Sprzedano mi tę grę jako połączenie Diablo z Fortnite’em, ale nie obawiajcie się – Arkheron bliżej do growego cudu niż świętokradztwa

Sprzedano mi tę grę jako połączenie Diablo z Fortnite’em, ale nie obawiajcie się – Arkheron bliżej do growego cudu niż świętokradztwa
Trochę hack’n’slash, trochę MOBA, a trochę battle royale. Arkheron to pomieszanie z poplątaniem, ale trudno je pomylić z czymkolwiek innym.

Kalifornijskie Bonfire Studios, złożone m.in. z weteranów Blizzarda (w tym jego eks-CCO, Roba Pardo), chce zadebiutować tytułem próbującym wyciągnąć coś nowego z action erpegów pokroju Diablo czy Path of Exile, osadzając je w multiplayerowych schematach z ostatnich kilkunastu lat: począwszy od LoL-a, a skończywszy na… Fortnicie.

Jakkolwiek przerażająco by to brzmiało, po zagraniu w Arkheron (bo tak zwie się owa produkcja) przybywam nie tyle z ostrzeżeniem, co wręcz z zachętą. To rzecz na tyle świeża i wielowymiarowa, że warto ją sprawdzić choćby zaraz, bo od 20 lutego – w ramach Steam Next Fest – dostępna będzie jej wersja demonstracyjna. Niemniej jeszcze przed premierą dema chciałbym wam nakreślić głębię i multiaspektowość pomyślanej przez developerów rozgrywki.

Co miałem okazję sprawdzić? 

W gronie kilkudziesięciu dziennikarzy i youtuberów z całego świata zebraliśmy się na prywatnym Discordzie Bonfire Studios, aby wysłuchać przekrojowej prezentacji przygotowanej przez twórców, po czym podzieliliśmy się na 15 trzyosobowych zespołów (bo właśnie tylu graczy – 45 – rywalizuje ze sobą w każdym z meczów) dowodzonych przez projektantów, programistów czy artystów.

Arkheron

Następnie odbyliśmy dokładny trening, poznaliśmy wszystkie podstawowe mechanizmy oraz zależności (trochę ich tu jest), zmierzyliśmy się dwukrotnie testowo z botami, a na końcu wzięliśmy udział w pełnoprawnym PvPvE. I wydaje mi się, że gierkę stosunkowo prędko załapałem, bo udało mi się dotrzeć do finałowego starcia dwóch najlepszych ekip, w którym to jednak zwycięska drużyna pokazała nam różnicę klas.

Na czym polega Arkheron?

Arkheron to gra kilkufazowa. Early game stawia przede wszystkim na hack’n’slashowy grind, ale wymusza na nas ostrożność i uwagę w związku z faktem, że nieopodal znajdują się też wrogie zespoły, równolegle eksplorujące okolicę. Zaczynamy jako nieuzbrojony gołodupiec, wybierając punkt zrzutu naszej postaci na mapie. Następnie gromadzimy itemy poprzez pokonywanie szeregów potworzysk oraz bossów, otwieranie ukrytych skrzyń oraz wykonywanie pobocznych questów w formie minidungeonów.

Arkheron

Dzieje się więc tu naprawdę sporo, a emocje podsyca fakt obecności ludzkich przeciwników i ograniczenie czasowe, aby bowiem pozostać w rywalizacji, musimy udać się do zaznaczonej strefy, przetrwać na niej i w razie inwazji obcego zespołu pokonać go w celu utrzymania pozycji. Po udanej defensywie bądź ofensywie przenosimy się na kolejny poziom, staramy się znaleźć jeszcze więcej przedmiotów i progresować, dopóki nie trafimy na arenę będącą miejscem ostatecznego starcia z drugą najlepiej radzącą sobie drużyną. No chyba że po drodze zdążymy zginąć z rąk innych śmiałków, wtedy musimy rozpocząć całe zmagania od nowa, raz jeszcze dołączając do kolejki.

Kilka gatunków naraz

Czułem się tak, jakbym grał w parę gier w tym samym czasie, nie towarzyszyło mi jednak wrażenie niespójności czy chaosu. Choć trzeba zrozumieć zasady, aby nie kręcić się w kółko bez celu, tak zostały mi one na tyle czytelnie wyłożone, że wiedzę tę mogłem w sposób bardzo intuicyjny przełożyć na gameplay – a i doświadczenie zdobyte we wszelakich „Diabłach”, Dotkach czy nawet Fortnite’ach da się tu w pewnym zakresie wykorzystać.

Podobnie jak w erpegach spod szyldu „siecz i rąb”, ważny jest tu w dużej mierze loot. Ten to nie tylko punkty zdrowia, mikstury odnawiające życie, liczby do statystyk czy procenty do pancerza. To także nowe aktywne umiejętności zapewniające, czy to kolejne sposoby na zadanie obrażeń (choćby poprzez pociski), czy to efekty kontroli tłumu (jak ogłuszenia, spowolnienia). Gdy miałem takowych już trochę na podorędziu i trafiałem na wrogów, na myśl przychodziły mi tytuły MOBA, teamfighty odznaczają się bowiem bardzo podobnym charakterem kooperacyjnym i wymagają równie sprawnej komunikacji.

Arkheron

Nie spodziewajcie się tu żadnego sztywnego podziału na klasy – co prawda możemy przeobrazić się w maginię, barbarzyńcę czy innego woja, lecz wyłącznie wtedy, gdy zbierzemy w trakcie meczu komplet ubranek oraz broni składających się na określony archetyp. Wówczas nie tylko całkiem nieźle się prezentujemy, ale też zyskujemy bonusy za korzystanie z przedmiotów przynależących do danego setu. Wszystkie owe detale możemy zresztą poznać, nasuwając kursor myszy na okienko ekwipunku wyświetlające konkretną część wyposażenia. Dużo tu czytania i łączenia kropek, ale w ramach spójnie zaprojektowanego interfejsu, w którym nie brakuje najważniejszych informacji dla gracza.

W Arkheron dobrze się… klika

Wszystkie te drobnostki systemowe nic jednak by nie znaczyły, gdyby w Arkheron po prostu źle się grało. Korzystając z myszy i klawiatury, nie mam co narzekać ani na czytelność oraz hitboksy używanych zdolności, ani na płynność poruszania się bohaterem. Ba, zadbano nawet o coś w rodzaju orb walkingu, a więc możemy w sposób wygodny i naturalny ciągle się przemieszczać w wybranym kierunku, wykonując w międzyczasie podstawowe ataki czy rzucając czary. Postać sterowana jest natomiast WSAD-em, a nie mychą, prędko jednak się do owego rozwiązania przyzwyczaiłem.

Arkheron

Animacje ciosów czy dashów nie są co prawda szczególnie spektakularne i pachną nieco początkiem minionej dekady, ale przynajmniej dokładnie wiemy, co sygnalizują. Wszelkie AoE, skillshoty i inne trudne słówka z wokabularza sympatyka action erpegów otrzymują tu odpowiednią wizualną reprezentację, może jedynie co cięższym broniom przydałoby się odrobinę więcej odczuwalnego nomen omen ciężaru, a poruszaniu się na boki brakuje gracji. No ale rozumiem, że przy multiplayerowych tytułach bardzo często użyteczność musi zastąpić estetykę.

Arkheron ma coś w sobie

I choć trudno w 2026 roku wyrokować, czy kolejna gra-usługa ma szansę przebić się na rynku (zwłaszcza że w przeciwieństwie do dema pełna wersja nie zostanie udostępniona w modelu free-to-play), bo dziś zależy to nie tylko od wystarczającej jakości produkcji, ale też od ogólnego szumu wokół niej oraz nastawienia odbiorców, tak Arkheron pokazuje pazur.

W dobie tytułów odtwórczych i bezdusznych w końcu poczułem, że gram w produkcję umiejętnie korzystającą ze sprawdzonych rozwiązań, a przy tym odznaczającą się własną dynamiką i charakterem. Na pewno jeszcze się jej dokładniej przyjrzę – i solo, i ze znajomymi – ale pierwsze wrażenie pozostaje jednoznacznie pozytywne. Może akurat po Highguardzie przyszła pora na nieco bardziej udany eksperyment autorstwa branżowych wyjadaczy.

Baner Banner CD-Action Heroes of Might and Magic, numer 2

Skomentuj