Life Is Strange: Reunion to fajna gra. Szkoda tylko, że istnieje [RECENZJA]
Chociaż przez serię przewinęło się wielu bohaterów – tak pobocznych, jak i głównych – to właśnie panny Caulfield i Price zyskały największą sympatię fanów. Ich relacja (przyjaźń czy kochanie, w zależności od podjętych decyzji) zawładnęła wyobraźnią graczy chcących więcej i więcej. Doczekaliśmy się więc prequela, Before the Storm, skupionego na Chloe oraz raczej średnio przyjętego Double Exposure pokazującego przygody dorosłej Max na uczelni.
Wydaje się, że studio Deck Nine, które to eksploruje markę na życzenie Square Enix zamiast oryginalnych twórców z Dontnod (notabene nawiązujących do podobnych klimatów), nie pozostało głuche na krytykę i starało się naprawić niedopatrzenia poprzedniej produkcji. Na czele z tym największym – tym razem bohaterki wreszcie spotykają się ponownie… i to niezależnie od tego, jakiego finału doczekał się dylemat „bae or bay”.

Stara miłość nie rdzewieje
Na starcie wita nas filmik streszczający wydarzenia z pierwszego Life Is Strange oraz Double Exposure. Chociaż daje jako takie pojęcie o fabularnym zapleczu, i tak zdecydowanie polecam najpierw po prostu zagrać w obie gry. Inaczej ominie nas cały ładunek emocjonalny tych produkcji, a twarze uczniów czy nauczycieli na kampusie pozostaną anonimowe. Niejako potwierdza to pokazujący się potem ekran pozwalający ustalić, jak układają się relacje Max z kilkoma bohaterami: zaufanie, przyjaźń, może coś więcej? Jeśli nie mieliśmy żadnych interakcji z tymi ludźmi, wybór staje się kompletnie przypadkowy. Chociaż nie czarujmy się, i tak zawsze najważniejsza była Chloe – żywa lub martwa.
Jeśli w naszej wersji Life Is Strange Chloe skończyła marnie, jej obecność na początku gry może trochę dziwić. Widzimy ją jako dorosłą już kobietę z zielonymi włosami, panią menadżer punkowego zespołu. Od jakiegoś czasu prześladują ją pełne śmierci koszmary na jawie. Tymczasem Max jest świadkiem pożaru, który niszczy kampus i odbiera życie jej przyjaciołom. Dzięki swoim mocom cofa się więc w czasie, zyskując tym samym trzy dni, by dowiedzieć się, co spowodowało tę tragedię i jak do niej nie dopuścić. Historie obu dziewczyn splatają się w jedną i dochodzi do spotkania po latach. Bohaterki łączą siły, aby pomóc sobie nawzajem, a przy okazji stawić czoła wspólnej przeszłości i uporządkować swoje uczucia.

O ile Double Exposure mnie wynudziło, tak Reunion potrafi zaintrygować i utrzymać uwagę gracza aż do końca, mimo okazjonalnych wolniejszych momentów. Opowieść kluczy i podsuwa różne tropy, ale tak naprawdę w jej centrum postawiono Max i Chloe, a reszta postaci to tylko tło, któremu poświęcono o wiele mniej uwagi. Twórcy wiedzą, po co tu przyszliśmy – chcemy patrzeć, jak rozwija się ta relacja. Chociaż obie kobiety się zmieniły, wydoroślały, rdzeń ich charakterów pozostał taki sam. Max to dalej nieco nieporadna społecznie introwertyczka, a Chloe jest przebojową i pyskatą zołzą o wrażliwym wnętrzu. Razem stanowią duet jedyny w swoim rodzaju – czy to romantyczny, czy platoniczny.
Przy obsadzaniu aktorek głosowych do gry zadziała się pewna kontrowersyjka. O ile Hannah Telle grała Max Caulfield w każdej odsłonie serii i powróciła także w Reunion, sprawa z Chloe okazała bardziej skomplikowana. Oryginalnie głos dziewczynie podkładała Ashly Burch. Nie wróciła jednak do tej roli w Before the Storm ze względu na trwające wtedy strajki aktorów SAG-AFTRA i zamiast niej zatrudniono niezrzeszoną Rhiannę DeVries. Część fanów oczekiwała, że przy Reunion nastąpi comeback Burch, tymczasem zdecydowano się ponownie zatrudnić DeVries, przez co pojawiły się oskarżenia wobec studia i wydawcy, że nie chcą płacić aktorom godnych stawek. Żaden oficjalny komentarz w tej sprawie nie został jednak wystosowany.
Jak umarłemu kadzidło?
Autentycznie miło mi było znów zobaczyć tę dwójkę w akcji… tyle że im dłużej o tym myślę, tym bardziej ambiwalentne stają się moje odczucia. Z jednej strony fani dostali to, czego chcieli. Z drugiej strony… fani dostali to, czego chcieli. Fandom, krzycząc i głosując portfelami, niejako wymusił kontynuację historii, która swój finał już de facto miała. Przez to dramatyczny wybór, jakiego dokonujemy na końcu pierwszego Life Is Strange, całkowicie traci na znaczeniu, a jego emocjonalna waga wyparowuje w niebyt. Reunion, przez sam fakt swego istnienia, aktywnie sprawia, że seria traci pazur, głębię, staje się gorsza. Ot taki paradoks, być może na miejscu w grze opowiadającej o zabawie czasem.

Kolejna zagwozdka to stosunek twórców do średniawego Double Exposure. Znajomość tego tytułu wydaje się praktycznie niezbędna, żeby połapać się, kto jest kim, lecz jednocześnie sporo kwestii poruszanych w poprzedniej części serii zostało albo zmienionych, albo całkowicie porzuconych. Wycięto chociażby motyw poszukiwania nowych osób obdarzonych mocami, przez co działania Safi nie mają większego sensu. Przyjaciele Max też jakoś tak wygodnie zapomnieli, że przyznała się im do posiadania nadprzyrodzonych zdolności. Nielubiane elementy gry zostały po prostu zamiecione pod dywan, na czele z dezorientującym przenoszeniem się pomiędzy wymiarami. Wróciliśmy do starego, dobrego cofania się w czasie.
Powrót do przeszłości
Gameplayowo tym samym zbliżyliśmy się do schematu znanego z „jedynki”. Jako Max chodzimy po świecie gry, przyglądamy się rzeczom, czytamy notatki i prowadzimy rozmowy z enpecami. Jeśli konwersacja pójdzie nie tak, zawsze możemy wcisnąć mentalny rewind i spróbować jeszcze raz, będąc mądrzejszym o zdobyte doświadczenie. Tym razem jednak w niektórych momentach kierujemy też Chloe. Dziewczyna nie dysponuje żadnym magicznym darem, ale to nie czyni jej bezbronną.
Aby dostać to, czego chce, może rozpocząć „pyskówkową” minigrę. Jeśli w tej chwili poczuliście ciarki żenady, wspominając, jak wyglądało to w Before the Storm, uspokajam, że po pierwsze tych scenek jest tutaj o wiele mniej, a po drugie potyczki słowne nie polegają już na rzucaniu tekstów typu „twoja stara”. Teraz wymiana zdań opiera się bardziej na wykorzystywaniu zdobytej wcześniej w terenie wiedzy, pozwalającej wciskać ludziom kit. Nie wypada to najgorzej.

W trakcie rozgrywki podejmujemy kilka poważnych decyzji, ale prawda jest taka, że chociaż wpływają one na finał, jakoś specjalnie mnie nie obeszły. Nie ma tutaj niczego, co rozłoży nas psychicznie tak, jak na przykład los Kate w pierwszym Life Is Strange. Nawet jeśli pojawiają się ofiary naszych złych decyzji, w większości są to tylko statyści – gdyby nie plansze podsumowujące na końcu gry, autentycznie nie miałabym pojęcia, kim był jeden z denatów. O ile wszystko, co dotyczy Chloe i Max, wykonano świetnie, tak cała reszta emocjonalnie ani specjalnie ziębi, ani grzeje.
Dziwny jest ten świat
Seria zawsze stała dobrą muzyką i tym razem nie mogło być inaczej. Rozgrywce towarzyszy naprawdę sporo fajnych indierockowych kawałków, a gra daje przestrzeń, żeby się nimi nacieszyć. Jeśli taka nasza wola, znajdziemy miejsce, by przycupnąć sobie gdzieś na chwilę i po prostu się zrelaksować, przemyśleć sprawy, dać chwili wybrzmieć. Voice acting też jest bardzo dobry. Aktorzy doskonale sprzedają swoich bohaterów, sprawiając, że da się ich polubić (choć nie obyło się bez małej kontrowersji, więcej w ramce).

Graficznie Reunion prezentuje podobny poziom jak poprzednia część, ale tym razem twórcom zabrakło trochę czasu na ostateczne szlify. Często da się zaobserwować glitchujące się włosy czy cienie, postaciom zdarza się robić nienaturalne miny, a tekstury niekiedy ładują się z opóźnieniem. Może się to jeszcze wyklepie w łatkach.
Life Is Strange: Reunion trudno ocenić. Ma trochę wad i niedoróbek, a mimo to bawiłam się przy nim bardzo dobrze, gdyż Max i Chloe zawsze miło mi się ogląda w akcji. Dziewczyny to jednak zarówno największa zaleta, jak i problem tej produkcji. Marzenia fanów domagających się kontynuacji i szczęśliwego zakończenia zostały spełnione, lecz jednocześnie straciliśmy też po drodze coś ważnego. Całkiem szczerze, wolałabym, żeby ta gra nigdy nie powstała, ale skoro już jest, cieszę się, że ten powrót do przeszłości okazał się udany.
W Life Is Strange: Reunion graliśmy na PC.
OCENA: 8
PODSUMOWANIE: Life Is Strange: Reunion to gra niepotrzebna, niemniej fani Max i Chloe będą wniebowzięci, widząc ponowne spotkanie bohaterek. Reszta świata może sobie tę produkcję odpuścić.
PLUSY:
- świetnie napisana i przedstawiona relacja między Max i Chloe;
- udany powrót do korzeni, jeśli chodzi o gameplay;
- wspaniały soundtrack;
- voice acting na wysokim poziomie.
MINUSY:
- pomijając główny duet, gra mocno letnia emocjonalnie;
- trochę glitchy graficznych;
- dla formalistów: nie zachowuje ciągłości z Double Exposure.