Captain Tsubasa 2: World Fighters – recenzja. Największe piłkarskie anime świata czaruje na boisku, ale męczy w szatni
Wspomniane japońskie studio nie zasłynęło wielkimi hitami. Jeżeli nie należycie do grona oddanych wielbicieli dalekowschodnich produkcji, prawdopodobnie takie tytuły jak Battle Arena Toshinden, Senran Kagura czy Onechanbara widzicie na oczy po raz pierwszy w życiu. Największym przebojem owych devów, rozpoznawalnym szerzej poza Krajem Kwitnącej Wiśni, jest Captain Tsubasa: Rise of New Champions z 2020 roku, który po niemal 15 latach nieobecności przywrócił kultowe anime na ekrany konsol i PC. I to właśnie z bezpośrednią kontynuacją tej produkcji mamy obecnie do czynienia.
Z orlika na mistrzostwa świata
Sequel rozpoczyna się tam, gdzie zakończyła się fabuła pierwszej części. Tsubasa Ōzora, po odniesieniu zwycięstwa w krajowych mistrzostwach gimnazjów, przenosi się z Nankatsu do Brazylii, trafiając do zespołu Sao Paulo FC. A my obserwujemy rozwój jego sportowej kariery, zarówno klubowej, jak i w narodowej reprezentacji Japonii. Tak mi się przynajmniej wydaje. Gra bowiem na samym wstępie umożliwia wybór jednej z dwóch fabularnych ścieżek: drogi Tsubasy lub stworzenia własnego zawodnika. Zdecydowałem się na tę drugą opcję, kreując swojego przyszłego mistrza świata, i możliwość wybrania Ōzory zniknęła bezpowrotnie.

Mimo najszczerszych chęci i długich poszukiwań w ustawieniach nie udało mi się więc sprawdzić obu opcji. Na tę chwilę jedyne (najprawdopodobniej) rozwiązanie stanowi skorzystanie z innego konta lub reinstalacja gry. Ścieżki fabularne wydają się jednak ze sobą mocno powiązane, bowiem nasz piłkarz najpierw pojawia się jako nowy nabytek w brazylijskim zespole, a po odniesieniu sukcesów z Sao Paulo FC wraca do Japonii, gdzie ponownie spotyka Tsubasę w potyczkach na szczeblu krajowym.
Opowieść to bezsprzecznie najważniejszy filar World Fighters. Łączy ze sobą wątki prezentowane w klasycznej mandze Yōichiego Takahashiego, rozbudowując je o oryginalne scenariusze przygotowane przez developerów, dzięki czemu mogą zainteresować zarówno starych wyjadaczy, jak i graczy nieobeznanych z mającą już 45 lat legendą „Kapitana Jastrzębia”. Mogą, ale niekoniecznie muszą. A to wszystko z powodu wybranego przez twórców sposobu ich przedstawienia.

Fabularny flak
Zasiadłem przed konsolą w piątkowy wieczór, przygotowując się na prawdziwe piłkarskie emocje. Odpaliłem grę, stworzyłem swojego sportowca i zagłębiłem się w obowiązkowych cutscenkach. Pierwsza pogawędka, druga, trzecia, piąta, dziesiąta… jest tego tak dużo, że za pierwszym posiedzeniem, będąc już kompletnie zmęczony słuchaniem kolejnych gadających głów, finalnie rozegrałem raptem jeden mecz.
Problemem okazuje się nie tylko mnogość, ale i jakość tychże rozmów. W zdecydowanej ich większości oglądamy stojące przed sobą, statyczne postacie, wygłaszające powtarzalne ogólniki o wsparciu dla drużyny, konieczności dawania z siebie wszystkiego i „nakręceniu się” przed nadchodzącym pojedynkiem. Słuchamy tego na treningu, odprawie przedmeczowej, w trakcie spotkania (tak, właściwa rozgrywka też przerywana jest wstawkami filmowymi). W przerwie i po meczu. W szatni, na boisku i ławce rezerwowych. Mało? Dorzućmy jeszcze aktywności poboczne, pozbawione jakiegokolwiek gameplayu i opierające się w całości na wysłuchiwaniu dalszego zalewu dialogów. Okrutnie to nudne i powtarzalne, a próba nieprzeskakiwania kolejnych kwestii szybko zmienia się w walkę z samym sobą.

Gra czasami pozwala wypowiedzieć się naszej postaci. Po co? Nie mam zielonego pojęcia. Wybór zazwyczaj ogranicza się do: „Damy radę!”, „Trochę się boję… ale damy radę!” i podobnych banałów. Wyłuskanie właściwej fabuły z tego morza sztampy jest prawdopodobnie największym wyzwaniem, jakie rzuca graczowi World Fighters. Zadaniem tym trudniejszym, że poszczególne dyskusje poprzedza jeszcze każdorazowo ekran ładowania.
Piłka rodem z PS3
No właśnie, wspomniane loading screeny to największa zmora tego tytułu. Pojawiają się co chwilę i miejscami są absurdalnie długie. Nie wiem, co gra wczytuje przez kilkanaście sekund między jednym a drugim, zaledwie symbolicznie animowanym, obrazkiem, ale robi to zdecydowanie zbyt często. Najbardziej irytują te pojawiające się na ekranie przedmeczowym, gdy wybieramy opcję treningu nowych umiejętności. Czasem sprowadza się on dosłownie do naciśnięcia jednego przycisku, a oczekiwanie na załadowanie danego ćwiczenia potrafi trwać dłużej niż samo szkolenie. Absurd.
Graficznie Captain Tsubasa 2 wypada bardzo nierówno. Gadające głowy cechuje nader skromna liczba szczegółów, co w połączeniu z japońskimi nazwiskami piłkarzy początkowo dość mocno utrudnia zorientowanie się, kto jest kim. Jako że gra wiernie oddaje styl rysunków Takahashiego, trudno mieć o to pretensje do autorów. Natomiast pozbawionego jakichkolwiek charakterystycznych elementów otoczenia już tak łatwo wybaczyć nie można. Gdy postać stoi, przywodzi ono na myśl tytuły nie sprzed jednej, tylko co najmniej sprzed dwóch generacji. Podczas akcji tła… nie występują w ogóle. Piłkarzom towarzyszą jedynie gęsto narysowane kreski, symbolizujące dynamiczny ruch. Świetnie wyglądają natomiast strzały czy parady bramkarzy. Doskonale animowane, pełne kolorowych efektów specjalnych robią naprawdę duże wrażenie.

Drużyny wychodzą na murawę!
No dobrze, poziewaliśmy już w trakcie rozmów, wynudziliśmy się podczas loadingów, a jak się właściwie w Kapitana Tsubasę gra? O dziwo… bardzo przyjemnie. Piłka nożna w wykonaniu Japończyków to niczym nieskrępowana rozrywka. Mecze pozbawiono wszystkich elementów niepotrzebnie spowalniających zabawę. Nie ma tu spalonych czy fauli. Odbiory futbolówki bywają absurdalnie brutalne, ale przy tym bardzo satysfakcjonujące. Wślizg da się zastosować nawet wtedy, gdy naszego zawodnika dzieli od przeciwnika kilkanaście metrów. Udane dryblingi, podania czy strzały ładują też pasek energii, pozwalający aktywować specjalne zagrania. Przyzwyczajenie się do tak arcade’owego podejścia wymaga dłuższej chwili, ale gdy już się załapie odpowiedni rytm, starcia zmieniają się w bezpardonowe, przesycone adrenaliną widowiska, oferujące masę czystej frajdy.
Prostotę rozgrywki połączono z zaskakująco rozbudowanymi mechanikami. Nasz piłkarz w trakcie kolejnych pojedynków uczy się nowych technik, które następnie może aktywować na ekranie rozwoju bohatera. Umiejętności podzielono na kilka rodzajów, wpływających na różne aspekty piłkarskich statystyk. Zarządzać możemy nie tylko naszym zawodnikiem, ale i całą drużyną, zmieniając pozycje poszczególnych graczy czy wyjściowe ustawienie zespołu. Na ekranie przedmeczowym można spędzić dłuższą chwilę, dopracowując taktykę z myślą o konkretnym rywalu.

Słodko-gorzki gwizdek końcowy
Co oprócz trybu fabularnego? Możemy wybrać pojedynczy mecz z przeciwnikiem sterowanym przez konsolę, wskazując jedną z 22 drużyn narodowych oraz dodatkowo 5 klubów. Jest też oczywiście multiplayer – zarówno lokalny, jak i online. Pierwszy działa bez zarzutu, a rozgrywanie meczu z siedzącym obok rywalem sprawia równie dużo satysfakcji co pojedynki z komputerem. Trybów online, ze względu na testowanie tej produkcji przed premierą, nie udało mi się, niestety, wypróbować. Obecne w menu warianty obiecują możliwość utworzenia prywatnego spotkania, a także meczów rankingowych z odznaczeniami do zdobycia.
W recenzji sporo narzekałem, ale finalnie do kolejnych posiedzeń z World Fighters zasiadałem z olbrzymią ochotą. Rosnące z każdym następnym spotkaniem wyzwanie i czysta przyjemność płynąca ze stosowania wyjątkowych technik sprawiły, że przymykałem oko na wiejącą pomiędzy nimi nudę. Jeśli w sportówkach nad realizm stawiacie emocjonującą, nieskrępowaną rozrywkę, warto dać tej grze szansę. Do zdobycia Złotej Piłki jej daleko, ale jako rekreacyjny sparing sprawdza się całkiem nieźle.
W Captain Tsubasa 2: World Fighters graliśmy na PS5.
OCENA: 7
PODSUMOWANIE: Czy gra stawiająca na fabułę może ponieść na tym polu porażkę, a mimo to przykuć do ekranu na długie godziny? Okazuje się, że jak najbardziej. Mimo zalewu kiepsko zrealizowanych przerywników ten zręcznościowy futbol potrafi dostarczyć masę czystej, niczym nieskrępowanej frajdy.
PLUSY:
- satysfakcjonujący, bezkompromisowo zręcznościowy gameplay;
- zaskakująco głęboki system rozwoju zawodnika i zarządzania taktyką zespołu;
- efektowne animacje specjalnych technik;
- wątki fabularne rozbudowujące oryginalną historię;
- niezła oprawa dźwiękowa.
MINUSY:
- śmiertelnie nużące, statyczne dialogi, pełne banałów;
- pozorne opcje dialogowe, które niczego nie wnoszą;
- uciążliwe loadingi;
- graficznie nie zachwyca.