Tu miała być recenzja Crimson Desert, ale czeka mnie jeszcze wiele godzin growej traumy

Tu miała być recenzja Crimson Desert, ale czeka mnie jeszcze wiele godzin growej traumy
Dzisiaj wygasa embargo na publikację recenzji Crimson Desert, jednak pomimo spędzenia z nią 35 godzin wciąż nie pokuszę się o ostateczny werdykt.

Poznaj nasze pozostałe treści dotyczące Crimson Desert:

Omawiana tu produkcja to kolejny po The First Berserker: Khazan i Stellar Blade dowód rosnącego zainteresowania koreańskich developerów wysokobudżetowymi grami singlowymi. Tworzonymi, nie oszukujmy się, głównie z myślą o rynkach zachodnich, bo przecież lokalsi ze względu na zakorzenioną w narodzie kulturę kawiarenek internetowych oraz esportu nadal preferują darmowe sieciówki. W tym kontekście trzeba rzec, że z wymienionych dotąd pozycji Crimson Desert chyba najmniej rozumie potrzeby docelowego klienta. Właściwie to spędzony przy niej do tej pory czas z marszu zaliczam do najbardziej traumatycznych doświadczeń recenzenckich w mojej przygodzie z CD-Action.

Solowe MMO?

Zanim jednak o powodach, wspomnieć trzeba, że stojące za grą Pearl Abyss znane było do tej pory głównie z MMORPG o nazwie Black Desert Online. Crimson Desert było zaś pobocznym projektem osadzonym w tym uniwersum, z czasem przekształconym w singlowe RPG. Czy bardziej nawet w sandboksa z elementami rozwoju postaci, bo podczas pobytu w Pywell nie dokonujemy żadnych wyborów fabularnych (nie decydujemy nawet o tym, jakich linii dialogowych użyć).

Crimson Desert

Przygodę rozpoczynamy w skórze Kliffa, członka klanu Szarogrzywych, mierzącego się z Czarnymi Niedźwiedziami. Z czasem odblokowujemy też inne postacie, między którymi możemy się przełączać, o ile tylko dany quest nie nakłada w tej kwestii ograniczeń. Nasz główny heros już po kilku minutach przygody pada ofiarą zasadzki wrogiej frakcji, w wyniku której większość ekipy ginie, a on sam zostaje mocno ranny i wpada do strumienia. Szczęśliwie ocalony, postanawia odbudować potęgę swojego klanu, a także zemścić się na wrogach.

Pod tym kątem gra ma wiele wspólnego z Black Desert, które też przecież stawiało na konflikt dwóch grup. Próbuje także naśladować trochę Red Dead Redemption 2, ale (przynajmniej pod względem fabularnym) gra w dużo niższej lidze. Warto wspomnieć, że zamiast pomijania cutscenek ekipa Pearl Abyss umożliwia nam ich przyspieszanie. Często się to przydaje, bo tytuł ma tendencję do przynudzania.

Crimson Desert

Od bossa do bossa

Nawet tak sztampowy temat dałoby się ciekawie ograć, gdyby nie fakt, że rozwój fabuły jest tu dość powolny. Przez długie godziny ratujemy owieczki, przetykamy ludziom kominy miotłą (dosłownie), wybijamy prześladujące mieszkańców Pywell zbrojne bojówki i czasem dopadamy jakiegoś wyżej postawionego kacyka, co wiąże się zwykle z dość męczącą walką z bossem. Wyzwolone tereny stają się dla nas dużo przyjaźniejszym miejscem.

Nie jest to produkcja, którą zapamiętacie ze względu na fabułę. Odniesiecie raczej wrażenie, że nawrzucano tu wszystkiego jak leci. Zaczyna się nie do końca realistyczną (choć uroczą) wizją europejskiego średniowiecza rodem z Kingdom Come, ale z azjatycką domieszką. Z czasem pojawią się też magiczne artefakty czy latające wyspy zerżnięte żywcem z Tears of the Kingdom. Ogółem za dużo grzybów w tym barszczu, choć pochwalić trzeba kapitalną konstrukcję świata.

Crimson Desert

Jest on przeogromny i wypakowany po brzegi aktywnościami – na wszystko potrzeba pewnie ze 150 godzin. Zawartość poboczna przydaje się tym bardziej, że bez odrobiny grindu szybko zaczną się problemy z kolejnymi starciami. Szeregowi przeciwnicy momentami atakują tłumnie niczym w musou, a bossowie… ci to dopiero będą mi się śnić po nocach.

Pierwsze objawy znużenia

Problem w tym, że system walki jest zwyczajnie nieznośny. Kamera próbuje naśladować DMC 4, ale często tylko przeszkadza w zabawie, a przez słabą responsywność ataki często nie trafiają celu. Dodajmy do tego przyciężkie uniki i bossów atakujących długimi seriami, a okaże się, że jedynym sposobem na prześlizgiwanie się przez nie jest przygotowanie przed walką miliona dań. Albo regularne grindowanie i pakowanie punktów rozwoju postaci głównie w zdrowie.

Crimson Desert

Chwilę po ograniu kosmicznie dobrego pod tym względem Nioha 3 z tutejszymi mechanizmami zwyczajnie się męczyłem. Inni z kolei będą zachwyceni i powiedzą, że owa ślamazarność to kolejna wyraźna inspiracja Red Dead Redemption 2. I rzeczywiście można tak to odczytywać, zresztą już sam wygląd interfejsu czy mapy przywodzi na myśl przygody Arthura Morgana – ale jednak w shooterze sprawdzało się to wszystko dużo lepiej.

karol laska o crimson desert

Najdziwniej skonstruowana gra ostatnich lat, przez co trudno ją jednoznacznie polecić, ale też daleko mi do ostrego zniechęcania was do zakupu. Na pewno jednak musicie skonfrontować swoje oczekiwania z tym, czym Crimson Desert jest… a łatwiej byłoby chyba powiedzieć, czym nie jest. Przepiękny open world, popadające w klisze MMO, krewniak nowych Zeld, kuzyn Dragon’s Dogma, „oderpegowiony” Wiedźmin 3, prymitywne Shadow of the Colossus, fabularnie kulawe Red Dead Redemption – mechanika na mechanice, system na systemie, pomysł na pomyśle. A przez fakt, że jedne z tych rozwiązań wypadają dobrze, drugie średnio, trzecie fatalnie, ciężko to wszystko zbalansować i uśrednić.

Współczuję wszystkim recenzentom tego świata, ale uważajcie na wszelkie ocenowe skrajności, bo trudno o liczbowy ekwiwalent doświadczenia zwanego Crimson Desert. Na pewno – jeśli kochacie gry wideo i lubicie być z nimi na bieżąco – sprawdzenie tegoż dzieła będzie przynajmniej ciekawym eksperymentem. Zwłaszcza, gdy zostaniecie zmuszeni do wykonania najbardziej złożonej sekwencji klawiszowej tylko po to, aby założyć hełm.

Karol Laska

Ja nie mówić polski

Wbrew pozorom to nie okazjonalne skoki trudności podczas starć z bossami zamieniają przygodę z Crimson Desert w piekło. Wiele mechanik jest po prostu tak oryginalnych bądź złożonych, że aż nieintuicyjnych. Produkcja na każdym kroku działa trochę inaczej niż przeciętny przedstawiciel gatunku. Nawet tak podstawowa rzecz jak rozpoczęcie dialogu wymaga najpierw zablokowania kamery na rozmówcy, a dopiero później potwierdzenia przyciskiem akcji. Do tego jest tu jakieś pół miliona zyskiwanych wraz z postępem zabawy umiejek, wymagających zapamiętywania różnych kombinacji klawiszy/przycisków.

Crimson Desert

Wrzucono tu dosłownie wszystko, co przyszło autorom do głowy. I naprawdę trudno ganić twórców za ambicję. Prawdziwy problem polega jednak na tym, że przez odmienne odruchy wyrobione latami przy całej masie podobnych gier często najzwyczajniej tracimy w Crimson Desert czas, bo po prostu nie wiemy, jak wykonać potrzebną w danym momencie akcję. Czujemy się tak, jakby ktoś przywiózł nam samochód i kazał poskładać go bez instrukcji. Czy raczej – kazał nam go składać na podstawie schematu pralki.

Liczba błędów w przewodniku jest zatrważająca. Wyświetlające się podczas zabawy porady sprawiają wrażenie napisanych przez translator. W polskiej wersji językowej do aktywowania jednej z mocy gra każe nam np. trzymać wciśnięte R1+L1, a w trakcie nacisnąć jeszcze… L1. Co oczywiście okazuje się totalnym absurdem, a właściwą kombinację odkryć możemy co najwyżej po omacku. Nawet jeżeli porada nie jest sprzeczna logicznie, i tak nie ma gwarancji, że zadziała. Co gorsza, teksty po angielsku też nie są pozbawione błędów. Po premierze powinno być już dużo łatwiej dzięki poradnikom stworzonym przez internautów, ale nie mając ich do dyspozycji, musieliśmy wewnątrz redakcji posiłkować się własnymi doświadczeniami. To wstyd, żeby gra za pełną cenę była pod tym względem tak niedorobiona.

Crimson Desert

Rób, co ci każę

Na deser wspomnijmy też, że rządzące rozgrywką skrypty są mało odporne na jakąkolwiek inwencję gracza. Już w jednym z pierwszych zadań polegających na przyniesieniu dzieciom zagubionej owieczki pobiegłem we wskazane miejsce i przyniosłem ją z lasu, a potem przeskoczyłem płot do zagrody i postawiłem – znów we wskazanym miejscu – na ziemi. Dopiero potem postanowiłem podejść do płaczącego w kącie chłopca, ale questa nie dało się domknąć, bo gra zakładała, że dalej będę miał zwierzątko na plecach. Nim jednak zdążyłem się do zbliżyć, by wziąć je ponownie na ręce, w jednej chwili zostało teleportowane na początek zadania. Gra nawet nie załapała, że owca zniknęła, bo dalej kazała mi podejść do chłopca.

W innym momencie miałem z kolei odnaleźć fragmenty zaginionego wspomnienia za pomocą magicznej latarni (jedna z głównych mechanik) i następnie je obejrzeć. Przypadkowo pominąłem animację zaraz po jej aktywowaniu, a zadanie wciąż nakazywało przeszukanie jaskini. Dopiero kolejne 30-40 minut przeczesywania niewielkiej powierzchni podpowiedziało mi, że chyba coś jest nie tak. Jak się okazało, wystarczyło jeszcze raz odtworzyć pominięte wcześniej wspomnienia za pomocą specjalnego hełmu. Informacja o tym była zakopana w jednym z dokumentów, ale już oczywiście bez instrukcji, jak z owego przedmiotu skorzystać. Tego typu problemów gra ma tak dużo, że moglibyśmy o nich spokojnie zrobić wydanie specjalne CDA.

Crimson Desert

mikołaj „mikos” łaszkiewicz o crimson desert

Crimson Desert udowadnia, że jak się chce, to można. Gra Pearl Abyss wygląda przepięknie i jest jedną z najbardziej zaawansowanych technicznie produkcji z otwartym światem. Do pełni szczęścia potrzeba jednak dość mocnej karty graficznej od Nvidii. Więcej szczegółów podaję w naszej recenzji technologicznej.

Mikołaj „Mikos” Łaszkiewicz

I jeszcze na koniec

Nienajlepiej sprawa się ma z optymalizacją. Laptop z i7, 16 GB RAM-u i RTX-em 3060 wystarcza do zabawy na średnich detalach i rozdzielczości 1080p w około 40 fps-ach. Graliśmy zarówno w wersję przed ostateczną łatką, jak i po niej. Choć aktualizacja wyeliminowała sporo pomniejszych błędów, w moim przypadku popsuła też nieco framerate. Szersze omówienie kwestii technicznych znajdziecie jednak w naszej recenzji technologicznej. Warto przy tym napomknąć, że z uwagi na nietuzinkowy projekt świata Crimson Desert nawet w niższych detalach naprawdę może się podobać. Ciągle kusi przestrzenią, złożoną geografią (masa gór), a atrakcyjna jest w nim nawet pustynia.

Pomimo moich narzekań wiele elementów jest tu godnych podziwu. Na ich dokładniejsze omówienie przyjdzie jednak pora w recenzji, od której dzieli mnie jeszcze wiele godzin zabawy. Celem dzisiejszego tekstu jest jednak powiedzieć jasno: jeżeli rozważacie zakup, przemyślcie to, w co zamierzacie się wpakować. To bez wątpienia gra nietuzinkowa. Produkcja, która w pewnych kręgach bez wątpienia stanie się kultowa. Nawet jeżeli nie naprawią jej twórcy, pewnie zrobią to sami modderzy. Tyle że w obecnym kształcie Crimson Desert bywa momentami równie frustrujące i odpychające, co przyciągające uwagę.

PS Tak na marginesie – nasz redakcyjny kolega Zhabi (najbardziej posunięty do przodu w fabule) natrafił na błąd uniemożliwiający kontynuowanie zabawy. Po wczytaniu jego sejwa u siebie miałem podobną sytuację. Twórcy zostali o tym poinformowani, na razie trudno stwierdzić, czy problem pojawia się u wszystkich graczy.

daniel „zhabi” szczepankiewicz o crimson desert

Chciałem się pochwalić, a muszę się pożalić. Nie miałem żadnych oczekiwań od Crimson Desert – najbardziej interesującym elementem była dla mnie konwencja science fantasy, którą uwielbiam. Reszta miała być miłym dodatkiem. Problem pojawia się, kiedy te dodatki zaczynają przeszkadzać, wyrywać z immersji i rzucać kłody pod nogi.

Wstępnie mogę powiedzieć, iż jest to bardzo przyjemna oraz ambitna gra. Niestety – próbująca również chwycić zbyt wiele srok za ogon. Multum zaimplementowanych mechanik zaczyna przeszkadzać. Questy polegające na zakręceniu kołowrotkiem po prostu marnują czas gracza. Tłumaczenie świadczy o cięciu kosztów. W jednej chwili masz poczucie niesamowitej dbałości o detale, a zaraz potem dawno niewidziani towarzysze poznają naszego bohatera w pełnej zbroi i zakrytym hełmie.

Twórcy zbudowali niebywałą fasadę. Świat jest kolosalny i nad wyraz przyjemnie się go eksploruje, tylko na wczesnym etapie nie ma to zbyt dużo sensu. Nie odmówię frajdy z podróżowania czy zdobywania kolejnych szczytów, ale to wszystko zdaje się bardzo ładną wydmuszką.

Nie skomentuję fabuły czy narracji, chociaż na razie nie zachwyca – po dziesiątkach godzin, w okolicach rozdziału VIII, po walce z bossem Cassiusem Mortenem, kamera i interfejs zupełnie przestały działać. Powtórne przejście etapu również nie pomogło, a przyznam, że było to najprzyjemniejsze starcie do tej pory z całkiem niezłą muzyką. Gdyby nie ten błąd, zapewne już bym skończył grę, a tak muszę się wstrzymać od werdyktu.

Daniel „Zhabi” Szczepankiewicz

Skomentuj