11
2.03.2023, 11:00Lektura na 9 minut

Wo Long: Fallen Dynasty – recenzja. „Chińskie” Soulsy dały radę

Możecie mi nie wierzyć, ale jakoś mimowolnie bałem się dnia, w którym naczelni zapytają, czy nie chciałbym zrecenzować Wo Longa.


Krzysztof „Otton” Kempski

Wszystko dlatego, że na początku roku bez chwili zawahania zgłosiłem się na ochotnika do zdania wam raportu z zawierającej pierwsze dwa rozdziały zamkniętej bety. Było to dla mnie przeżycie w pewnym sensie traumatyczne, bo poziom trudności zaserwowanego wtedy fragmentu Wo Longa przypomniał mi o długich godzinach bezradności przy niektórych starciach w Sekiro. Skoro zaś raz pokazałem, że lubię czasem pocierpieć…

Problem w tym, że choć produkcje tego typu bardzo sobie cenię, do grania pod presją czasu bez wątpienia średnio się one nadają. Szybko jednak okazało się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują, a Wo Long nie jest wbrew pozorom aż tak trudny i naprawdę da się lubić.

Wo Long: Fallen Dynasty
Wo Long: Fallen Dynasty

Najprostsze sztuczki

Za tymi „chińskimi Soulsami” stoi nie kto inny jak Team Ninja, znane m.in. z Nioh czy też średnio udanego Stranger of Paradise, o którym miałem okazję pisać przed rokiem. W Wo Longu widać echa obu tych gier. Z drugiego tytułu pożyczono całkiem podobną konstrukcję map, typy towarzyszy czy nawet styl prowadzenia narracji. Duch Nioh ujawnia się natomiast czasami w skali stawianych przed graczem wyzwań.

Szczerze powiedziawszy, mam nieodparte wrażenie, że ta najcięższa przeprawa czeka na samym początku, jeszcze nim odblokujemy pierwszego Divine Beast (potężne demony, które przyzywamy do pomocy) czy usprawnimy nieco broń u kowala. A później? Wielu bossów da się nagle ubić za drugim, trzecim podejściem i ogółem przez blisko 30 godzin nie spotykamy już zbyt wielu przeciwników mocno przywołujących wspomnienia z nader wymagającej wersji beta.

Wo Long: Fallen Dynasty
Wo Long: Fallen Dynasty

Krzywousty nie był pierwszy

Zacznijmy jednak od początku, mianowicie roku 184 i wydarzeń prowadzących bezpośrednio do zapoczątkowania Epoki Trzech Królestw, najczęściej chyba poruszanego motywu w grach o Chinach. Produkcja Team Ninja opowiada o tzw. powstaniu Żółtych Turbanów, które niejako zakończyło rządy dynastii Han i rozpoczęło proces rozbicia dzielnicowego.

Twórcy nie trzymają się jednak historii bardzo kurczowo, w ich opowieści narastający w Państwie Środka chaos jest bowiem dobrą okazją dla demonów, by opanować świat. Gracz zaś, jako samotny wybawca, próbuje zebrać kraj do kupy i pomóc wypracować jakiś porządek. Skutkiem tego naprzemiennie potykamy się z powstańcami i demonami, z biegiem czasu coraz mocniej wątpiąc w to, kogo faktycznie zaliczyć możemy do siły nieczystej.

Wo Long: Fallen Dynasty
Wo Long: Fallen Dynasty

Nie jest to najwybitniejsza narracja w gatunku soulslike’ów, a jej bohaterowie (również stanowiący mieszankę fikcji i faktów) okazują się maksymalnie sztampowi, tym niemniej z uwagi na historyczne tło da się ją śledzić z pewną przyjemnością. Twórcy musieli oprzeć Wo Longa w dużej mierze na fabule zwłaszcza z tego względu, że nie oferuje on otwartego świata, a kolejne lokacje nie są ze sobą w żaden sposób połączone (jak np. w grach FromSoftware). Z jednej strony pozwala to na większą różnorodność, z drugiej zaś sprawia, że jakiś skrót doprowadzi was co najwyżej w miejsce, które odwiedziliście pięć minut wcześniej. Różnie można na to patrzeć, ale moim zdaniem w 2023 roku są to założenia nieco już przestarzałe.


Metal Gear Sekiro

Nieco mocniej pokombinowano natomiast przy walce, która jest… dość specyficzna. Mam wrażenie, że nagłe przełamanie, jakie nastąpiło w moich relacjach z grą, wiąże się też z przywyknięciem do jej niuansów. Przykładowo tego, że w trakcie starć z bossami nie warto właściwie zawracać sobie głowy unikami i powolnym dzióbaniem wrogów. Gdy przestałem bawić się w półśrodki, stawiając niemal wyłącznie na kontry i ogłuszanie, wtedy zaczęło się dziać.

Wo Long: Fallen Dynasty
Wo Long: Fallen Dynasty

Poszukując w głowie odpowiedniej szufladki na opisanie wspomnianych już kontr, mam na końcu języka porównanie z Metal Gear Rising. Głównie w takim sensie, że idealnie zastosowany unik często wiąże się automatycznie z potężną kontrą kasującą HP dużo wydajniej niż klepanie wroga kilka minut po kostkach. Każdy atak, który możemy w taki sposób „odbić” unikiem, sygnalizuje nam czerwona kropka. Odpowiedni timing sprawia, że np. łapiemy poczwarę za wycelowaną w nas kończynę i szybkim ruchem wywalamy na glebę. Porównanie do gry Platinum nie do końca chce mi przejść przez gardło o tyle, że jednak tutaj mamy do tego osobny klawisz (tam atak i blok były właściwie tym samym). Ogólna idea jest jednak bardzo podobna.


Szybko, coraz szybciej

Znalazła się w tym wszystkim też szczypta Sekiro, która wyraża się brakiem staminy oraz obecnością krwawych finisherów, jakie zastosować możemy po oszołomieniu bossa. Skutki są w sumie takie same, co wspomnianych idealnych uników z poprzedniego akapitu, z tym że w tym przypadku musimy naładować określony status ciosami specjalnymi (każda broń ma ich po dwa). Wtedy zaś, gdy już na cielsku bossa pojawi się odpowiednia kropka, mamy chwilę, by jednym atakiem ponownie przybliżyć go do kopnięcia w kalendarz. Co warto odnotować, w naładowaniu wspomnianych statusów pomogą nam też wspierający nas czasami towarzysze sterowani przez AI. Zaskoczyło mnie to, jak skuteczni bywają. Całej walki za nas jednak nie odwalą, bo pozostawieni sam na sam z bossami już po chwili wymagają podania mikstury.

Wo Long: Fallen Dynasty
Wo Long: Fallen Dynasty

Obie te sztuczki, uzupełnione jeszcze o wspomniane już Divine Beasts, stanowią najpotężniejsze ataki w grze. Produkcja oferuje łącznie pięć powiązanych z różnymi żywiołami demonów, które możemy na krótszą bądź dłuższą chwilę przywołać na plac boju. Twórcy zdawali sobie jednak sprawę, jak potężna to broń, dlatego użycie Divine Beasts wiąże się z dość długim cooldownem. Osobiście zawsze zostawiałem sobie tę możliwość na koniec, bo będący na skraju wytrzymałości bossowie lubią wpadać w naprawdę groźny tryb furii, podczas którego każde zwarcie z nimi staje się dużo bardziej ryzykowne. Wymienione dobrodziejstwa to w zasadzie wszystko, co będzie wam potrzebne, by powalić każdego bossa.

CZYTAJ DALEJ NA KOLEJNEJ STRONIE


Czytaj dalej

Redaktor
Krzysztof „Otton” Kempski

Gracz, redaktor, inżynier i podróżnik w jednym. Lubię gry, które po prostu sprawiają przyjemność i nie silą się na udowadnianie, że są sztuką.

Profil
Wpisów50

Obserwujących7

Dyskusja

  • Dodaj komentarz
  • Najlepsze
  • Najnowsze
  • Najstarsze