48
12.07.2011, 09:35Lektura na 8 minut

"Wybuchające Beczki - Zrozumieć gry wideo" - recenzja

"Wybuchające Beczki" to pozycja wyjątkowa na polskim rynku wydawniczym - pierwsza książka, która w tak zdecydowany sposób promuje "znanie się na grach". Czy Krzysztof Gonciarz, znany dziennikarz od lat zajmujący się tą tematyką, dobrze poradził sobie z wyzwaniem sprawdza nie mniej znający się – Berlin.


Berlin

Książką Krzyśka Gonciarza zainteresowałem się stosunkowo niedawno, a i nie miałem wcześniej pojęcia, że w ogóle powstaje. Z wielu powodów nie śledzę polskiej „sceny dziennikarstwa growego”, z których wymienić wystarczy jeden kluczowy: jest za mało ambitna. Książka Gonciarza, „Wybuchające Beczki – Zrozumieć gry wideo”, przykuła moją uwagę głównie dlatego, że – w zapowiedziach przynajmniej – wydawała się z tym smutnym polskim schematem pisania o grach zrywać. Autor obiecywał, że coś dla siebie znajdzie w niej każdy, a ulegając nakręcającemu się „hype'owi” można by nawet uwierzyć, że będzie to dzieło przełomowe – manifest autora, który o branży ma pojęcie, a którego misją jest sprawienie, by gracze zaczęli rozumieć swoje hobby lepiej. Żeby „znali się na grach”.

Trzeba przyznać, że to szczytny i ambitny cel, bo przecież na graczach, którzy „się znają” zyskałby każdy. Dosyć samolubnie mogę powiedzieć, że skorzystałby na tym przede wszystkim recenzent, którego ręce w końcu przestałyby związywać niejasne kategorie oceniania „czy gra jest dobra” w kilkustopniowej skali, która wygląda ładnie tylko w Metacritic.

Cegiełką w murze, którą zostawił Krzysiek„Wybuchające Beczki”. Książka, która zawiera około 170 stron treści i kilkanaście dodatkowych wypełnionych bonusami pokroju małego leksykonu gier z wypunktowanymi ciekawymi mechanizmami. Prawdę mówiąc – już w tym miejscu można się przyczepić, bo przeskakując z tematu na temat w 170 stronach zamknąć się żadnej konkretnej wiedzy nie da, a i Krzyśkowi to niespecjalnie wyszło. Rozbił bowiem swoją książkę na dwie części, z czego jedną poświęcił „treści” gier, drugą samej rozgrywce i zbudował ją na serii krótkich esejów-felietonów poświęconych różnym aspektom przeróżnych produkcji. Żadnego tekstu nie rozwinął jednak na tyle, by po przeczytaniu dało się powiedzieć: „Tak, teraz rzeczywiście rozumiem to lepiej”.

Przynajmniej patrząc na to z mojej perspektywy – w pewien sposób przecież zastanawianie się nad tym, jak gry są zbudowane i jak oddziałują na graczy należy do moich obowiązków.

„Wybuchające Beczki” to kilkanaście krótkich rozdziałów, w których autor mierzy się z różnymi aspektami gier. Czasami wspomina o tym, że niekoniecznie potrzebujemy prowadzonej liniowo fabuły do cieszenia się zabawą, czasami opowiada o tym, jak sam level design jest w stanie prowadzić ciekawą narrację. Czasami wspomina o przypadkowych elementach, które sprawiły, ze grę zapamiętaliśmy, czasami o tym, że pamiętne sceny zostały z premedytacją tu i ówdzie wpakowane. Niestety z tych wszystkich rozdziałów, chociaż ładnie się prezentują, niewiele wynika – są raczej prześlizgującymi się przez główny temat wyliczankami, które niczyim światem raczej nie zatrzęsą.

W „Beczkach” brakuje konkluzji, brakuje analizy i refleksji. Po przeczytaniu książki mam raczej wrażenie, że czytałem cały czas wstęp do prawdziwej treści, którą autor chce się ze mną podzielić. Preludium do naprawdę interesujących spostrzeżeń, które mogłyby sprawić, że zacznę znać się na grach bardziej. Tymczasem odświeżyłem sobie po prostu wiele tytułów, a i przypomniałem dlaczego zrobiły na mnie wrażenie. Krzysiek wypisał elementy, które sprawiają, że o grach się pamięta, ale nie poświęcił im wystarczająco dużo miejsca, by rzeczywiście zanalizować co te elementy do gier w ogóle wniosły. Czy zmieniły branżę, kto je skopiował, dlaczego, jak wpływały na graczy, kiedy jeszcze były przełomowe, i tak dalej – tego niestety w „Beczkach” nie ma.

Mówiąc prościej: grałem w Braid i wiem, że ta produkcja opiera się na manipulacji czasem. Ciężko jest tego przecież nie zauważyć, więc czy nie można było pójść dalej wspominając o niej w książce? Opowiedzieć o tym, jak Blow rozwiązał problem „właściwego zakończenia”, albo chociaż w jaki sposób rozmieszczono teoretycznie niemożliwe do zdobycia gwiazdy z konstelacji i jak gracze je w końcu odkryli? Oczywiście, że można było, ale niestety czytając „Beczki” można też odnieść wrażenie, że autor rozpisał sobie kilkanaście interesujących aspektów gier – w tym np. cutscenki, czy achievementy – i napisał o nich po kilka zdań podając przykłady różnych ich zastosowań. Teoretycznie może to spełniać funkcję wprowadzenia do tematu, progu od którego można się odbić dalej, jednak na pewno nie jest w stanie przekazać osobom z analitycznym umysłem czegokolwiek więcej, niż już wiedzą. W „Beczkach” nie ma bowiem niczego, co mogłoby zaskoczyć osobę, która patrząc na grę jest w stanie powiedzieć dokładnie „co i dlaczego” było w niej wspaniałe, a co koszmarne. Wystarczy przecież usiąść spokojnie i chwilę się zastanowić – nie trzeba od razu czytać książek.

Niemniej jednak nawet jeżeli „Beczki” niekoniecznie można określić jako lekturę przełomową dla wielu odbiorców, istnieje grupa graczy, która zapoznać się z tym tekstem powinna. Jest to niestety ta grupa, która na grach „znać się” nie chce, a i nie bardzo interesuje ją cokolwiek poza końcową oceną wystawioną przez recenzenta i ewentualnie pyskówką, która na tej podstawie może się wywiązać. Są to gracze bezmyślni, którzy nie mają zamiaru dowiedzieć się „dlaczego 7/10” z treści recenzji, a zamiast tego wolą skrót w formie plusów i minusów, z którym będą się spierać. Są to gracze, którzy nie analizują – dla nich „Beczki” powinny być lekturą obowiązkową. Powinni znać tę książkę na pamięć i zrozumieć, że jednak w tym rozrywkowym medium jest coś do przemyślenia. Jest coś, czemu warto poświęcić trochę czasu i że nie zawsze „mi grało się dobrze” jest ostatecznym argumentem. Oni rzeczywiście mogą na lekturze skorzystać.

Inni gracze – ci, którzy myślą o grach, ale nie analizują, bo nie widzą w tym sensu – też mogą z czystej ciekawości spojrzeć na „Beczki”. Jest to tekst na tyle spójny i dobrze napisany, że z przyjemnością da się spędzić przy nim ten jeden, czy dwa wieczory. Mimo wszystko jest też całkiem odważny, bo dotyka problemów, których w recenzjach raczej się nie porusza – dlatego, że czytelnicy z reguły chcą czegoś innego. Promowane przez autora „znanie się na grach” mogłoby tę sytuację zmienić – mogłoby sprawić, że nawet robota dziennikarza, niekoniecznie od razu krytyka, stałaby się łatwiejsza i to właśnie dlatego, że czytelnik chciałby wiedzieć więcej.

Krzysiek nie kierował się też typowym dla mediów faworyzowaniem tego i tamtego, by lizać po tym i tamtym tych i tamtych – potrafił przyznać nawet z pełną powagą, że Mario na Wii może skopać tyłek niejednego „hardkorowca”, za to oczywiście wielki plus. „Beczki” to chyba pierwszy tekst w Polsce, który wszystkie istniejące konsole potraktował jako jedną rodzinę, zamiast dzielić je na równych i równiejszych z jakichś niejasnych powodów i według niekoniecznie adekwatnych kryteriów.

Niestety nie jest to jednak książka na tyle uniwersalna, by dało się ją polecić każdemu. Ludzie bez podstaw raczej nie mają w niej czego szukać, bo pogubią się od razu. Krzysiek nie przejmuje się tłumaczeniem oczywistych dla graczy terminów, ewentualnie w jednym zdaniu podsumowuje o co chodzi np. w QTE, a przez resztę tekstu wierzy czytelnikowi, że ten rozumie, lub pamięta.

„Beczki” nie nadają się dla ludzi, których kontakt z grami opiera się tylko na komórkowym Angry Birds, ale też niestety nie wnoszą wystarczająco wiele do dyskusji o grach, by były w stanie bardziej zainteresować siedzącego w tym od dawna gracza/dziennikarza. Prawda: dyskusja o grach w naszym kraju nie istnieje i dlatego „Beczki” są czymś, co warto mieć i przeczytać, ale raczej jako ciekawostkę, w której ktoś po raz pierwszy „mówi to, co wszyscy wiemy, ale czego nie powiedzieliśmy, bo nie było okazji”. To jest dobre, ale nie wiem czy wystarczające.

Na pewno to nie wystarczy, kiedy mówimy o „znaniu się na grach”. „Wybuchające Beczki” są pierwszym, bardzo dobrym krokiem w tę stronę, ale nie są krokiem odważnym. Są bardzo zachowawcze i mam wrażenie, że nawet tam, gdzie można było „popłynąć” autor wycofał się w strachu, że zanudzi czytelnika. Że nie trafi w sedno, czy też po prostu nikt nie zrozumie bez dłuższego tłumaczenia.

Mam więc wrażenie, że „Beczki” są świetną ciekawostką. Pierwszym pytaniem, które każdy powinien sobie jednak zadać jest: „Czy zdarza mi się RZECZYWIŚCIE POMYŚLEĆ nad tym, w co gram. Zanalizować jakiś problem i zastanowić się DLACZEGO coś mi odpowiada, a dlaczego nie”. Jeżeli odpowiedź jest twierdząca i wiecie dlaczego achievement za granie jedną postacią w grze, która pozwala je co rundę zmieniać jest absurdalny – raczej nie macie czego w „Beczkach” szukać. Jeżeli przyznaliście się sobie, że raczej nie jesteście analizą zainteresowani – możecie kupić tę książkę, bo autor odwalił całą robotę za was. Możliwe też, że po lekturze zaczniecie się tym interesować, ale to już nie mnie oceniać.

Odkładam więc „Beczki” na półkę i czekam, aż Krzysiek Gonciarz z całą swoją wiedzą weźmie się za sequel, który obowiązkowo musi nazwać „Beczki: Reloaded”. Sequel, w którym rzeczywiście zademonstruje "znanie się na grach", czy też cokolwiek więcej, niż wyliczankę i porozstawiane tu i ówdzie drogowskazy dla początkujących.

Redaktor
Berlin

Everybody wants to be a Master — everybody wants to show their skill. Everybody wants to get there faster, make their way to the top of the hill. Each time you try you're gonna get just a little bit better. Each day we climb one more step up the ladder. It's a whole new world we live in — it's a whole new way to see. It's a whole new place, with a brand new attitude. But you've still gotta catch 'em all... And be the best that you can be!

Profil
Wpisów1396

Obserwujących8

Dyskusja

  • Dodaj komentarz
  • Najlepsze
  • Najnowsze
  • Najstarsze