„Spider-Noir” to kolejny triumf Nicolasa Cage’a! Spodoba się nawet tym, którzy nie lubią superbohaterów

„Spider-Noir” to kolejny triumf Nicolasa Cage’a! Spodoba się nawet tym, którzy nie lubią superbohaterów
Co wyjdzie z pomysłu, w którym spotyka się charyzma Nicolasa Cage’a, czarny kryminał i wariacja na temat Człowieka-Pająka? Otóż, jak się okazuje – rozrywkowa perełka. „Spider-Noir” zabiera nas do zadymionych, alternatywnych lat 40. I robi to z klasą.

Spider-Manów ci u nas dostatek. Ten Garfielda (mój ulubiony, nie bijcie), Maguire’a, Hollanda, kolejne seriale animowane (z nieodżałowanym „Spectacular Spider-Manem” na czele), wreszcie „Into the Spider-Verse”, które zaprezentowało szerszemu gronu Milesa Moralesa i Spider-Gwen – a także szwadron niszowych pajęczych wariantów. Ktoś mądry ostatnio powiedział, że Spidey był twarzą Marvela na długo przed „Avengersami” – i pozostanie nią długo po tym, jak „Mściciele” przeminą. Może właśnie dlatego kolejne jego wcielenia przyjmujemy z pewnym zainteresowaniem. 

Bohaterowi „Spider-Noir” warto zaś przyjrzeć się ze szczególną uważnością. To heros, którego przygody najpewniej spodobają się nawet ludziom nietrawiącym komiksowych supków. Wszystko wzięto tu bowiem w nawias czarnego kryminału rodem z lat 40. i opowieści hard-boiled – z samoświadomością i zrozumieniem gatunku.

Nicolas Cage Noir

Tym razem zamiast Petera Parkera mamy Bena Reilly’ego (znakomity Nicolas Cage) z alternatywnego uniwersum. To imię stanowi hołd dla pierwszego Scarlet Spidera, dokładnej genetycznej kopii Petera z kultowej „Sagi klonów” (zawikłane, wiem). Noirowy Reilly dysponuje nieco większą siłą niż człowiek, naturalnie tworzoną siecią i pajęczym zmysłem – może też wspinać się po ścianach. Nie wykonuje jednak niestworzonych akrobacji i nie musi się hamować, by przypadkiem kogoś nie zatłuc jednym uderzeniem. Jego moce dostosowano do ulicznego poziomu i skali.

W spadku po „Into the Spider-Verse”, gdzie Cage podkładał głos jednej z wersji głównego bohatera, twórcy serialu dostali właściwego człowieka na właściwym miejscu. To przecież weteran, który święcił największe triumfy kilka dekad wcześniej. Grał u Davida Lyncha, w „Panu życia i śmierci”, ale też w masie przebojowych akcyjniaków z „Bez twarzy” i doskonałym „Con Air” na czele. Potem zaliczył fazę istnienia w świadomości odbiorców jako mem i serię marnych filmów, ostatnio jednak wrócił ze swoim ekscentryzmem na pełnej i co jakiś czas oglądamy go w jednej z głównych ról w całkiem intrygujących produkcjach (jak chociażby „Nieznośny ciężar wielkiego talentu”). Jeśli ktoś wie coś o trudnych i żmudnych comebackach – oraz jak to zagrać – to właśnie Nicolas Cage. 

fot. Prime Video

I o takim powrocie opowiada „Spider-Noir”. Ben Reilly najlepsze lata ma już za sobą. Kiedyś bronił Nowego Jorku jako superbohater, ale pięć lat temu zabito mu miłość życia. Poczuwał się do winy, zawiesił maskę na kołku (czy raczej schował w ścianie) i teraz próbuje utrzymać się z pracy prywatnego detektywa. Prawdopodobnie gniłby sobie powoli, gdyby na jego drodze nie stanęła femme fatale (Cat Hardy) i gdyby nie wpakował się w sam środek intrygi związanej z mafijnym bossem Silvermane’em. We wszystko wplątani są też ludzie posiadający supermoce.

„Spider-Noir” łączy stare oraz znane z tym, czego widzowie (w przeciwieństwie do czytelników komiksu o tym samym tytule) jeszcze nie doświadczyli. Jasne, zobaczymy tu Bugle’a, pajęcze moce, kilka znanych, choć zmodyfikowanych z uwagi na tę gałąź multiwersum, postaci – jak Flint Marko, „wcale-nie-Felicja” Cat Hardy, Robbie Robertson czy właśnie Silvermane (pozwólcie, że zostawię Wam parę innych niespodzianek do odkrycia).

Pająk pająkowi nierówny?

Serial bardzo zręcznie przekłada znane z komiksów o oryginalnym Spider-Manie archetypy na stylistykę noir (odrzuca przy tym genezę „zeszytowego” Noira). Jest z kogo zrobić „mrocznego mentora” i wroga jednocześnie. Doboru femme fatale tłumaczyć chyba nie muszę. Sam Spider, czyli heroiczny nieudacznik, ciągnie show i faktycznie działa tak, jak mogłaby funkcjonować wypadkowa brudnego detektywa z ulicznym superbohaterem. Smaku dodaje oczywiście dziwaczność Nicolasa Cage’a. Aktor wprawdzie nie szarżuje, jak mu się to drzewiej zdarzało (choćby u Lyncha czy nawet w „Ghost Riderach”), ale dostał dość miejsca, żeby porwać swoją specyficzną charyzmą zarówno w scenach klimatycznych, jak i niezręcznych, ale humorystycznych popisówkach, których nie powstydziłby się Peter Parker. Doprawia to też iście noirowym zgorzknieniem.

Sama fabuła po prostu daje radę, spełnia swoją funkcję i sprawia, że chcemy obejrzeć jeszcze jeden odcinek, nawet wbrew rozsądkowi każącemu wstać rano do pracy. W końcu czego tu nie lubić? Zagadka kryminalna przechodzi w gangsterskie porachunki, a w to wszystko wplątani zostają ludzie z supermocami. Tych ostatnich show traktuje dość empatycznie, co zresztą łączy wiele historii o Spider-Manach. Wrogowie rzadko są tu do końca źli (z pewnymi wyjątkami). To częściej ofiary okoliczności, a czasem własnej głupoty.  

Treść i forma

Czy cokolwiek w tej historii jest oryginalne? Nieprzesadnie. To żonglerka kliszami, ale utrzymana w bardzo dobrym rytmie i tempie, z duszą i serduchem na właściwym miejscu. Całość podano wprost, szczerze, z tą twórczą radością i w oprawie, która może przywodzić na myśli „Spider-Many” Sama Raimiego. Mnóstwo tu zabawy muzyką, kadrami, nawiązaniami do klasyki noir i neo-noir (relacja Bena i Cat przypomina np. jeden z romansów z „Blue Velvet” – w bardzo, ale to bardzo ugrzecznionej wersji). 

Forma stanowi tu główną atrakcję. Serial oryginalnie kręcono w czerni i bieli, co przekłada się na specyficzny klimat – bardzo dobrze oddano aurę lat 40. Za hajs Amazonu zaszaleli także twórcy scenografii, dekoracji i strojów – i to wszystko procentuje, tworzy na ekranie żywy świat z wiarygodnym tłem i palącymi problemami, które dobrze rezonują z ekranowym „wtedy”, jak i z naszym „teraz” (zależności, nierówności społeczne). Szczerze polecam obejrzeć ten serial tak, jak go stworzono – czyli w odcieniach szarości, „od czerni, do białości”, jak śpiewał pewien polski muzyk. Wersja kolorowa wygląda w miarę w porządku (barwy dodano w postprodukcji, a kadrowania nikt ekipie nie odbierze), ale traci część tego gęstego, nowojorskiego klimatu. Tak czy inaczej – warto. To kawał porządnej pajęczej rozrywki i miły hołd dla klasyki. Czasem to wystarczy. Tak jak czasem potrzeba jedynie niewydarzonego detektywa z odrobiną mocy i odpowiedzialności.

spider-noir – ocena i podsumowanie

OCENA: 8

PODSUMOWANIE: „Spider-Noir” zapewnia mnóstwo rozrywki nie tylko miłośnikom Marvela. To gratka dla widzów stęsknionych za czarnymi jak smoła kryminałami. Twórcy bawią się kliszami i możliwościami Cage’a, a my – podczas seansu.

Skomentuj