ze strategią, tak bardzo przykuło mnie do monitora, wiedziałem od razu jedno: na pewno nie oprawa audiowizualna. Do muzyki zupełnie nic nie mam, jest bardzo fajna, nie wybitna, ale osiągająca takie wyższe stany średnie. Grafika natomiast... no cóż, fani pixel artu, klimatów lat 90. XX wieku, 16-bitowych konsol takich jak SNES zapewne ślinią się już ze szczęścia na widok tych screenów. Ja niekoniecznie. I żeby była jasność – mnie ta estetyka w niczym nie przeszkadza, grafika ma swój specyficzny klimacik. Tyle że malutkie rozpikselowane postacie na mapie niekoniecznie cieszą kogoś, kto od niemal półwiecza ma na nosie coraz grubsze szkła. Nie przepadam też za mangową stylistyką, w jakiej wykonano rozmaite mniej lub bardziej statyczne ekrany wyświetlane podczas konwersacji – hi-resowe scenki z wielkobiuściatymi bez wyjątku heroinami nieco mi się gryzą z tymi pikselkami w czasie właściwej rozgrywki.

Symphony of War: The Nephilim Saga
Symphony of War: The Nephilim Saga

...ani też oryginalna

A może zauroczył mnie świat gry? Trzeba przyznać, że został fajnie pomyślany, bo współistnieje w nim magia oraz technologia rodem z okresu od XVI do XIX wieku (spory rozrzut epok, to prawda). W efekcie możemy szarżować na smoki kirasjerami i ostrzeliwać je z armat. Ma to swój urok. Autorzy zręcznie wybrnęli z pułapki technologicznej, w której broń palna dałaby jednej stronie znaczącą przewagę: jest ona mniej szybkostrzelna, często odznacza się bardziej ograniczonym zasięgiem i gorszą celnością niż choćby kusze, a warunki pogodowe podczas bitwy – np. rzęsista ulewa – mogą nawet całkowicie ją zneutralizować. Dział oblężniczych natomiast nie użyjemy, gdy bronimy się przed atakiem.

Symphony of War: The Nephilim Saga
Symphony of War: The Nephilim Saga

W tym ciekawym świecie wykorzystano jednak dość sztampową geopolityczną intrygę opartą na zamachu stanu i wojnę o sukcesję. Fabuła rozwija się powolutku, a my jesteśmy atakowani „blachami” tekstu (niestety, nie ma tu spolszczenia). No, nie nazwę tego „wciągającym sposobem opowiadania historii”. W sumie wszystko zdaje się przebiegać w dość przewidywalnej kolejności, zwroty akcji też nie zaskakują...


...Hej, zaraz, co tu się...?!

Tak sądziłem do mniej więcej 11. godziny spędzonej przy Symphony of War. A potem... Poczujcie to – ogrywam misję, w której muszę powstrzymać atak znacznie silniejszych sił wroga. Wykorzystując wrodzoną inteligencję i zdolności strategiczne (no, co – mam kłamać?) oraz ukształtowanie terenu i istniejące fortyfikacje, stopniowo wyhamowywałem impet wroga i wykrwawiałem jego jednostki wojną szarpaną. A potem przeszedłem do udanej kontrofensywy. Dobijałem już resztki armii agresora, gdy nagle nadciągnęły jego posiłki. Bardzo, bardzo liczne.

Symphony of War: The Nephilim Saga
Symphony of War: The Nephilim Saga

I co z tego, że jesteś lepszy, sprawniej wyszkolony i świetnie zmotywowany, gdy wróg miażdży cię przewagą liczebną. Ile byś tałatajstwa nie utłukł, wyłazi następne. A do tego liczna wraża artyleria z dystansu rozstrzeliwuje i masakruje twoich najlepszych ludzi (i smoki...). Czego byś nie zrobił, nie jesteś w stanie tego przetrwać. Możesz się tylko cofać. Niewiarygodnie frustrujące uczucie...

Parę tur później zgromadziłem w swoich fortyfikacjach to, co mi jeszcze zostało, zastanawiając się, jakiego „deusa ex machina” użyją zaraz scenarzyści, by wyciągnąć mnie z tej opresji. Bo było oczywiste, że za kilka minut zostanę doszczętnie zmiażdżony. No i doczekałem się czegoś, po czym nieco opadła mi szczęka... I od tego momentu nie mogę już mówić, że fabuła jest sztampowa, zwroty akcji przewidywalne, a gra toczy się w wolnym tempie. Szczegółów rzecz jasna nie zdradzę.

Symphony of War: The Nephilim Saga
Symphony of War: The Nephilim Saga

Ab ovo!

Zabawę rozpoczynamy od raczej nietypowego procesu kreowania swej postaci, bo odpowiadamy na rozmaite pytania mające określić nasz charakter. A potem z marszu zostajemy wrzuceni w sam środek wydarzeń. I nawet specjalnie to nie przeszkadza. Jest w sumie jakiś tutorial i wbudowana instrukcja, a sama gra, choć na początku może wystraszyć masą statystyk, współczynników, parametrów czy liczbą rozmaitych surowców, okazuje się bardzo łatwa do ogarnięcia (tzn. dla kogoś, kto generalnie zna tytuły pokroju HoMM). Owszem, trzeba poświęcić troszkę czasu, aby poczuć się pewnie i nauczyć się poruszać pośród tych informacji. Nie wszystko też jasno wyjaśniono i na pewno nie pomaga tu także niezbyt przyjazny interfejs. Ale dość szybko rozgryziecie mechanikę gry na tyle, żeby dać sobie radę. Zresztą możecie na początek włączyć najniższy poziom trudności i opcję sprawiającą, że wszyscy wasi polegli żołnierze i bohaterowie będą dostępni w kolejnej misji (a w ostateczności nawet cofniecie źle rozegraną turę).

Jak mówiłem, gra przypomina mi zasadami Heroes of Might and Magic. Wędrujemy w turach po mapie, zbieramy znajdźki, przejmujemy rozmaite budowle, kopalnie, miasta itd. Różnica między HoMM a SoW jest taka, że tutaj wszystkie struktury zasadniczo przejmujemy bez walki (poza tymi, które mamy zdobyć, aby ukończyć misję), a do pozyskanych miast nie możemy wchodzić ani ich rozbudowywać. Mikrozarządzanie – rekrutacja jednostek i tworzenie armii, rozwój postaci, rozbudowa trzech różnych drzewek technologicznych – zasadniczo odbywa się na początku misji, zanim ruszymy w drogę. Potem czasem – ale nie za często – natykamy się np. na bazar, gdzie też można przeprowadzić rekrutację i pohandlować.

CZYTAJ DALEJ NA DRUGIEJ STRONIE

Redaktor
Jerzy „Mac Abra” Poprawa

W CDA od numeru 02/1996, a formalnie od 01/1997. Nawet sam już nie bardzo się orientuję, ile razy byłem w tym czasie naczelnym lub jego zastępcą. Od zawsze lubię strategie, a także wszelkie gry, w których fabuła odgrywa rolę pierwszoplanową. Ostatnimi czasy najchętniej grywam – dla własnej przyjemności – w produkcje pokroju XCOM.

Profil
Wpisów10

Obserwujących12

Dyskusja

  • Dodaj komentarz
  • Najlepsze
  • Najnowsze
  • Najstarsze

Polecane