9
4.01.2023, 14:00Lektura na 9 minut

Warhammer 40,000: Darktide – recenzja. Grupowe siekanie heretyków

Tertium, zamieszkała przez około 90 miliardów ludzi metropolia położona na uprzemysłowionej planecie-kopcu Atoma Prime, to miasto skażone najgorszą z możliwych chorób – herezją. A lekarstwo jest tylko jedno. Inkwizycja.


Dawid „DaeL” Biel

Niestety chwilowo Inkwizycja nie dysponuje na Atoma Prime środkami adekwatnymi do zadania oczyszczenia miasta. Ale tam, gdzie jest wola, tam też znajdzie się sposób. I tak oto pojawia się szansa dla wszelkiej maści szumowin. Czyli dla nas. Jako skazańcy otrzymamy ułaskawienie w zamian za wstąpienie w szeregi akolitów, członków dziesiątek drużyn uderzeniowych, które zbadają tajemnice Tertium. Przez „zbadają” mam na myśli „spalą, zniszczą i rozerwą na strzępy zmutowanych mieszkańców metropolii, zdepczą ten heretycki bunt w jego zarodku, a rozważania na temat tego, skąd wzięło się zarzewie rebelii, skąd pochodzą bluźniercze kulty i ohydne mutacje, no i co planują wrogowie Imperium Człowieka, pozostawią mądrzejszym od siebie”.

Zresztą cóż takiego o herezji może wiedzieć szaleńczy zelota, niezbyt mocno stąpający po ziemi psionik, prosty weteran Gwardii czy wreszcie ogryn, przedstawiciel (warunkowo tolerowanych) podludzi? Niezbyt wiele. Dlatego wcielając się w jedną z tych czterech postaci, oddamy się czystej kooperacyjnej rozwałce. Jak w Left 4 Dead, tylko że wiedzeni nie pragnieniem przetrwania, a wolą Boga Imperatora.

Warhammer 40,000: Darktide
Warhammer 40,000: Darktide

Wysławiajmy Go w pieśni!

Zanim opowiemy sobie o strzelaniu i waleniu po łbach, muszę – trochę nietypowo już na samym początku recenzji – wspomnieć o muzyce. Bo mamy tu do czynienia z czymś autentycznie przełomowym. I nie zrozumcie mnie źle – dotychczasowym grom wideo osadzonym w świecie Warhammera 40,000 nie brakowało szczęścia do ścieżek dźwiękowych. Wtop było niewiele, większość trzymała poziom, a kilka z nich – jak soundtracki Space Marine’a, obu części Battlefleet Gothic: Armada czy staruteńkiego Final Liberation – poleciłbym do słuchania nawet osobom, które nigdy nie poznały światła Imperatora i nie interesują się WH40K.

Ale to, co Jesper Kyd (kompozytor soundtracków m.in. do serii Borderlands czy Assassin’s Creed) zrobił ze ścieżką dźwiękową do Darktide’a, stanowi klasę samą dla siebie. Czegoż tu nie ma? Jest i chór, i sekcja dęta, i organy piszczałkowe wyniesione chyba z jakiegoś kościoła, i bębny wciskające w fotel, i instrumenty elektroniczne, a wszystko połączone z takim kunsztem, tak rewelacyjnie podkreślające najbardziej emocjonujące momenty rozgrywki, że aż człowiekowi dech zapiera. Nie było jak dotąd muzyki, która tak doskonale oddawałaby eklektyczny charakter uniwersum Warhammera 40,000. Zresztą przesłuchajcie sobie sami – przykładowo – utwór „Imperial Advance” i powiedzcie, czy aż się wam nogi nie rwą do tańca na chwałę Imperatora. Ja dodam tylko tyle, że gdyby przyszło mi osądzać samą ścieżkę dźwiękową, to bez wahania uznałbym Darktide’a za grę roku.

Warhammer 40,000: Darktide
Warhammer 40,000: Darktide

Patrzcie pielgrzymi, oto Jego światło!

Pod względem grafiki Darktide urzeka niewiele mniej. Architektura Tertium jest niesamowita, a rozmiary metropolii pozwalają rozgrywać misje w różnych strefach klimatycznych. Odwiedzimy skąpane w deszczu dzielnice przemysłowe, podziemne miasta w kanałach, ogromne świątynie, a nawet osiedla pustynne. I każdy z tych obszarów wygląda niesamowicie.

Jeszcze większe wrażenie zrobiła na mnie jakość animacji hord heretyków, zwłaszcza kiedy naszą dzielną czwórkę wojowników zalewa fala złożona z setek zniekształconych, zmutowanych istot. Nie żebym miał szczególnie dużo czasu na podziwianie tego zjawiska, ale w sposobie poruszania się pędzącego tłumu, w tym, jak poszczególne jednostki pokonują przeszkody terenowe albo wspinają się po ścianach, zobaczyłem coś przerażająco realistycznego.

Warhammer 40,000: Darktide
Warhammer 40,000: Darktide

Wiele ciepłych słów można byłoby wygłosić na temat świetnej jakości tekstur i bogactwa detali, przez które aż chciałoby się rzucić na chwilę pogoń za herezją i po prostu poprzyglądać się imperialnej maszynerii czy zdobieniom na ścianach. Ale choć wygląda to ślicznie, to uwidacznia też pierwszą rysę na znakomitej oprawie. Przeskakiwanie poziomu detali w miarę oddalania się i zbliżania do tekstur bywa rażące nawet na najwyższych ustawieniach graficznych. Wprawdzie w trakcie misji raczej się na to uwagi nie zwróci, ale między wyprawami, na pokładzie inkwizycyjnego okrętu – owszem. Z kolei ray tracing, który świetnie wyglądającą grę czyni jeszcze piękniejszą, okazuje się bardzo wymagający. Na moim sprzęcie (RTX 3060 Ti) w rozdzielczości 1440p musiałem ustawić jego jakość na niską, bo mocniejsze podkręcenie tego graficznego wodotrysku skutkowało bardzo niestabilną liczbą klatek na sekundę.


Bronią twą będzie zapał, a zbroją pogarda

Ale dość już o technikaliach, dość o wrażeniach zmysłowych, przejdźmy do rzeczy najważniejszej. Jak Darktide wypada na tle innych co-opowych gierek, w których musimy rozprawić się z hordami bezmyślnego tałatajstwa? Otóż całkiem zgrabnie, choć co do tego nie było chyba nigdy wątpliwości. Gra została przecież zbudowana na solidnym fundamencie, jakim jest Vermintide 2. Walka w zwarciu musiała więc wypaść solidnie.

Warhammer 40,000: Darktide
Warhammer 40,000: Darktide

Czasami to bezmyślna młócka, zwłaszcza gdy bronimy przewężenia przed hordami kiepsko opancerzonych wrogów. Wśród fontann juchy i fruwających w powietrzu odciętych kończyn, pomiędzy chmurami dymu, iskrami lecącymi z miecza łańcuchowego i błyskami ognia naszych sojuszników taktyczny ogląd sytuacji będzie raczej ograniczony, choć skłamałbym, mówiąc, że taka rąbanka nie dostarcza satysfakcji. Ja w tym znalazłem sporo frajdy, wszelako znacznie częściej, szczególnie na czwartym i piątym poziomie trudności, walka w zwarciu – nawet jeśli wcielamy się w przeuroczego i blisko trzymetrowego ogryna – ma w sobie coś z tańca. Trzeba uskakiwać, blokować, odpychać, korzystać z umiejętności specjalnych i rąbać po łbach, zanim przeciwnik złapie oddech i sam zdoła zamachnąć się trzymanym w plugawych łapskach ustrojstwem.

Warhammer 40,000: Darktide
Warhammer 40,000: Darktide

Jako FPS gra wypada równie dobrze, a choć wybór broni raczej nie powala (tzn. mamy raptem kilka typów pukawek, a ich coraz to lepsze modele różnią się w zasadzie tylko kilkoma statystykami), satysfakcja ze strzelania jest spora. Zwłaszcza gdy po raz pierwszy dorwiemy boltguna, czyli mniejszego kuzyna bolterów używanych przez kosmicznych marines. Ikoniczną spluwę Darktide przedstawił lepiej niż jakakolwiek inna gra wideo spod znaku WH40K. Nareszcie możemy poczuć, że każdy pocisk eksploduje w zetknięciu z tkanką wroga, dosłownie rozrywając ciała przeciwników na strzępy. Ale żeby nie było za łatwo, im potężniejsza broń palna, tym większe problemy z jej obsługą. Wspomnianego boltguna nie uruchomimy zaraz po schowaniu broni białej, bo najpierw trzeba go odbezpieczyć. Niby trwa to mniej niż dwie sekundy, ale w środku strzelaniny to niekiedy wieczność. A oręż przecież zmieniać trzeba, bo choć na papierze weteran i psionik specjalizują się w walce dystansowej, a zelota i ogryn w młócce z bliska, to okoliczności będą nas czasem zmuszać do przejmowania obu ról.

Warhammer 40,000: Darktide
Warhammer 40,000: Darktide

Niech będą błogosławieni bezlitośni

Jeśli dodam do tego, iż misje zostały znakomicie „wyreżyserowane”, ze świetnie przemyślanymi, emocjonującymi fragmentami, gdy nasza wesoła czwórka musi rozpaczliwie bronić się przed nacierającymi hordami albo wręcz uciekać na złamanie karku, to pewnie pomyślicie sobie, że byłbym gotów wystawić grze dychę albo przynajmniej dziewiątkę, przybić pieczątkę z oficjalnym imprimatur Inkwizycji i CD-Action, a na koniec zaapelować do wszystkich, by nie czekali ani minuty dłużej, tylko ruszyli nabyć to cudo.

No i może tak by właśnie się stało, gdyby studio Fatshark dało nam do ręki całą grę, a nie jej wersję z wczesnego dostępu. Bo chciałbym postawić sprawę jasno – na tę chwilę miejsce Darktide’a to early access. Gra jest po prostu niekompletna. Weźmy chociażby kwestię fabuły. Twórcy chwalili się, iż za scenariusz odpowiada Dan Abnett. I słusznie się chwalili, to moim zdaniem najlepszy spośród pisarzy wydających powieści z uniwersum WH40K. Jego znakomite pióro wyraźnie czuć w przekomarzaniu się naszych bohaterów w trakcie misji. Na poważnie, to chyba pierwszy przypadek, gdy nie czułem potrzeby grania w co-opowego FPS-a wyłącznie ze znajomymi i za pomocą komunikacji głosowej. Dialogi, które zaserwowała gra, były po prostu tak dobre, że nie chciało się już słuchać ględzenia żywych ludzi. No, ale to tyle, jeśli idzie o wkład Abnetta, bo fabuła tzw. kampanii, kończącej się po osiągnięciu przez gracza 30. poziomu, jest szczątkowa i sprawia wrażenie prologu prawdziwej opowieści.

Warhammer 40,000: Darktide
Warhammer 40,000: Darktide

I nie tylko w tym miejscu widać jak na dłoni wyciętą treść. Wystarczy przyjrzeć się czterem archetypom postaci, by zauważyć, że tak naprawdę opisują zarówno klasę, jak i podklasę (np. ogryn – rozbijacz czaszek, zelota – kaznodzieja). Stąd uzasadnione jest podejrzenie, że Darktide otrzyma kolejne cztery podklasy. Spojrzenie na arsenał (jak wcześniej wspomniałem, dość ubogi) każe przypuszczać, iż wiele się w nim jeszcze zmieni. Studio Fatshark obiecywało też crafting, którego – jako żywo – w tej chwili w grze nie uświadczymy. A jako że oprócz gry mam też jej oficjalny soundtrack, nie umknął mi fakt, iż Darktide nie wykorzystał jeszcze wszystkich zawartych na nim kompozycji.

Warhammer 40,000: Darktide
Warhammer 40,000: Darktide

Błogosławiony umysł, który jest zbyt mały, by wątpić

Cóż więc to wszystko znaczy? Jako że developer uczciwie wywiązuje się z obowiązku naprawiania bugów (których – dodajmy – na starcie było sporo), a model monetyzacji DLC okazał się stosunkowo uczciwy (pieniądze wydajemy tylko na przedmioty kosmetyczne), można założyć, że Fatshark, bojąc się łatki wczesnego dostępu, z którego wiele gier nigdy nie wychodzi, wydał grę niekompletną i teraz pracuje nad tym, aby ją poprawić. Człowiek mniej ode mnie dobroduszny mógłby natomiast nabrać przekonania, że ktoś się tu szykuje do skoku na kasę, a za brakujący content trzeba będzie zapłacić. Bez względu na to, która interpretacja jest trafiona, pewne jest jedno – fantastyczna gra na tym ucierpiała. Bo choć bawiłem się nieźle i widzę w Darktidzie ogromny potencjał, to na jego realizację trzeba jeszcze poczekać.

Ocena

Warhammer 40,000: Darktide robi znakomite pierwsze wrażenie. Niestety w miarę upływu czasu wychodzą na jaw drobne niedoróbki, uboga fabuła i brakująca zawartość. To dobra gra, w którą fani Warhammera 40,000 powinni zagrać, ale mogła być produkcją znacznie lepszą.

7+
Ocena końcowa

Plusy

  • niesamowita ścieżka dźwiękowa
  • bardzo dobra oprawa graficzna
  • solidne mechanizmy strzelania i walki bronią białą
  • atmosfera
  • świetnie napisane, zabawne dialogi

Minusy

  • bugi
  • beznadziejny główny wątek fabularny
  • brakująca (choć obiecana) zawartość

Redaktor
Dawid „DaeL” Biel

Wiceprezes Stowarzyszenia Solipsystów Polskich. Zrzęda i maruda. Fan Formuły 1, wielkich strategii Paradoksu i klasycznych FPS-ów. Komputerowiec. Uważa, że postęp technologiczny mógł spokojnie zatrzymać się po stworzeniu Amigi 1200 i nikomu by się z tego powodu krzywda nie stała. Zna łacinę, ale jej nie używa, bo zawsze kończy się to przypadkowym przyzwaniem demonów. Dużo czyta, ale zazwyczaj podczas czytania odpływa w sen na jawie i gubi wątek książki. Uwielbia Kubricka, Lyncha, Lovecrafta, Houellebecqa i Junji Ito. Przeciwnik istnienia deadline'ów na nadsyłanie tekstów. Na stałe w CD-Action od 2018 roku. Kiedyś tę notkę rozszerzy, na razie pisze pod presją Barnaby.

Profil
Wpisów55

Obserwujących15

Dyskusja

  • Dodaj komentarz
  • Najlepsze
  • Najnowsze
  • Najstarsze

Polecane