Grid Legends byłby idealny na Switchu 2, gdyby nie głupia decyzja Nintendo

Grid Legends byłby idealny na Switchu 2, gdyby nie głupia decyzja Nintendo
Grid Legends to prawdopodobnie najlepsza gra wyścigowa, w jaką możecie zagrać na Switchu 2. Grafika i wydajność stoją na bardzo wysokim poziomie, w zasadzie nie odbiegając od wydań na inne platformy. Niestety przez jedną decyzję Nintendo tytuł ten nie może w pełni rozwinąć skrzydeł.

Jestem wielkim fanem gier wyścigowych w każdej formie i każdego rodzaju – od kart racerów (Mario Kart, Crash Team Racing), przez arkadowe ścigałki (Need for Speed, Forza Horizon), aż po realistyczne symulatory motorsportu (F1, Forza Motorsport, Gran Turismo). Niestety na Switchu i Switchu 2, poza tą pierwszą kategorią, takich produkcji znajdziemy jak na lekarstwo. Dlatego niesamowicie ucieszyłem się, gdy usłyszałem, że ekipa Feral Interactive (autorzy wielu bardzo udanych portów na Switcha, Maca, Androida i Linuksa) zajmie się Grid Legends.

Jakość na maksa

Grid Legends w każdym trybie graficznym prezentuje się po prostu świetnie. Po kilkunastu wyścigach nie mogłem się nadziwić, jak dobrze ta gra wygląda na Switchu 2. Momentami można to porównać do wysokich ustawień na pecetach. Dostajemy tu bardzo dobre tekstury pojazdów i torów, znakomite oświetlenie z wykorzystaniem SSR (Screen Space Reflections), efektowne odbicia w szybach i na karoserii oraz ładnie zarysowane otoczenie – budynki, roślinność i inne detale przy trasach.

Fenomenalnie wypadają też efekty pogodowe. To często pięta achillesowa gier wyścigowych i nawet takie wizualne potęgi jak Forza Motorsport czy Gran Turismo nie zawsze potrafią przekonująco pokazać deszcz – zwykle kończy się na kilku kropelkach na szybie. W Grid Legends na Switchu 2, gdy pada, naprawdę niemal nic nie widać, a strumienie wody spływają po szybach, wycieraczki ledwo nadążają, obraz faluje, a spod kół rywali unoszą się gęste pióropusze wody zasłaniające pół toru. Dawno nie czułem takiej immersji w wyścigach. Bardzo przypomina mi to mojego ukochanego Drivecluba z PS4, który do dziś uważam za wzór pod względem oprawy wizualnej w tym gatunku.

Podczas testów grałem niemal wyłącznie w trybie wydajności, bo różnice względem trybu jakości były zbyt małe, by poświęcać dla nich płynność. Warto jednak wiedzieć, że ten drugi oferuje wyższą rozdzielczość (prawdopodobnie okolice 1440p), bardziej szczegółowe odbicia, mniej artefaktów, więcej efektów cząsteczkowych i nieco przyjemniejsze cienie. Moim zdaniem nie są one warte męczenia się w 30 fps-ach.

Dla każdego coś do wyboru (ale nie ma sensu wybierać)

Twórcy przygotowali aż cztery tryby graficzne. To więcej niż standard w grach konsolowych, gdzie zwykle dostajemy dwa. W stacjonarnym mamy wybór między jakością w 30 fps-ach a wydajnością w 60 fps-ach. W handheldzie dochodzi jeszcze tryb zbalansowany (40 klatek na sekundę) oraz „battery saver”, który obniża jakość obrazu, by wydłużyć czas pracy na baterii o jakieś pół godziny.

W docku nie widzę sensu wybierać niczego innego niż 60 fps-ów. Gra działa wtedy znakomicie i praktycznie nie spada poniżej tej wartości. Jedynym wyjątkiem są naprawdę potężne kraksy z udziałem kilkunastu aut, gdy na torze fruwają części karoserii i pojawiają się drobne „chrupnięcia”. Podczas normalnej jazdy nie doświadczyłem jednak żadnych istotnych spadków płynności. Przy zabawie w 30 fps-ach dostajemy wyższą rozdzielczość i ładniejsze odbicia, ale w grze wyścigowej mniejsza płynność zwyczajnie się nie broni. Przenośnie sytuacja wygląda podobnie. Najlepiej grało mi się w 60 fps-ach.

Wszystko by się udało, gdyby nie Nintendo

Jak widać, w Grid Legends zgadza się niemal wszystko, ale jedna decyzja Nintendo skutecznie psuje zabawę części graczy. Switch 2 nadal nie obsługuje analogowych spustów w kontrolerach innych producentów – nawet wtedy, gdy same pady takie triggery posiadają. Mój GameSir Super Nova na PC świetnie sprawdza się w Forzy czy F1, ale po podłączeniu do Switcha 2 jego spusty są widziane jako zwykłe, cyfrowe przyciski.

Efekt jest taki, że w Grid Legends mamy tylko dwa stany: 100% gazu albo 100% hamulca. Przy wyłączonych asystach auto natychmiast wpada w poślizg przy dodaniu gazu i staje dęba przy hamowaniu. O precyzyjnej jeździe nie ma mowy.

Są co prawda dwa obejścia. Pierwsze to podłączenie oryginalnego pada od GameCube’a przez oficjalny adapter – wtedy analogowe spusty działają poprawnie. Drugie to przypisanie gazu i hamulca do prawej gałki, którą można wychylać płynnie w przód i tył. Oba rozwiązania są jednak mało wygodne w codziennym użytkowaniu. Pozostaje liczyć, że Nintendo w końcu „odblokuje” analogowe triggery w padach innych producentów, bo w 2026 roku coś takiego naprawdę powinno być standardem.

To fantastyczna opcja do ścigania

Mimo tej jednej, poważnej wady, Grid Legends pozostaje świetną produkcją: z rozbudowanym trybem kariery, masą samochodów, wieloma klasami wyścigów i bardzo mocną oprawą graficzną. Jeśli lubicie gry wyścigowe i chcecie grać w nie na Switchu 2, obecnie nie ma lepszej opcji. Niestety z niewiadomych przyczyn twórcy nie zdecydowali się na dodanie do tej wersji Grid Legends trybu wieloosobowego online, więc musicie ścigać się solo.

Pod względem wizualnym i wydajnościowym wersja na konsolę Nintendo trzyma się zaskakująco blisko edycji z PS5 i Xboksa Series X. Jestem przekonany, że większość graczy nie zauważy między nimi wyraźnych różnic. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że Nintendo w końcu naprawi kwestię analogowych spustów. Wtedy Grid Legends byłoby na Switchu 2 niemal idealne.

Skomentuj