„28 lat później – Świątynia kości” to jeden z najlepszych filmów 2026 roku. I tak, wiem, że mamy dopiero styczeń [RECENZJA]
Skoro już przykułem waszą uwagę, natychmiast zacznę od bodaj najistotniejszego konkretu, który niestety zapewne rozczaruje wiele osób. Otóż wybierając się na seans, nie warto odgórnie oczekiwać, że przyjdzie wam obejrzeć mocny, pełnowymiarowy horror. Znamion prawdziwej grozy jest tutaj jak na lekarstwo. Marka ostatnimi czasy wyraźnie ucieka od szlaku wydeptanego niegdyś przez archetypiczne kino zombie, świadomie torując miejsce dla wątków kojarzonych raczej z postapo. Nie zrozumcie mnie źle, zombiaków wciąż tu nie brakuje, ale stanowią one tło dla kameralnej opowieści na temat wielu konsekwencji ludzkich czynów.
Nie bój się zmiany na lepsze
Paradoksalnie wykreowanie czegoś na wskroś różnego od pozostałych dzieł sygnowanych liczbą 28 oceniam wyłącznie na plus, gdyż wszystkie te obrazy tworzą raczej zbiór oddzielnych opowieści z pewnego nakreślonego uniwersum aniżeli jedną spójną historię. Aktualnie filmy łączy przede wszystkim chronologia i świat, a także niestandardowa narracja, pokazująca oblicze tej samej zagłady z wielu różnych perspektyw. Czego zatem można spodziewać się tym razem? Mimo że szeroko pojmowanej brutalności nie zabrakło, jucha zaś nadal potrafi trysnąć z ekranu, „Świątynia kości” przypomina raczej… kameralny dramat. I to taki o iście teatralnym rodowodzie.

Napiszę to wprost: bezpośredni sequel ostatniego dotychczas pełnego metrażu Danny’ego Boyle’a to zdecydowanie najdojrzalsza pozycja w całej serii o brytyjskiej apokalipsie. Spodziewajcie się więc niespodziewanego. Tym razem jednak na reżyserskim stołku zasiadła Nia DaCosta, znana m.in. z rebootu „Candymana” czy średniego „Marvels”. Jako scenarzysta powrócił natomiast słynny Alex Garland, co poskutkowało świetnie skrojoną historią upstrzoną równie świetnymi dialogami. Prawdę mówiąc, nieobecność Boyle’a najwyraźniej wyszła wszystkim na dobre – i piszę to z dozgonnym szacunkiem dla tego legendarnego filmowca – ponieważ niespełna dwugodzinny seans w wydaniu DaCosty mija szybko, przykuwając do fotela kolejnymi rewelacyjnymi scenami. Wspaniale, gdyż poprzednia odsłona serii cierpiała na liczne dłużyzny.
Triumwirat chaosu
Fabuła skupia się z grubsza na trudnych losach trojga niestandardowych postaci. Już od samego początku obserwujemy poczynania poznanego wcześniej młodziutkiego Spike’a, głęboko przerażonego nową rzeczywistością, która go otacza. I m.in. z tego powodu nadrobienie wypuszczonej w zeszłym roku pierwszej części „28 lat później” jest absolutną koniecznością. Inaczej ucieknie wam mnóstwo ważnego kontekstu.
Tak czy inaczej, chłopak jeszcze dobitniej zdaje sobie sprawę, iż jego niegdysiejszy byt był tak naprawdę sielanką, na którą pozwolić mogą sobie nieliczni. Tym razem dzieciak mierzy się z zupełnie obcym mu dotąd rodzajem zła – uosobienie tego ostatniego stanowi bowiem człowiek, a konkretniej niejaki Jimmy Crystal, zagrany brawurowo przez Jacka O’Connella. Już jego kreacja Remmicka z „Grzeszników” udowodniła mi, że to człowiek niezwykle utalentowany, lecz blondwłosy Jimmy z drugiej odsłony „28 lat później” potwierdza najwyższą formę zawodową mężczyzny. Mało kto tak zręcznie, lecz również niepokojąco byłby w stanie obnażyć skrajnie dyktatorskie zapędy psychopatów wyspecjalizowanych w manipulacji innymi.

Wracając jeszcze do Spike’a, wróżę wcielającemu się w niego Alfiemu Williamsowi świetlaną przyszłość i pozwolę sobie nawet na wredną uszczypliwość: gdy pomyślałem o jego grze w „Świątyni kości”, zdałem sobie sprawę, iż 15-latek radzi sobie na ekranie lepiej niż czworo dziecięcych protagonistów z pierwszego sezonu „Stranger Things” razem wziętych. Przez wszystkie odcinki.
Kluczową twarzą pozostaje jednak zmęczona facjata umazanego jodyną doktora Kelsona. Świeci nią absolutnie bezbłędny Ralph Fiennes, kradnący każdą scenę, w której się pojawia. Nie pamiętam, kiedy miałem okazję obcować z tak przekonującym ukazaniem człowieka tkwiącego w zawieszeniu między geniuszem a szaleństwem. Chylę czoła.
Co jest, doktorku?
Kelson zadaje pytania, na które nie sposób znaleźć odpowiedzi, lecz nie rezygnuje z dalszych poszukiwań. Dzieło jego życia (tytułowa świątynia) zostało ukończone, jednakże zmęczony bezcelową egzystencją nie przerywa prac, chcąc poznać prawdziwą naturę wirusa. Metody działań lekarza są wątpliwe, nieraz szokujące, ale do samego końca pozostają po prostu wybitnie ludzkie.
Bo ludzie popełniają błędy, pokracznie upadają, zbierają siły, by powstać, zmieniają zdanie, analizują otaczającą ich rzeczywistość, po czym wreszcie wyciągają stosowne wnioski. W tym miejscu urwę, bo obserwacja postępowań Kelsona dosłownie zachwyca i naprawdę nie chciałbym pozbawiać kogokolwiek czerpania z niej przyjemności.

Dajcie się ponieść
Pominę też konwencjonalne zakończenie tekstu, zaznaczę jedynie, że drugą część „28 lat później” spaja genialna ścieżka dźwiękowa. Mam na myśli przede wszystkim dobór utworów wykonawców popularnych w latach 80. zeszłego wieku. Niczego więcej nie napiszę, bo już wpakowałbym się w bagno spojlerów.
Nie czytajcie o tym filmie nic oprócz niniejszej recenzji. Nie oglądajcie shortów, unikajcie jakichkolwiek poszlak. Po prostu idźcie do kina, naprawdę warto. Może moja ocena jest nieco zbyt wysoka, jednakże na ponad 24 godziny po seansie wciąż nie mogę przestać myśleć o tym, co wydarzyło się w „Świątyni kości”. A to moim zdaniem całkowicie wystarczająca rekomendacja.
PODSUMOWANIE: Najlepszy film w całej serii, ale także brawurowa kontynuacja części pierwszej. „Świątynia kości” dobitnie udowadnia, że kino grozy wciąż ma wiele do zaoferowania, a dojrzała, ujmująca i po prostu zgrabna historia może wybrzmieć nawet wśród zombiaków.
