„Backrooms. Bez wyjścia” – recenzja filmu. A jednak można! Ten horror z szacunkiem adaptuje internetowy fenomen

„Backrooms. Bez wyjścia” – recenzja filmu. A jednak można! Ten horror z szacunkiem adaptuje internetowy fenomen
fot. Monolith Films
Wystarczyło zaangażować twórcę rozumiejącego i współtworzącego materiał wyjściowy, nie przestraszyć się jego młodego wieku i zapewnić mu odpowiednią wolność artystyczną.

Domyślam się, co większość z was sobie pomyślała, gdy jakieś trzy lata temu dowiedzieliśmy się, że powstaje hollywoodzka adaptacja „Backrooms”. Przeżywaliśmy to już w 2018 roku, gdy na ekrany kin trafił spóźniony o dekadę „Slender Man”. Film, który powstał prawdopodobnie wyłącznie dlatego, że kilkoro specjalistów od Excela dowiedziało się od swoich dzieci, iż w sieci krąży popularna creepypasta i być może dałoby się z niej wycisnąć jeszcze garść dolarów. Efekt końcowy faktycznie okazał się umiarkowanym sukcesem finansowym, za to sromotną klapą na polu artystycznym (uhonorowaną nawet nominacją do Złotej Maliny) i chyba każdym innym.

W przypadku „Backroomsów” dwie rzeczy pozwalały jednak patrzeć w przyszłość z pewnym optymizmem. Projekt przygarnęło bowiem cenione studio A24, a do tego za kamerą miał stanąć Kane Parsons, znany szerzej jako Kane Pixels.

Jedno zdjęcie cenniejsze niż milion słów

Jeśli internetowy fenomen „Zapleczy” dotąd was ominął, te dwa akapity będą specjalnie dla was. Wszystko zaczęło się w kwietniu 2018 roku, kiedy to na 4chanie ktoś wrzucił specyficzne zdjęcie pokazujące z kopniętej perspektywy bliżej niesprecyzowany korytarz wyłożony żółtawą tapetą. Na pierwszy rzut oka nie było to nic szczególnie ciekawego, rzecz szybko zaginęła więc w zalewie innych „przeklętych” obrazków. Powróciła jednak ze zdwojoną siłą rok później, kiedy to zupełnie inny 4chanowiec dopisał do niej kilka zdań. Zawarł w nich ostrzeżenie, że w niektórych miejscach na naszym globie da się przejść przez ścianę i trafić do innego wymiaru…

Tym razem zdjęcie zażarło – i to naprawdę mocno. Kolejni użytkownicy udostępniali oryginalną historię, ta działała na wyobraźnię następnych – i tak oto narodziła się fala creepypast, wręcz cała mitologia powstała na bazie jednej dziwnej fotografii. Apogeum tego szaleństwa przypadło na okres pandemii, a z dzisiejszej perspektywy najważniejszy okazał się filmik wyrenderowany w Blenderze przez siedemnastoletniego wówczas Kane’a Pixelsa. Po publikacji na YouTubie w styczniu 2022 roku wideo to błyskawicznie stało się viralem, twórca zaś przygotowywał kolejne „odcinki”, trzymając się estetyki horroru analogowego, aż w końcu dostał szansę opracowania hucznej adaptacji.

fot. Monolith Films

Żółtawa tapeta na kinowym ekranie

Pełnometrażowe „Backrooms” przenosi nas do 1990 roku. Clark to niespełniony architekt prowadzący sklep z kiczowatymi meblami. Zamiast realizować swoje ambicje, musi przebierać się za pirata i robić z siebie coraz większego idiotę, by wcisnąć klientom kolejny badziew. Smutki próbuje utopić w coraz większym morzu alkoholu – pewnego wieczora przesadza jednak z wybuchem gniewu i nawet żona postanawia go opuścić. Ostatnią deską ratunku pozostaje dla niego dr Mary Klein, psycholożka również mająca na koncie niewesołe doświadczenia. Egzystencje tej dwójki stają na głowie, gdy pewnego dnia Clark odkrywa w piwnicy swojego sklepu tajemnicze przejście przez ścianę…

Naznaczone piętnem traumy sylwetki obojga bohaterów okazują się tu niezwykle istotne, bo w tej interpretacji „Zaplecza” są trochę jak Silent Hill. Zdają się wzywać do siebie osoby po konkretnych przejściach, do tego sama ich natura jest do pewnego stopnia dostosowywana do człowieka, który akurat tam trafił. Ostrzegam jednak, że film dość długo rozstawia pionki, zanim przejdzie do konkretnego ataku, a sytuacji nie poprawia fakt, że cały wątek terapeutyczny wydaje się do bólu sztampowy – ja sam miałem np. spory problem z jego wiarygodnością. Co boli tym bardziej, że reszta tej produkcji urzeka nietypowością i uciekaniem od ogranych schematów.

fot. Monolith Films

Bez prawa, bez logiki nie ma muzyki

Angaż Kane’a Parsonsa do stworzenia tego obrazu natychmiast wskazywał, że tym razem to nie korporacyjne głowy podyktują warunki. I całe szczęście, bo dzięki temu zamiast kolejnego nudnego filmu grozy stawiającego na skrywanie wszystkiego w mroku, straszenie widza jump scare’ami i przerażające dziewczynki czy inne nawiedzone lalki dostaliśmy dzieło wręcz eksperymentalne. Nie aż tak jak np. „Skinamarink” (i dobrze!), niemniej wystarczy wspomnieć, że niemal każda minuta z blisko dwóch godzin seansu skąpana jest w jaskrawym świetle jarzeniówek, a poczucie niesamowitości buduje się wykręcaniem rzeczywistości jak najdalej od znanych nam praw fizyki. Wraz z Clarkiem i Mary obserwujemy coraz dziwniejsze rzeczy, aż…

Bardzo doceniam też oszczędne korzystanie z nawiązań do lat 90. Owszem, widzimy tu nagrania z kaset VHS (jedno nawet otwiera seans), słyszymy muzykę à la vaporwave i oglądamy fragmenty głupawych reklam w telewizji, ale żaden z tych elementów nie jest nadmiernie eksploatowany. To samo dotyczy muzyki: fani internetowych śledztw związanych z tzw. lost mediami od razu rozpoznają pewien utwór pojawiający się w toku akcji, do końcówki z kolei trafnie dobrano kawałek szkockiego duetu Boards of Canada, idealnie pasujący stylistycznie do całego projektu (przy okazji gorąco rekomenduję album „Inferno”, którym panowie przerwali 13-letnią ciszę!).

fot. Monolith Films

Jutrzejsze żniwa

Wszystko to sprawia, że seans „Backroomsów” mogę tylko polecić, choć z zastrzeżeniem, że to kino specyficzne. Na pewno nie jest to wyrachowana próba zarobienia miliona dolarów na przebrzmiałym fenomenie internetowym, czego wielu z nas się obawiało. To nietypowa opowieść, której bliżej do weird fiction niż klasycznego horroru – bardziej trafi do ludzi budzących się z krzykiem po tym, jak przyśnią im się schody prowadzące w sufit, niż amatorów krwawej jatki i niestworzonych potworów. Doceniam, że Kane Parsons nie uległ pokusie nadmiernego wyjaśniania i nie odarł „Zapleczy” z aury tajemnicy.

Trochę boję się natomiast, że dojdzie do tego w kolejnych częściach – a te powstaną na pewno, bo film już zarobił ponad 220 mln dolarów przy budżecie wynoszącym zaledwie… 10 mln. Sam Parsons otwarcie mówi zarówno o sequelu, jak i serialu telewizyjnym. Trzymam kciuki, by zachował artystyczną integralność, gdyż po zdobyciu tytułu najmłodszego reżysera w historii, który podbił amerykański box office, niejednemu by pewnie odbiło.

PS A żeby nie było, że tylko cudze chwalimy, a własnego nie znamy: po seansie polecam sięgnąć po książkę „Zaplecza” pióra Dawida Kaina, naszego rodzimego specjalisty od szeroko pojętej grozy. To zupełnie inne, ale równie oryginalne podejście do zjawiska „backroomsów”.

„Backrooms. Bez wyjścia” – ocena i podsumowanie

OCENA: 8

PODSUMOWANIE: Zaskakująco oryginalna i wierna materiałowi źródłowemu adaptacja internetowego fenomenu, w którym wciąż zdaje się tkwić niewykorzystany potencjał. Dla miłośników weird fiction, przestrzeni liminalnych i nienachalnej estetyki lat 90. pozycja obowiązkowa.

Skomentuj