25.10.2022, 09:32Lektura na 9 minut

Bowers & Wilkins PI7 – recenzja. Inne słuchawki pójdą na śmietnik

O tym, dlaczego półtora roku po premierze publikujemy test słuchawek dokanałowych Bowers & Wilkins PI7, dowiecie się z poniższej recenzji. Obiecuję, że nie będziecie żałować.


Adam „Chen Pi” Chabiński

„Nawet się nie spodziewasz, jak się ubawimy. Złotko, zapamiętaj sobie, że wojsko wiąże ludzi na całe życie”, mówi w samolocie zlany potem Jan Himilsbach do Zdzisława Maklakiewicza, obiecując mu doskonałą rozrywkę u kolegi. Jeżeli nie wiecie, czym zakończyła się deklaracja z „Wniebowziętych” Andrzeja Kondratiuka, gorąco polecam nadrobić zaległości.

Zgoła inaczej niż filmowego Lutka Narożniaka i jego kolegi z wojska, Stefana, potoczyła się znajomość Johna Bowersa i Roya Wilkinsa, którzy zaprzyjaźnili się, służąc podczas II wojny światowej w Królewskim Korpusie Łączności. Zażyłe koleżeństwo przetrwało zawieruchę i zaowocowało otwarciem sklepiku dla amatorów krótkofalarstwa. 20 lat później właściciele niewielkiej manufaktury otrzymali w testamencie od zamożnej śpiewaczki operowej ogromny spadek, ten zaś umożliwił im rozwój interesu. A dalej… sami wiecie.


Kaczątka z baśni Andersena

Zapewne większość melomanów i entuzjastów audio w wydaniu voodoo kojarzy serię głośników Nautilus sygnowanych nazwiskami Bowersa i Wilkinsa. Absolutnie topowe, bezkompromisowe, mające kształt muszli ślimaka nie dość, że są symbolem dźwięku najwyższej jakości, to jeszcze arcydziełem designu – widział je (na zdjęciu) chyba każdy, kto choć raz otarł się o audiofilskie klimaty.

Bowers & Wilkins PI7
Bowers & Wilkins PI7

O wyjątkowej urodzie nie można niestety powiedzieć, patrząc na dokanałowe słuchawki bezprzewodowe Bowers & Wilkins PI7, które nijak mają się do legendarnego systemu dźwiękowego rodem z Wielkiej Brytanii. Do plastikowego korpusu jakby doklejono metalowe cylinderki. Wszystko wykonano, rzecz oczywista, solidnie i precyzyjnie – wydaje się jednak, że o formę w przypadku produktu z tej półki cenowej również należy zadbać.

Domyślam się, że dziwaczny, siermiężny i staromodny kształt słuchaweczek najprawdopodobniej podyktowany był konstrukcją, na którą składają się m.in. po dwa przetworniki na kanał (armaturowy wysokotonowy oraz dynamiczny odpowiedzialny za pasmo tonów średnich i niskich), indywidualny wzmacniacz dla każdego przetwornika plus elektronika (mechanizm aktywnej redukcji hałasu itd.). Wszystko to łącznie ze sprzętową obsługą kodeków (AAC, aptX, aptX Adaptive, aptX HD, aptX LL, SBC) trzeba było gdzieś upchnąć. Rozumiem, ale żeby w czymś takim?


Szkatułka z niespodzianką

Etui również rozczarowuje. Jest większe niż produkty konkurencji, a do tego stwarza wrażenie taniej „chińszczyzny”. Przy otwieraniu pokryte aluminiową blachą wieczko nieco trzeszczy i ugina się, co generalnie sugeruje, że ma się do czynienia z czymś niezbyt solidnym. Pudełko wyposażono w dwa przyciski. Pierwszy, niewielki, który widać dopiero po odchyleniu klapki, służy do parowania dokanałówek ze źródłem dźwięku. Drugi – dużo większy, zlicowany z powierzchnią obudowy – uruchamia wielobarwną diodę sygnalizującą stan naładowania stacji dokującej i słuchawek oraz połączenie ze źródłem dźwięku.

Puzderko można ładować na dwa sposoby: przewodem podłączanym do gniazda USB-C oraz bezprzewodowo, kładąc je na podkładce indukcyjnej zgodnej ze standardem Qi. Niezbyt urodziwe i raczej niemałych gabarytów etui ma jednak w sobie coś nadzwyczajnego, czego w innych tego typu konstrukcjach nie uświadczysz. Mowa o transmiterze, który pozwala podpiąć stację dokującą za pomocą dołączonego kabelka (USB-C – mini-jack) do wyjścia audio dowolnego „grajka” z trzyipółmilimetrowym gniazdem „dżek” i słuchać bezprzewodowo! Taki superficzer przyda się np. w samolocie lub podczas „cichego” oglądania programów w telewizorze pozbawionym możliwości podłączenia bezprzewodowych słuchawek. Proste i genialne!


„Mylny błąd”, czyli apka i obsługa

Trochę rozczarowany wyglądem zestawu zainstalowałem apkę Headphones i podjąłem próbę połączenia słuchawek ze smartfonem i notebookiem. Parowanie z iPhone’em nasunęło mi skojarzenie z irlandzkim aktorem i komikiem Chrisem O’Dowdem, który w niezapomnianym serialu „The IT Crowd” („Technicy-magicy”) w każdym odcinku wielokrotnie powtarza sakramentalne: „Have you tried turning it off and on again?”. Idąc tym tropem, aby w końcu pchełki połączyły się ze źródłem dźwięku, konieczne było uruchomienie apki i – mimo widniejących na liście w ustawieniach Bluetootha telefonu aktywnych urządzeń – dodanie ich „z palca”. I tak za każdym razem. Plus wduszanie niewielkiego przycisku parowania pod klapką etui. Cóż… Na szczęście dużo mniej ekwilibrystyki prawdopodobnie uprawiają użytkownicy telefonów z Androidem, gdyż PI7 w tym przypadku obsługują mechanizm szybkiego parowania Google Fast Pair.

Bowers & Wilkins PI7
Bowers & Wilkins PI7

B&W chwali się świetną aktywną redukcją hałasu regulowaną z poziomu aplikacji. Tu też nie mam dobrych wieści. System ANC (aktywna redukcja hałasu) działa po prostu przeciętnie. Podobnie nierewelacyjnie działa przepuszczanie dźwięków otoczenia, czyli ambient pass-through. Kolejnym minusem, a raczej odstępstwem od standardu, jest brak graficznego korektora dźwięku. Pewnie od producenta usłyszałbym argument, że „sprzęt tej klasy dostrajania nie potrzebuje”, ale w aplikacji Headphones nie uświadczy się też funkcji „znajdź moje B&W”, co – chyba nie muszę tego nikomu tłumaczyć – byłoby wysoce wskazane ze względów, o których poniżej.


Jak mawiał Churchill…

Zapytany pod koniec swego życia o tajemnicę długowieczności Winston Churchill, wziąwszy głębszy łyk whisky i pyknąwszy z cygara, lakonicznie wycedził: „No sports”. Podobnie jest z PI7 – odradzałbym używania ich podczas uprawiania sportów tudzież różnego rodzaju aktywności na zewnątrz. Po pierwsze o ile słuchawki dość dobrze „siedzą” w uszach, o tyle – z racji tego, że środki ciężkości pchełek są przesunięte na zewnątrz – w trakcie biegania czy jazdy na rowerze mogą się poluzować i wypaść. A – jak wspomniałem – apka w odnalezieniu zapodzianej pchełki nam nie pomoże. Po wtóre klasa szczelności to jedynie IP54, czyli częściowa ochrona przed pyłem i niewielkim zachlapaniem.

Sterowanie odbywa się za pośrednictwem panelików dotykowych i jest mocno ograniczone: pauza/wznowienie odtwarzania, następny/poprzedni utwór, odebranie/zakończenie rozmowy telefonicznej, włączenie/wyłączenie ANC i uruchomienie asystenta głosowego. Dacie wiarę, że NIE MOŻNA ani ściszyć, ani pogłośnić muzyki za pośrednictwem pchełek?! Trzeba sięgnąć po smartfon. Dodam, że elementy sterujące łatwo przypadkowo musnąć np. podczas poprawiania fryzury.

Zdarzało mi się, że lewa pchełka „gubiła sygnał”. Podejrzewam, że jest to spowodowane architekturą master-slave słuchawek – w przypadku B&W PI7 owym masterem bowiem staje się ta pierwsza w kolejności wyciągnięta z etui. W takich sytuacjach radziłem sobie w ten sposób, że umieszczałem na powrót dokanałówki w etui, rozłączałem Bluetooth i parowałem zestaw ponownie.

Bowers & Wilkins PI7
Bowers & Wilkins PI7

Crème de la crème

W zasadzie mógłbym zakończyć tę recenzję, ale jest jeszcze jeden aspekt dokanałówek Bowers & Wilkins PI7, o którym rozmyślnie wcześniej nie pisnąłem ani słowa. I to najważniejszy. DŹWIĘK. Niech za ocenę brzmienia posłuży moja konwersacja z Krigorem:

Krigor: Jak tam wrażenia ze słuchawek?

Chen Pi: O f*ck! Wydaje mi się, że odtwarzam zupełnie nowe płyty, a przecież znam je na pamięć. Scena jest przeogromna. Dół tłusty. Średnica super. Soprany może ciut nadklarowne. Wszystko jednak w całości kontrolowane – te słuchawki nie biorą jeńców. Brzmienie absolutnie krystaliczne i pełne. Do bólu precyzyjne. Robią przeogromne wrażenie. Brak mi słów.

Krigor: No, dają czadu. Soprany mi nie przeszkadzały – to pewnie dlatego, że są tak cholernie czyste.

Chen Pi: Czuję się, jakbym siedział w kontrabasie, za perką i pod klapą fortepianu (słuchałem wtedy płyt EST, które znam najlepiej – przyp. aut.).

Krigor: Obawiam się, że te słuchawki zepsuły mi wszystkie inne.

Tyle recenzji w postaci minidialogu. Moje pierwsze wrażenia potwierdziły się w wielogodzinnych muzycznych sesjach z pchełkami w uszach. Słuchałem rozmaitych płyt w formacie bezstratnym oraz nagranych w standardzie Dolby Atmos. Wszystko brzmiało fenomenalnie, wyjątkowo, wybitnie.


Rewelacyjna jakość dźwięku!


Małą niedogodnością może być przeciętny czas działania wynoszący tylko 4 godziny (+ 16 godzin dzięki akumulatorom w etui). W sukurs temu jednak przychodzi szybkie ładowanie: kwadrans na kablu podłączonym do zasilacza oznacza dwie godziny odtwarzania muzyki.

Ostatnią kwestią jest cena. Czy warto wydać półtora tysiąca złotych na słuchawki, które nie działają zbyt długo na akumulatorze, które nie mają multi-pairingu i którym towarzyszy uboga w funkcje apka? Napiszę krótko: gdybym tyle miał, tobym wydał. Dla oszałamiającego brzmienia warto!


Appendix

Jak wspomniałem, rynkowy debiut B&W PI7 odbył się pod koniec kwietnia 2021 roku, więc powyższą recenzję można uznać za odgrzewany kotlet, ale z Krigorem zgodnie stwierdziliśmy, że większym błędem byłoby pominąć test tych słuchawek, niż opublikować go nawet po dość długim czasie od premiery. Na ten desperacki krok zdecydowaliśmy się z jednego powodu: tak wyjątkowo brzmiących dousznych bezprzewodówek jeszcze nie słyszeliśmy(*).

Na poparcie tych słów minianegdota. Według relacji Krigora natychmiast po otrzymaniu przesyłki, sparowaniu PI7 i włożeniu ich do uszu stwierdził on: „Moje słuchawki”. Gdy dzielił się ze mną swoim pierwszym wrażeniem, pomyślałem (znając jego preferencje): „No tak! Lubi kopnięcie basów i tyle”. A potem przyszła kolej na mnie… „Jakie twoje?! Moje!”, zareagowałem w duchu. Niestety najpewniej – przynajmniej na razie – ze względu na niemałą cenę testowane pchełki nie będą ani jego, ani moje.

(*) Równie przepięknie brzmią „jedynki” Sennheiser Momentum True Wireless, które ukazały się w sprzedaży cztery lata temu. Kolejnych edycji „zenków” niestety nie udało mi się posłuchać.

Bowers & Wilkins PI7
Bowers & Wilkins PI7

Cena: 1250 zł | www.tophifi.pl

BOWERS & WILKINS PI7 – PARAMETRY

Przenoszone częstotliwości: 10 Hz – 20 kHz • Przetworniki: podwójne; armaturowe, dynamiczne – 9,2 mm; każdy z osobnym wzmacniaczem • Sposób podłączenia: Bluetooth 5.0; przewód mini-jack – USB-C do podpięcia źródła z etui, które służy jako transmiter dla słuchawek • Liczba zapamiętanych / jednocześnie sparowanych urządzeń: 3/1 • Kodeki: AAC, SBC, aptX, aptX Adaptive, aptX HD, aptX LL • Klasa szczelności: IP54 • Sterowanie: aplikacja lub dotyk • Ładowanie: przewodowe i indukcyjne • Czas pracy: 4 h; 20 h z etui • W opakowaniu: etui ze słuchawkami; przewody USB-C – USB-C i mini-jack – USB-C; trzy pary silikonowych wkładek; instrukcja • Wymiary etui: 60 × 57 × 28 mm • Waga: 61 g (etui ze słuchawkami), 7 g (każda słuchawka)

Ocena

Wysoka nota WYŁĄCZNIE za wprost niezwykłą muzykalność i wierność odtwarzanym dźwiękom. Gdyby jednak oceniać cały zestaw z apką i funkcjami (ANC i ambient pass-through), to PI7 należałoby się co najwyżej 6/10. Szczególnie przy tak wysokiej cenie.

9
Ocena końcowa

Plusy

  • oszałamiająco krystaliczny i szczegółowy dźwięk
  • wyjątkowe brzmienie
  • ogromna scena
  • transmiter w etui

Minusy

  • nie mieszczą się w mniejszych, szczególnie kobiecych, małżowinach
  • zbyt krótki czas pracy na akumulatorze
  • uciążliwe parowanie z iOS-em i macOS-em
  • regulacja głośności tylko przez smartfon
  • słabo działające ANC i podsłuch otoczenia (ambient pass-through)
  • mało funkcjonalna apka
  • stosunkowo duże etui
  • drogie

Redaktor
Adam „Chen Pi” Chabiński

Chen Pi – zaczynał swą przygodę z komputerami na PWr, kiedy nauka programowania w j. Pascal odbywała się kredą na tablicy. Jeden z ojców założycieli polskiej edycji "Magazynu mikrokomputerowego CHIP". Kiedyś grywał w River Raid na Atari, odrywając przyssawki dżojstika od blatu stołu. Do dziś tęskni za Teenagentem i Neverhoodem.

Profil
Wpisów5

Obserwujących1

Dyskusja

  • Dodaj komentarz
  • Najlepsze
  • Najnowsze
  • Najstarsze

Polecane