George R.R. Martin przed „Grą o tron” i duchowy krewny „Blade Runnera”. Oto 2 opowiadania science fiction, które warto znać
George R.R. Martin – „Piaseczniki” („Sandkings”), 1979
Gdzie przeczytać: „Fantastyka” 07/1986; antologia „Arcydzieła”; zbiór opowiadań Martina „Retrospektywa”, tom II; zbiór opowiadań Martina „Piaseczniki”.

Dla was Martin to pewnie głównie autor słynnej i ciągle nieukończonej sagi fantasy, a przecież gość ma na koncie sporo innych książek i wartych uwagi opowiadań w nieco odmiennej konwencji. Jednym z najsłynniejszych, łączących science fiction z horrorem, są właśnie „Piaseczniki”.
Ich akcja toczy się w nieokreślonej przyszłości. Simon Kress to bogaty, znudzony i w sumie dość sadystyczny kolekcjoner egzotycznych, niebezpiecznych zwierząt. Mieszka na planecie Baldur w wielkiej, odosobnionej rezydencji na pustynnym wzgórzu. Uwielbia urządzać pokazowe kolacje dla zaproszonych gości, na których karmi swoich drapieżnych pupili żywymi zwierzętami na oczach zszokowanych widzów – w sumie to jego główna rozrywka. Po długiej podróży służbowej wraca do domu i odkrywa, że większość jego kolekcji trafił szlag. Po prostu zapomniał zadbać o swoje zwierzęta i te powyżerały się nawzajem, a niedobitki zdechły z głodu. Kress szuka więc nowych, wyjątkowo ciekawych okazów do swojej menażerii.
W końcu natrafia na kogoś, kto prezentuje mu terrarium z czterema koloniami piaseczników – małych, insektopodobnych stworzeń, z grubsza przypominających termity i pochodzących z nieznanej planety. Piaseczniki są, tak jak wspomniane termity, inteligentne na poziomie zbiorowym – tyle że dużo bardziej niż ziemskie owady. Między innymi budują „zamki” z piasku, toczą ze sobą wojny, zawierają sojusze i – co najważniejsze – rzeźbią twarz „boga” (czyli właściciela terrarium) na ścianach swych budowli. Kress kupuje wszystkie cztery kolonie. Sprzedawca informuje go, że należy przestrzegać pewnych zasad:
- nie głodzić ich za bardzo,
- nie doprowadzać do całkowitego zwycięstwa jednej kolonii,
- nie niszczyć zamków,
- nie lekceważyć inteligencji tych stworzeń.
Kress na początku traktuje piaseczniki jak żywą zabawkę: rzuca im jedzenie i patrzy, jak o nie walczą, do tego celowo skąpiąc im pożywienia, żeby wojny były bardziej zacięte. W końcu zaczyna torturować swoich podopiecznych, wykorzystując do tego wodę, ogień, prąd i rozmaite pasożyty… Piaseczniki w reakcji na owe zagrożenia bardzo szybko się rozwijają. Stają się coraz większe i inteligentniejsze, a także coraz liczniejsze, zaś ich „zamki” coraz bardziej wyrafinowane. Kress zauważa, że jego twarz, którą uparcie rzeźbią, robi się coraz bardziej demoniczna. Zaczyna mieć nieprzyjemne sny i wrażenie, że piaseczniki go obserwują i oceniają. W przypływie szału niszczy większość zamków i zabija setki tych stworzeń. I w tym momencie one wypowiadają mu wojnę… Co wydarzy dalej, to już sobie doczytajcie. W każdym razie nie bez powodu to długie opowiadanie zgarnęło w 1980 roku większość prestiżowych nagród za najlepszą nowelę SF (Nebula, Locus, Hugo).
Walter M. Miller, Jr – „Warunkowi ludzie” („Conditionally Human”) , 1952
Gdzie przeczytać: pierwotna wersja tego opowiadania została przetłumaczona na polski w ramach Projektu Gutenberg i legalnie jest dostępna tutaj: https://archive.org/details/WarunkowiLudzie. Wchodzi ono też w skład polskiej antologii „Galaxy vol. 1”*.

To jedna z tych historii, które pokazują, że naprawdę dobre SF, niezależnie jak wiekowe, nigdy się nie starzeje. Bo nawet dziś, gdyby tylko leciutko wyretuszować pewne anachronizmy technologiczne (np. roboty programowane taśmami), nowela ta śmiało mogłaby trafić do antologii „The best of 2026”. To jedno z najwcześniejszych i najbardziej przejmujących opowiadań o bioinżynierii, eugenice, statusie prawnym „prawie-ludzi” i traktowaniu istot inteligentnych jak własności. I powiem wam, że gdybym czytał je „w ciemno”, nie znając autora, dałbym sobie rękę uciąć, że napisał je Philip K. Dick, tak mocno zalatuje mi „Blade Runnerem”.
XXIII wiek. Ziemia jest przeludniona. Polityka kontroli urodzeń okazuje się bezwzględna: tylko ludzie klasy A i B (zero wad genetycznych etc.) mogą mieć dzieci. (Po urodzeniu jednego obowiązkowa sterylizacja rodziców). Pozostałe klasy, czyli większość ludzkości, nie mogą się rozmnażać. Miliony kobiet i mężczyzn cierpią na głęboką frustrację z tego powodu. Władze i korporacje biotechnologiczne wprowadzają więc neutroidy – genetycznie zmodyfikowane zwierzęta, które mają tym ludziom zastąpić potomstwo; ot, zamiast dziecka… psiecko. Są to bowiem zwykle psy lub koty; tyle że dość groteskowe, mają bowiem np. nieproporcjonalnie duże głowy (aby pomieścić mózg zapewniający im inteligencję na poziomie maksymalnie dwuletniego dziecka). Owe stworzenia potrafią nawet posługiwać się ludzkim językiem, acz z uwagi na ich niewysokie IQ i nieodpowiednią budowę narządów mowy jest to dość szczątkowa komunikacja.
Najwyższą formą neutroidów są szympansy, które inteligencją dorównują mniej więcej trzy- czy czterolatkom. Stworzenia te zaprogramowano na bezwarunkową miłość, posłuszeństwo i przywiązanie do właścicieli. Neutroidy podlegają ścisłej kontroli państwa; jeśli jakiś zaczyna wykazywać oznaki dojrzewania intelektualnego, seksualnego lub samodzielności ponad ustalony limit – musi być natychmiast uśpiony. W tym celu poddawane są regularnym kontrolom przez specjalnych inspektorów – jeden z nich jest bohaterem opowiadania. To człowiek klasy A, ale jego dziecko zmarło w niemowlęctwie.Oprócz przeprowadzania inspekcji Terry poluje też na nielegalne neutroidy, stworzone poza państwowymi laboratoriami. (Troszkę przypomina pod tym względem bohatera „Blade Runnera” tropiącego replikantów, czyż nie? Wykryte „nielegale” są bezwzględnie eksterminowane). Jego żona – w ciężkiej depresji po śmierci synka – nienawidzi pracy Terry’ego. Ich małżeństwo jest bliskie rozpadu.
Terry odkrywa jednego z takich „nielegali” u pewnego starego wdowca. Do tego stworzenie jest znacznie inteligentniejsze niż typowy neutroid. Zachowuje się jak, powiedzmy, ludzki sześcio- czy ośmiolatek. Zaskoczony tym Terry zabiera je do domu celem poddania badaniom przed uśpieniem. Anne natychmiast się w nim zakochuje i traktuje jak swoje dziecko. Terry odwleka jak może eutanazję stworzenia, ale jego szef dowiaduje się o tym i poleca mu natychmiastową likwidację neutroida. Co dalej? Nie zdradzę, oczywiście. Powiem tylko, że jest to tekst, który daje do myślenia i niełatwo go potem wyrzucić z głowy.
PS W latach 80. Miller znacznie rozbudował oryginalną nowelę i dość mocno zmienił jej zakończenie. Jeśli znacie angielski, możecie zapoznać się z tą wersją, sięgając np. po zbiór jego opowiadań „Conditionally Human and Other Stories” z 1982 roku.
[*] We wspomnianej antologii zamieszczono ten tekst w innym tłumaczeniu niż to z Gutenberga – pod tytułem „Warunkowy człowiek”. Ale nie wiem, czy to wersja pierwotna, czy poszerzona, bo nie mam jeszcze tej książki.
