Lego Batman: Legacy of the Dark Knight – recenzja. Nareszcie kolejna świetna gra z klockami!

Lego Batman: Legacy of the Dark Knight – recenzja. Nareszcie kolejna świetna gra z klockami!
Od wydanej w 2022 roku Skywalker Sagi następne gry z cyklu Lego rozczarowywały. Na szczęście powrócił Batman – i sprawił, że ja oraz reszta domowników nie mogliśmy się oderwać od ekranu.

Szukacie świetnej platformówki? Albo gry, która wciągnie i rodziców, i dzieci? A może po prostu tytułu pozwalającego się odprężyć i radośnie spędzić kilkadziesiąt godzin na eksploracji pełnej zagadek mapy? Niezależnie od motywów, jakie wami kierują, Lego Batman: Legacy of the Dark Knight powinno być strzałem w dziesiątkę.

Od małego Bruce’a do postrachu przestępców

Fabularnie nowy klockowy Batman to gra przekrojowa. W ramach prologu oraz kolejnych sześciu rozdziałów – wspartych na dokładkę eksploracją miasta po ukończeniu kampanii – poznajemy tu losy Bruce’a Wayne’a. Odziany w strój nietoperza pogromca złoczyńców zaczyna swoją podróż mściciela jako chłopiec, któremu beztroskie dzieciństwo przerywa śmierć rodziców. Potem przechodzimy rygorystyczny trening w Lidze Zabójców, by następnie wrócić do opanowanego przez zbirów Gotham i „odhaczać” z całkiem sporej listy przeciwników kolejne mniej lub bardziej głośne nazwiska – takie, które na pewno znacie z komiksów, seriali czy filmów DC.

Od czasu do czasu pojawiają się sekwencje QTE, ale należą do łatwych.

Całość oczywiście jest podana z przymrużeniem oka, „plastikowe”, charakterystyczne dla serii żarty sypią się niczym z rękawa, a twórcy typową dla Batmana powagę sprawnie nakierowują w stronę bardziej niewinnej historii – dobrej dla odbiorców w każdym wieku. Nawet scenę zabójstwa rodziców Batmana pokazano tu tak, że nie spowoduje traumy u najmłodszych.

Wspomniane już rozdziały to zaś pretekst, by przedstawić kolejne ważne etapy w życiu Batmana: genezę, pierwsze spotkanie z Gordonem, a potem systematyczne powiększanie się „nietoperzowej” rodziny. Jest w tym pewna dowolność w kształtowaniu opowieści, zwłaszcza w odniesieniu do „złoli” – Traveller’s Tales nie boi się uciekać od kanonu, ale robi to tak uroczo, że nie sposób czynić twórcom zarzuty. Zwłaszcza że po drodze mamy naprawdę sporo do roboty – nikt raczej nie kupuje tego tytułu dla zakręconej jak włosy Poison Ivy historii.

Z rzadka gra zamienia się w shootera.

Batman i spółka

Pierwsze skrzypce gra tu oczywiście Batman – to nim kierujemy przez większość czasu, choć zdarzają się pewne wyjątki. Zawsze jednak towarzyszy mu druga postać. Kto konkretnie? To już zależy od fabuły. Przemierzając Gotham, poznajemy wielu sojuszników – praktycznie każdy rozdział przynosi kogoś nowego do kompletu i mimo że bohaterów jest tu ogółem znacznie mniej niż chociażby w grach Lego ze świata Śródziemia, tak czy inaczej na nudę narzekać nie będziecie. Każda persona jest bowiem bardzo mocno zakorzeniona w gameplayu i wnosi do zabawy nowe sztuczki, z wykorzystaniem których torujemy sobie drogę przez świat gry.

Batman dla przykładu korzysta z batarangów i liny z pazurem. Gordon ma pistolet strzelający glutami zatykającymi przeciekające rury lub gaszącymi ogień. Kobieta Kot może przywołać do pomocy zdolnego wślizgnąć się w różne zakamarki futrzaka, jej pazury zaś przecinają nawet pancerne szkło. Batgirl z kolei świetnie radzi sobie z elektroniką – tego typu specjalizacji jest tu naprawdę sporo, a czasami musimy też korzystać z postaci odblokowanych wcześniej.

Nie zabrakło oczywiście różnych strojów dla naszych herosów – tu Nietoperz znad Wisły (a przynajmniej ja go tak nazywam).

Co ciekawe, twórcy wyraźnie przy tym wszystkim romansują z superbohaterskimi „poważnymi” grami. Do dyspozycji mamy więc drzewka umiejętności oraz możliwość rozwijania gadżetów – walutą zaś są niezmiennie zbierane przez nas różnorakie klocki. W trakcie gry bez problemu rozpoznacie też szereg charakterystycznych ciosów, ataków z zaskoczenia i kombosów. 

Całość została oczywiście uproszczona i odpowiednio przycięta do plastikowej konwencji, co chyba najmocniej czuć w absurdalnych finisherach – nie zmienia to jednak faktu, że miłośnicy tytułów Rocksteady niejednokrotnie uśmiechną się pod nosem. Ba, znajomość tej klasyki – ale również seriali czy filmów – przyda się także, by docenić całkiem sporo charakterystycznych i znanych z szerzej pojmowanej popkultury scen. Aluzjami i humorem gameplay okraszono tu dość gęsto.

Batjaskinia jest naszym centrum dowodzenia i miejscem, gdzie możemy przejrzeć m.in. kolekcję znajdziek oraz wyzwania.

We dwójkę naprawdę raźniej

Wszystkie te zalety jeszcze przyjemniej rezonują w co-opie. Większość gry przeszedłem właśnie w ten sposób i powiem wam, że bawiłem się wręcz wyśmienicie. Kolejne zagadki są skonstruowane tak, że naturalnie wymuszają współpracę między dwiema osobami – wspólne rozkminianie sprawia zaś wielką frajdę. Schematyczność, jeśli w ogóle, pojawia się tutaj rzadko – spora w tym właśnie zasługa kompleksowo przygotowanych i naprawdę różniących się od siebie bohaterów. Nie ma tu ani klonów, ani typowych „zapchajdziur”, które co najwyżej robią tłok.

Twórcy nie traktują drugiej osoby jak piątego koła u batmobilu. Na palcach jednej ręki mógłbym policzyć przypadki, kiedy mój towarzysz musiał dłużej czekać, bym ja w tym czasie np. utorował mu drogę. Na ogół role zmieniają się płynnie, a gameplay nie frustruje. Brawo! Zwłaszcza że w grze pomagali mi domownicy w wieku od lat 6 do całkiem zaawansowanej już dorosłości i każdy bawił się tak samo dobrze. W przypadku tych najmłodszych problematyczna co najwyżej może być miejscami walka, zwłaszcza potyczki z bossami.

Na naszej drodze stanie kilka typów przeciwników, niektórzy zaś wymagają dłuższego oklepu.

Patrząc jednak szerzej – i w takich wypadkach nie jest źle. Lego Batman cechuje się bowiem świetnym balansem pomiędzy starciami a eksploracją i rozwiązywaniem zagadek. Z rzadka jedynie te pierwsze potrafią przytłoczyć bardziej skomplikowanymi sekwencjami. Tu jednak najwyraźniej też ktoś pomyślał i w przeciwieństwie do łamigłówek niemal każdego bossa da się pokonać, „holując” mniej oblatanego z padem towarzysza – po prostu trwa to trochę dłużej.

Jeśli jednak szukamy bardziej wymagającej rozrywki, możemy sobie zmienić poziom trudności na wyższy. Wówczas zabawa zaczyna znacznie bardziej przypominać to, co znamy z „dorosłych” Batmanów, a my musimy kombinować, mając na względzie limitowane już w tym wypadku życia i mocniejszych wrogów. Innymi słowy, da się tu grać na różne sposoby, zależnie od umiejętności padodzierżcy.

Przerywników dobrej jakości jest tu całkiem sporo.

Jedyny w zasadzie mój zarzut względem modułu współpracy ma charakter techniczny. Otóż najnowsza odsłona cyklu pozwala na zabawę wyłącznie w trybie sztywno ustawionego split screena na lewą i prawą połówkę. Hybrydowych rozwiązań brak – nawet gdy stoimy blisko siebie, dwie części ekranu nie „zlewają” się ze sobą, jak to czasem bywało w poprzednich odsłonach serii.

Zobaczyć Gotham i umrzeć… ze śmiechu

Do całej wspomnianej wcześniej plejady bohaterów należałoby zaliczyć również… samo miasto. Gotham, jak na ponurą, ale wypełnioną klockami metropolię przystało, bardzo umiejętnie łączy powagę i parodię. Mamy więc ulice okupowane przez bandziorów, ale i szereg aktywności pobocznych udanie wyrywających z typowego dla Batmana wielkomiejskiego nihilizmu – bo trzeba np. pomóc wyłapać mniej lub bardziej słodziakowe zwierzaki, które uciekły z zoo. Poza tym szukamy symboli Batmana, zmutowanych roślinek, przestępców, a nawet… ducha.

Są wyzwania Człowieka Zagadki, mamy też dość specyficzne łamigłówki związane z technologiami firmy Bruce’a. Główkujemy przy odblokowywaniu punktów szybkiej podróży, a w lokalizowaniu sekretów pomagają rozsiane po mieście anteny. Jest tego wszystkiego całkiem sporo i tradycyjnie po ukończeniu wątku głównego zostajemy z mapą upstrzoną skarbami do odkrycia oraz aktywnościami i wyzwaniami, których nie zdążyliśmy zaliczyć po drodze.

Granie we dwójkę to naprawdę mnóstwo frajdy.

Samo miasto dzieli się na spięte mostami wyspy. Całość możemy swobodnie zwiedzać, korzystając z szeregu przypisanych do postaci pojazdów (są też oczywiście liczne skórki – tak samochodów, jak bohaterów, niektóre nawet z unikatowymi efektami), jak również robiąc użytek z linki z hakiem i rozkładanych lotni, co mocno przypomina systemy poruszania się z „poważnych” produkcji – a szybką podróż rozwijamy z biegiem gry.

Warto też nadmienić, że konstrukcyjnie nowy Batman z serii Lego jest miksem zadań dziejących się w otwartym i zamkniętym świecie – z tego pierwszego dajemy nura do licznych, niezależnych od niego misji fabularnych, niekiedy zresztą zupełnie niezwiązanych z metropolią Batmana czy właściwymi mu czasami. W ten oto sposób zwiedzamy np. mroźne góry na początku zabawy. Generalnie jednak całość kręci się wokół Gotham i tamże np. skaczemy po pędzących autostradą samochodach, wędrujemy do niesławnego więzienia dla zbirów czy w końcu ruszamy, by skopać tyłek głównemu przeciwnikowi – ogółem zróżnicowanie misji to kolejna zaleta tego tytułu. 

Widzisz tęczowego Batmana i myślisz: „retro!”.

Dla dużego i małego Batmana

Na koniec jednak trochę sobie ponarzekam (ale tylko trochę), bo w istocie wady gry przysłaniają jej zalety równie skutecznie jak pchła słonia. Śmigając po Gotham, zauważycie, że model jazdy batmobilem jest w sumie taki… dość przeciętny. Samochód jednak konieczny okazuje się wyłącznie w paru zadaniach, więc boli to tyle co nic. Nie chciały mi się też uruchomić ze dwie, trzy misje – pomógł dopiero restart gry. O braku hybrydowego split screena już było, ale wspomnę jeszcze o niemożności przywołania do siebie postaci drugiego gracza – a to by się na otwartej mapie miasta czasem przydało, zwłaszcza gdy gramy z najmłodszymi członkami rodziny. Wyzwania fabularne dla obu zawodników można już jednak na szczęście zacząć w pojedynkę, docierając w odpowiednie miejsce w metropolii.

Więcej grzechów nie pamiętam, a grę przeszedłem w niecałe 20 godzin. W trakcie nich zahaczyłem o stosunkowo niewielką liczbę robótek na boku, potem zaś już spokojnie śmigałem sobie po Gotham dla własnej przyjemności. Do wyczyszczenia została wszak cała mapa, a to – wraz z wątkiem głównym oraz maksowaniem znajdziek w ramach misji – wymaga, jak sądzę, łącznie co najmniej 30 godzin. Czy to wystarczająco dużo zawartości? Cóż, odpowiedzcie sobie sami. Ja jednak jestem bardzo zadowolony i dodaję Lego Batman: Legacy of the Dark Knight do mojej prywatnej listy najlepszych gier spod znaku klocków rodem z Danii – gdzieś obok Undercover, Gwiezdnych wojen czy Władcy Pierścieni. Moim zdaniem nie będziecie żałować zakupu – zwłaszcza kiedy za drugi pad złapie ktoś z domowników.

W Lego Batman: Legacy of the Dark Knight graliśmy na PS5.

Lego Batman: Legacy of the Dark Knight – ocena i podsumowanie

OCENA: 9

PODSUMOWANIE: Świetna platformówka dla małego i dużego Batmana. Znajdziecie tu spore zróżnicowanie gameplayowe, dużo zagadek, sprawiający frajdę i dopracowany tryb co-op, a także mnóstwo miłości do jednego z najbardziej charakterystycznych bohaterów komiksów DC.

PLUSY:

  • wyśmienity co-op;
  • całkiem sporo dopracowanych i zróżnicowanych gameplayowo postaci;
  • miasto Gotham i dużo aktywności różnego rodzaju na mapie;
  • ciekawe, zmuszające do główkowania i współpracy zagadki;
  • dobry balans między walką a łamigłówkami;
  • przyjemny, nienarzucający się rozwój postaci i sporo pierdółek do odblokowania po drodze;
  • humor i liczne aluzje do innych „nietoperzowych” dzieł popkultury – ale nie tylko;
  • starcia z przeciwnikami przygotowane tak, że śmiało można grać z najmłodszymi, którzy jeszcze „nie ogarniają” – ale da się też bawić się na wyższym poziomie trudności;
  • ogółem to piękna laurka dla Batmana i jego historii.

MINUSY:

  • sporadyczne błędy techniczne – z rzadka niektóre misje nie uruchamiają się bez restartu gry;
  • brak hybrydowego split screena;
  • taki sobie model jazdy samochodem i nieco upierdliwe pościgi;
  • niemożność „przywołania” do siebie postaci drugiego gracza, gdy ten zgubi się w Gotham.

Skomentuj