Reżyserka „Świątyni kości” rozczarowana wynikiem finansowym. Według niej był potencjał na hit

Reżyserka „Świątyni kości” rozczarowana wynikiem finansowym. Według niej był potencjał na hit
Co poszło nie tak?

Kiedy Danny Boyle i Alex Garland po raz pierwszy ogłosili powstanie „28 lat później”, już wtedy dali do zrozumienia, że ich ambicje wykraczają poza pojedynczy film. Nakreślili plan trylogii, w której Boyle wyreżyseruje pierwszą odsłonę, Nia DaCosta („Little Woods”) przejmie stery w drugim rozdziale zatytułowanym „Świątynia kości”, a w końcu Boyle powróci, by zamknąć całą historię. 

Dwa pierwsze filmy nakręcono jeden po drugim i oba spotkały się z bardzo dobrym przyjęciem zarówno przez krytyków, jak i widzów. Jednak kontynuacja miała ogromne problemy komercyjne. „Świątynia kości” zarobiła na całym świecie jedynie 58 milionów dolarów (przy budżecie wynoszącym 63 miliony dolarów). Jest to wynik naprawdę mocno rozczarowujący, biorąc pod uwagę fakt, że jej poprzednik (pomimo słabszych ocen) zgarnął zdecydowanie więcej – 151 milionów dolarów przy podobnym budżecie.

Narracja wokół „Świątyni kości” od początku była dziwna. Świetne recenzje, uznane nazwiska reżyserki i scenarzysty (Alex Garland), a mimo to – całkowity brak zainteresowania. Nawet na streamingu druga odsłona nie zdołała przyciągnąć widzów. W najnowszym wywiadzie dla Empire DaCosta wyraziła zaskoczenie tymi wynikami:

To naprawdę zabawne, bo dosłownie wszystkie wskaźniki, którymi kierujemy się w branży, by ocenić, czy film jest dobry, czy ludzie go lubią i chcą go obejrzeć, osiągnęły niesamowite wyniki, a mimo to nasze wyniki kasowe nie były tak dobre […]  Zrobiliśmy świetny film, jestem z niego naprawdę dumna, a widzom się podobał.

Według reżyserki problemem mógł być zbyt krótki odstęp między premierami:

Może stało się to zbyt szybko, bo ludzie reagowali w stylu: »O tak, widziałem to zeszłego lata!«. A ja na to: »Nie, nie, to jest sequel!«.

Chociaż DaCosta przyznaje, że jest rozczarowana tym, iż film nie poradził sobie zbyt dobrze, pozostaje z niego dumna. Najważniejsze jest dla niej to, jak produkcja zostanie zapamiętana przez widzów.

Wciąż nie wiadomo, czy powstanie finałowa odsłona trylogii. Po tak słabej oglądalności „Świątyni kości” Sony Pictures musi poważnie zastanowić się nad kolejną częścią. Ratunkiem mógł być Netflix, ale tak jak wspomniałam – tam również produkcja nie zdołała przyciągnąć widowni. A szkoda, bo w trzecim filmie miał powrócić Cillian Murphy, aby domknąć wszystkie wątki.

14 odpowiedzi do “Reżyserka „Świątyni kości” rozczarowana wynikiem finansowym. Według niej był potencjał na hit”

  1. Artur Mazurek 6 maja 2026 o 11:48

    Bo był. To bardzo dobry, artystyczny horror. Tyle, że jak już ustaliliśmy wcześniej, widzowie preferują marvele oraz „365 dni”. Może gdyby wrzucić w marketing wagon pieniędzy jak w przypadku jakiejś Diuny, to efekt byłby inny, ale tego się już nie dowiemy.

    • Być może film sprzedałby się lepiej gdyby nie był podpięty pod IP z którym ma niewiele wspólnego? Osobiście jestem wielkim fanem oryginalnego 28 dni później i ta cała Świątynia nie ma z tamtym filmem nic wspólnego.

    • Przesadzasz gloryfikując jakość tego filmu. Przynajmniej pierwszej części, bo drugiej nie chciało mi się oglądać. Było świetne otwarcie i świetne zamknięcie historii, a poza tym nędza raczej. Bardziej nazwałbym to próbą stworzenia artystycznego horroru, niż artystycznym horrorem jako takim. Chociaż też bez przesady, bo nadal było to mocno mainstreamowe. Największym problemem była źle skonstruowana fabuła, która miała bardzo epizodyczną strukturę. Rozumiem, że reżyser chciał zrobić taką opowieść drogi i stąd taka decyzja. Jednak powodzenie takiej opowieści wymaga niesłychanie silnych epizodów, albo wytworzenia bardzo spójnego nastroju, który zabarwia całą opowieść, wrażenia które spaja całość,,zamysłu w ktory ujawnia się wraz z każdym kolejnym krokiem bohaterów. Porównaj to chociażby do czasu apokalipsy. Tu były po prostu kolejne i zazwyczaj słabe epizody, a pomysł,był,jedynie na wspomniane otwarcie i zamknięcie.
      Już takie Together znacznie bardziej zbliżało się do czegoś co możnaby nazwać artystycznym horrorem, chcic nadal mocno nie chciało odejść od kina komercyjnego.

  2. Nie widziałam bo po tym jak poszłam do kina na pierwszą część szczęka mi opadła zwłaszcza na końcówce. Jak można zchrzanić taki potencjał???

    • Przecież końcówka i otwarcie, to były dwa najlepsze momenty w filmie. Być może nawet jedyne dwa dobre.

      • Mówisz o tych podskakujących zabójcach? XD Otwarcie tak nie było takie złe, film ogólnie nie był tak totalnie najgorszy nawet sobie go kupiłam do kolekcji ale byłam mega zawiedziona. Liczyłam na coś bardziej w stronę 28 dni później. Może się jednak skuszę na drugą część i tak nie mam za wiele horrorów do oglądania 🙂

      • qIca7p napisał(a):

        Mówisz o tych podskakujących zabójcach? XD Otwarcie tak nie było takie złe, film ogólnie nie był tak totalnie najgorszy nawet sobie go kupiłam do kolekcji ale byłam mega zawiedziona. Liczyłam na coś bardziej w stronę 28 dni później. Może się jednak skuszę na drugą część i tak nie mam za wiele horrorów do oglądania 🙂

        Właśnie tak, ci latający dresiarze, to był świetny pomysł i doskonała popkulturowa beka.
        Tyle, że wielu widzów mogła zupełnie zdezorientować, ponieważ film raczej takich zabaw w sobie nie zawierał i na nią nie przygotowywał.

      • MatKarp napisał(a):

        Mosparko napisał(a):
        qIca7p napisał(a):
        Właśnie tak, ci latający dresiarze, to był świetny pomysł i doskonała popkulturowa beka.
        Tyle, że wielu widzów mogła zupełnie zdezorientować, ponieważ film racze…

        Nie. To jest element portretu Jimmiego, który znał tylko popkulturę jako mały chłopiec (teletubisie na początku filmu). Pewnie znał też power rangers, albo coś podobnego. Stworzył swoją ekipę na wzór tego co znał. Ważnym elementem jest też jego ojciec. Jego ekipa jest czymś zupełnie innym niż pr…

        No i właśnie dlatego nazywam to popkulturową beką. Robienie z popkultury supermocy. Tego samego wytrycha używa często Tarantino, tylko oczywiście robi na na swój sposób i w swoim stylu. Dlatego też obie te sceny uważam za główną wartość filmu i szkoda, że cała reszta wypada przy nich blado. Pozostałe wątki przez brak odpowiedniego przesterowania, wpadają niestety w ramy patrzenia na nie przez pryzmat wiarygodności, tego natomiast nie wytrzymują. Innymi słowy są zbyt zwyczajne żeby traktować je jako grę konwencją i zbyt niewiarygodne żeby się w nie wczuwać i nimi emocjonować. Rozumiem, że rozpatrujesz te wątki przez pryzmat symboliki, ale sama symbolika moim zadaniem nie jest wystarczające, powinny one być po prostu dobre, a nie są. Są nudne i pospolite, czasem głupie. Np cała ta sytuacja oddziału żołnierzy ma sensowny punkt wyjścia, ale to jakim brakiem wyszkolenia się wykazują jest wręcz rozpaczliwe. Oczywiście chodziło o pakazanie pewnej symbolicznej siły, która nie radzi sobie z nieszablonowym zagrożeniem. To było prawie jak postawienie aroganckiego pewnego siebie człowieka zachodu, kontra dzikie, nieokiełznana natura… tylko że to banał straszny, a sama sytuację można było poprowadzić bez porównania lepiej. I tak na każdym kroku w tym filmie.
        Tak więc ponownie uważam że przesadnie bronisz tego filmu i bardziej za to czym chciał być, niż za to czym się mu być udało. A niestety ambicja opowiedzenia czegoś to jeszcze nie wszystko. Oczywiście warto wspierać ambitne podejście, ale dzieło,sztuki tu nie powstało.

  3. Bardzo mnie cieszy, że reżyser odróżnia wartościowanie filmu za jego walory od tego samego, ale za box office. Informacje idące do mediów są dla wszystkich, ale będąc widzem, a nie akcjonariuszem wytwórni, bardziej interesuje mnie warstwa artystyczna; za to w dyskusji o kinematografii zbyt często widzę stanowisko „film nie zarobił, więc jest słaby”. Brawa dla Pani DaCosta, może przyczyni się do zmiany postrzegania.

  4. Widzialem ’28 dni pozniej’ i slabiutkie to bylo, kontynuacje zupelnie odpuscilem. Moze to film lepszy, nie wiem, nie zamierzam sprawdzac.

  5. Anarchiusz 6 maja 2026 o 22:32

    Kontynuacja sztampowej słabizny… w dodatku wysokobudżetowej. Aż dziw, że nikt nie oglądał i przyniosło straty XD.
    ” oba spotkały się z bardzo dobrym przyjęciem zarówno przez krytyków, jak i widzów. ” – gzdieś to już słyszałem… a czekaj przy dziesiątkach innych filmów i gier w ostatnich latach. Produkcji, o które nikt nie prosił i na które nikt nie czekał, ale które ktoś stwierdził, że są tym, na co wyidealizowane propagandowe społeczeństwo oczekuje. Jedyne, co dziś dziwi, to że wytwórnie żyjące ze sprzedaży rozrywki zająły się masowym produkowaniem papki dla nikogo i z każdym kolejnym dniem zamiast patrzeć na topniejące fundusze zastanowić się, co zmienić… stwierdzają, że muszą produkować więcej tego samego .

  6. MatKarp napisał(a):

    No nie no to dalej jest film, a nie dokument z psychologii, ale czemu od razu żart? Tego się nie da ocenić czy realne czy nie bo nikt nigdy nie był postawiony w takiej sytuacji jak Jimmy. Jako artysta budujesz sobie postać i jakoś ją argumentujesz. Do mnie to trafiło pewnie dlatego, że nigdy czegoś takiego nie widziałem. Lubie oglądać nowe rzeczy.
    Czemu dwie odrębne wizje? Myślisz, że reżyserzy mieli zakaz rozmawiana ze sobą? Scenariusz obu części pisał Garland. Jak dla mnie to jest bardzo spójne. Poza tym druga część to dopiero rozwija. Ja tam nie uważam tego filmu za jakieś objawienie, ale w tym gatunku to jest topka.

    Jeszcze mi coś do głowy przyszło. To jest tak samo „żart” jak postać Jokera z Batmana jest „żartem”. Niby jest klaunem i się śmieje, ale czy odbieramy go jako zabawnego kolesia czy raczej nas przeraża? Bo tu chodzi o ten kontrast, że zło nie zawsze musi być ponure tylko może być charyzmatyczne i fajne na pierwszy rzut oka.

    Oczywiście mamy to trochę do czynienia ze „sztafetą” twórczą, a dodatkowo tego samego autora scenariusza, jednak reżyser/reżyserka mocno odciskają swój styl, wrażliwość, język którym się posługują, czy tym co widzą w danej sytuacji. Do tego jednak mamy to do czynienia z filmami, nie odcinkami serialu (w których to serialach pomiędzy sezonami także potrafi dochodzić do przewartościowania pewnych rzeczy). Każdy film stanowi pewne samodzielne działo, które musi w sobie zawierać pełnię kluczy interpretacyjnych i stanowić samodzielną wypowiedź. Oczywiście kontynuacja może rzucać nowe światło na pewne kwestie, ale zawsze będzie to pewna reinterpretacja, bo opiera się na dodaniu nowych danych do równania. Nierzadko jest to celowe i przemyślane działanie kolejnego twórcy, który w ten sposób buduje własną opowieść na fundamencie czyjejś.

    Co się zaś tyczy Jockera, to wszystko zależy o którego chodzi. Ten Jacka Nicholsona był przezabawny (choć nadal był przerażającym zwyrolem). Nie śmieszył Cię Hans Landa w Bękartach Wojny? Przy nim Jocker, to przecież harcerzyk 😉 Ja oczywiście w pełni rozumiem Twój punk widzenia, rozumiem też, że przy pewnej dawce czarnego homoru, można się nie śmiać i dużo zależy od indywidualnej wrażliwości, czy doświadczeń.

    Jeśli chodzi o próbę opowiedzenia czegoś więcej przez film z zombie, to delikatnie mówić szału nie ma. Chociaż nie jestem jakimś wielki fanem, wiec i mam pewne braki, z czego chyba największym jest wciąż nieobejrzany oryginał Świtu żywych trupów z 78 roku… Z tego zaś co widziałem niemal wszystko kończy się bardziej na próbie wartościowego przetworzenia konwencji, niż udanej realizacji.
    Pewnym wyjątkiem, ale jednak lekkiego kalibru jest tutaj Zombieland (oczywiście pierwsza część, a nie ta rozpaczliwa dokrętka…). Dość zgrabnie ograno tu temat od strony popkulturowej, choć oczywiście całość jest lekka i mocno rozrywkowa.
    Najambitniejszą porażką jest chyba Noc pożera świat, twórcy postanowili wykorzystać apokalipsę zombie jako studium samotności i szaleństwa jakie niesie ona ze sobą. Film miał potencjał, żeby być mocną i przejmującą opowieścią, ale czegoś w nim zabrakło. Nie wiem do końca co poszło nie tak, a też już nie do końca pamiętam, bo trochę minęło od seansu. Mieli dobre nuty, które nie wybrzmiały jako melodia…
    Porażkę i to dość spektakularną poniósł też Jarmusch swoim Truposze nie umierają. Podjął on próbę dekonstrukcji konwencji, tylko że przesadził. Wyszło mu z tego nudne dzieło, które miało kilka świetnych pomysłów i dobrych scen, ale na tym niestety koniec.
    Warto też wspomnieć o Człowieku Omega (o ile można go zaliczyć do „kategorii”). To się mocno zestarzało i wiele w tym zwykłego paździerza. Ale np scena jak bohater grany przez Charltona Hestona stoi w jedwabnym szlafroku z koniakiem w ręku i rzuca cytatami wybitnych przedstawicieli cywilizacji której już nie ma, następnie wychodzi na balkon z karabinem snajperskim i strzela sobie do losowych „zombiaków”, nagradzając się kolejnymi łykami koniaku… Jest to tak zajebiste i pełne kontekstów oraz znaczeń, że wnosi więcej treści, niż w niejeden cały film.

    28 lat później, to też dla mnie taka nieudana próba, którą doceniam, ale nie mogę szczególnie polecić i sam nie będę do niej wracał. Chyba najbardziej zawiodła mnie struktura opowieści i większość epizodów. Całość przypominała trochę grę openworld, gdzie napotykasz różne rzeczy, raz lepsze raz gorsze, ale w gruncie rzeczy gdybyś na którąś się nie natknął, nie miałoby to większego znaczenia. Tymczasem w budowaniu opowieści drogi kluczowe jest wybrzmiewanie kolejnych spotkań. Mieliśmy też lokacje jak w takiej grze. Np to „sanktuarium” czaszek. To była taka lokalizacja, że czuć było iż bohater będzie jeszcze do niej wracał, żeby robić jakieś zadania poboczne 😉 Co ciekawe, moja żona, która w gry nie gra, a jedynie czasem zerknie na moje granie, kiedy jej o tym powiedziałem oznajmiła, że odniosła podobne wrażenie i zapytała czy chciał bym grać w tą grę. Cóż, nie chciał bym 😉

  7. Ale przecież to jest kompletnie nierealne, to czysta wariacja na temat i do tego celowo zbudowana tak, żeby być śmieszną. To nie psychoanaliza tylko żart z niej. Druga część może przedstawiać to inaczej, ale była reżyserowana przez inną osobę. Jeśli więc starasz się podążyć za wizją artystyczną, to to są dwie odrębne wizje. Interpretacja tego co się dzieje w pierwszej części, przez pryzmat tego co widziałeś w drugiej, nie ma więc sensu. Niekoniecznie to ja nie rozumiem 😉

Skomentuj