Kosmiczne owady i żółte piguły – oto 2 świetne opowiadania sci-fi z lat 50. [RetroFantastyka]

Kosmiczne owady i żółte piguły – oto 2 świetne opowiadania sci-fi z lat 50. [RetroFantastyka]
Dziś w puli tylko dwa opowiadania, ale oba zdecydowanie warte uwagi, stąd poświęcam im nieco więcej miejsca.

Rog Phillips, „Żółta pigułka” („The Yellow Pill”), 1958

Gdzie można przeczytać: po polsku w antologii „Najlepsze opowiadania science fiction”(*)

Niezbyt długi, ale przewrotny tekst. Akcja zaczyna się w gabinecie psychiatrycznym na Ziemi. Cedric Elton specjalizuje się w leczeniu zaburzeń psychicznych. Jego pacjentem jest Gerald Bocek, którego oskarżono o brutalne morderstwo kilku osób. Policja prosi Eltona o ocenę stanu psychicznego mężczyzny – czy naprawdę oszalał, czy tylko symuluje obłęd, aby uniknąć kary. Protagonista rozpoczyna wywiad, spodziewając się typowego przypadku psychozy lub symulacji.

Ale od samego początku Bocek zachowuje się nietypowo: nie zaprzecza oskarżeniom, lecz twierdzi, że nie zabił ludzi, tylko agresywnych obcych (niebieskoskóre jaszczury z Wenus), którzy zaatakowali ich statek kosmiczny. Według pacjenta oni obaj – tj. on i Elton – są jednymi z niewielu ocalałych na pokładzie frachtowca, a lekarz cierpi na szaleństwo kosmiczne (ang. space madness). To dość powszechne wśród astronautów zaburzenie spowodowane stresem związanym z podróżami międzyplanetarnymi. Elton początkowo traktuje te informacje pobłażliwie. Próbuje racjonalnie przekonać Boceka, że ten ma urojenia. Mężczyzna jednak odrzuca jego argumenty i odwraca sytuację – twierdzi, że to psychiatra „halucynuje” sobie ziemską rzeczywistość, by uciec od nieprzyjemnej prawdy.

W trakcie rozmowy konflikt eskaluje. Każdy z mężczyzn próbuje przekonać drugiego, że ten jest w błędzie: Elton używa wiedzy psychologicznej i logicznych argumentów, podczas gdy Bocek odwołuje się do szczegółów z życia lekarza, których w żaden sposób nie powinien znać. Phillips zręcznie manipuluje perspektywą, sprawiając, że czytelnik nie ma pewności, gdzie leży prawda.

W końcu lekarz decyduje się podać pacjentowi tytułową żółtą pigułkę – silny lek brutalnie przerywający wszelkie urojenia. Bocek zna ów specyfik (to standardowe wyposażenie apteczek statków kosmicznych), ale podejrzewa, że Cedric chce podsunąć mu nie medykament, lecz truciznę. Psychiatra dla świętego spokoju proponuje więc następujący układ: położy dwie takie kapsułki na stole, Bocek sam wybierze jedną, a on wtedy weźmie drugą. I tak też się dzieje. Obaj zażywają żółte pigułki.

Co następuje później? Kto miał rację? Przekonajcie się sami. 🙂

(*) Antologia sama w sobie jest warta lektury.

William Tenn, „W otchłani, wśród umarłych” („Down Among the Dead Men”), 1954

Gdzie można przeczytać: w antologii „W stronę czwartego wymiaru” oraz zbiorze opowiadań Tenna „Wyzwolenie Ziemi”

Tenn to zasadniczo branżowy śmieszek, piszący zwykle krótkie i żartobliwe teksty z często zaskakującą pointą. (W sumie polecam wam całą twórczość tego autora, w Polsce wyszło kilka zbiorów jego opowiadań i jedna powieść). Czasem jednak zapuszcza się w nieco inne rejony, tak jak w tym przypadku. „W otchłani, wśród umarłych” było wielokrotnie „antologizowane” i uznawane za jedno z arcydzieł lat 50. To krótka, lecz dość przejmująca historia o desperackiej, wyniszczającej wojnie z owadopodobnymi najeźdźcami z kosmosu. Generalnie sytuacja jest kiepska; obcy powoli, ale nieustannie spychają ludzi na coraz bliższe Ziemi rubieże obronne.

Problem nie tyle w technologii, co w tym, że kosmici mnożą się szybko jak karaluchy, a ludzie nie… nie ma więc jak uzupełniać ogromnych strat. Aby utrzymać front, wprowadzono radykalne rozwiązanie: wszystkie zdolne do walki kobiety zostały skierowane do masowej produkcji potomstwa. Lecz to też nie wystarcza… Poza tym cała gospodarka Ziemi jest podporządkowana wysiłkowi wojennemu – recyklinguje się dosłownie wszystko (co w beztroskich i dostatnich latach 50. mogło być dla amerykańskiego czytelnika dość szokujące), a więc też i ludzi. Każdy gram ludzkiej protoplazmy (pozyskanej również z ciał poległych) zostaje zebrany, przetworzony i wykorzystany ponownie. Produkuje się z tego nowych żołnierzy. Ci dla uproszczenia procesu powielani są masowo na wzór kilku zmarłych bohaterów wojennych. Także w cichej nadziei, że jeśli się idealnie „skopiuje” ich wygląd, to może awatary będą miały też coś z ich cech charakteru.

Opowiadanie zaczyna się w chwili, gdy główny bohater, dowódca statku będącego z grubsza międzyplanetarnym odpowiednikiem myśliwca przechwytującego (ich misje są tylko odrobinkę mniej samobójcze niż ataki kamikaze), udaje się do centrum uzupełnień, by poznać swą nową ekipę. (Z półsłówek wynika, że jest jedynym ocalałym z poprzedniej załogi; jego statek uległ uszkodzeniu w efekcie pobliskiej eksplozji nuklearnej. Gość skończył z ciężkimi obrażeniami, w tym stracił rękę, którą zrekonstruowano). Tam prezentują mu czterech zrekonstruowanych herosów. W przeciwieństwie do pierwszych, prymitywnych modeli – z uwagi na ich wygląd i zachowanie nazywanych „frankensztajami”, „zombie”, „zlepami” itp. – to już w pełni inteligentni, sprawni, wyszkoleni i gotowi do walki rekruci.

Wiedzą, kim są, a także jak i z czego powstali. Zachowują się uprzejmie, salutują, uśmiechają się do nowego dowódcy, grzecznie odpowiadają na pytania, ale od pierwszego momentu protagonista wyczuwa dziwne napięcie, a w sumie nienawiść i pogardę, wiszące między nim a żołnierzami. Nie zna powodu tego stanu rzeczy, lecz wie jedno – jedyną szansą na przeżycie jest absolutne zgranie ekipy i pełne zaufanie. Skąd ta niechęć i czy uda mu się ją przełamać, sami zobaczycie. Osobiście żałuję, że Tenn nie rozwinął tego tekstu w powieść. Czytałbym!

I tyle na dziś!

Skomentuj