Dałem szansę World of Tanks: Heat, czyli hero shooterowi z czołgami. Oto, co z tego wyszło [RECENZJA]

Dałem szansę World of Tanks: Heat, czyli hero shooterowi z czołgami. Oto, co z tego wyszło [RECENZJA]
Czym jest World of Tanks: Heat? Najprościej zaklasyfikować tę grę jako połączenie koncepcji starych, dobrych „Czołgów” z nowoczesną szatą hero shooterów. Na pierwszy rzut oka to karkołomna próba, o dziwo jednak – bawiłem się dobrze. Niemniej nie znaczy to, że tytuł ten nie jest pozbawiony wad.

Wargaming od jakiegoś już czasu próbuje przełamać „klątwę” World of Tanks i wydać kolejny, nomen omen, hit – z mniejszymi lub większymi sukcesami po drodze. Omawiana gra jest najnowszym dziełem tej firmy i zarazem próbą wypłynięcia na wody znane „czołgistom” tylko częściowo. Z jednej strony mamy bowiem coś, w czym twórcy są wręcz niezrównanymi ekspertami. Z drugiej to jednak hero shooter – czyli gatunek dość trudny „w obsłudze”, może nawet trochę już dziś przebrzmiały i wymagający nielichego wyczucia, by najpierw przyciągnąć graczy, a potem utrzymać ich uwagę. Heat wypada tutaj i bardzo dobrze, i… trochę dziwnie.

World of Tanks: Heat chce być jak Call of Duty i hero shootery, tylko z samymi czołgami. I właśnie o takie czołgi nic nie robiłem! [JUŻ GRALIŚMY]

World of Tanks: Heat – czyli w gorączce walki

W porównaniu z klasycznymi „Tankami” charakter rozgrywki w Heacie jest inny. Podstawową różnicę stanowi chyba to, że zniszczenie czołgu nie kończy danej sesji – jak to w hero shooterach czekamy sobie na respawn i wracamy na arenę z kolejną falą. Zabawa toczy się w ramach czterech dostępnych trybów gry. Pierwszy to podbój, w zasadzie na wzór tego, co znamy z Battlefielda – tyle że bez piechoty. Jeździmy więc po planszy w większym, bo 10-osobowym gronie, i zajmujemy sobie rozrzucone punkty kontroli. Każdy z nich przynosi punkty potrzebne do zwycięstwa, a czasem pojawia się misja drużynowa, która pozwala przyspieszyć licznik.

Kolejny moduł spodoba się pewnie fanom Call of Duty – wyraźnie bowiem nawiązuje do drużynowego starcia ze zbieraniem nieśmiertelników w tle. Musimy zatem zniszczyć wroga, a potem podjechać i zdobyć pozostawione przez niego trofeum. Zważywszy na to, że ostrzeliwujemy się nierzadko na większe odległości, wcale nie jest to takie łatwe, jak można by przypuszczać. Ale za to satysfakcjonujące jako całość, jeśli oczekujemy przede wszystkim rozwałki.

World of Tanks: Heat

Trzeci rodzaj zabawy nazwano „węzłem uzbrojenia” i jest to coś trochę na kształt battlefieldowego szturmu. Zajmujemy zatem kolejne punkty kontroli na mapie – gameplay okazuje się więc w odróżnieniu od poprzednio wymienionych intensywny, skupiony na jednym obszarze, ale też wymagający szybkiego przemieszczania się do kolejnych miejsc i trochę planowania. Tu chyba również najbardziej widać podział ról, jeśli chodzi o tanki (o czym za chwilę).

Listę zamyka kontrola – gramy tutaj do dwóch zwycięstw, ścierając się o pojedynczy punkt na mapie. Walka jest skoncentrowana na jednym obszarze i w sumie sprowadza się do ostrej naparzanki, gdzie świetnie odnajdują się – przynajmniej według moich doświadczeń – snajperzy osłaniający resztę.

Cała ta czwórka okazuje się zróżnicowana i generalnie – niezależnie od tego, co mi się losowało w ramach matchmakingu – bawiłem się dobrze. Problem jednak w tym, że… nie mamy żadnego wpływu na to, do jakiego typu starcia wskoczymy. W menu gry co prawda znajduje się przycisk odpowiadający za wybór rodzaju zabawy, ale – nie licząc przedstawionych wyżej potyczek w sieci – prowadzi on do tutorialowej rozgrzewki, bitwy z botami oraz strzelnicy, gdzie można sobie sprawdzić dostępne tanki „na sucho”. Sposobu na wybranie konkretnego wariantu rozgrywki niestety nie ma. Być może to patent, by nie czekać długo na mecz, ale cóż, trochę jednak boli.

World of Tanks: Heat

Herosi i ich tanki

Tym, co najmocniej przykuwa uwagę, są oczywiście czołgi wraz z ich „kierowcami”. Wargaming zdecydował się ich nie rozłączać: każdy heros ma przypisany z góry jeden lub dwa pojazdy i nic z tym nie zrobimy. Bohaterowie dzielą się na szturmowców, obrońców i strzelców wyborowych – co w sumie bardzo dobrze oddaje ich charakter. Ci pierwsi przełamują obronę przeciwnika, drudzy są trudni do ugryzienia i biorą na siebie wrogie natarcie, ostatni zaś starają się trzymać na dystans i boleśnie kąsać nieprzyjaciół.

Jeśli jednak spojrzeć na same maszyny – te są naprawdę zróżnicowane: Wargaming nie bał się mieszać ich rodzajów względem roli bohatera. Mamy tu zatem mniej lub bardziej inspirowane rzeczywistymi pojazdami różnorakie narzędzia zniszczenia: lekkie, ciężkie, szybkie, wolne, walące pojedynczym strzałem lub korzystające z autoloadera, znajdzie się też coś rażącego pociskami naprowadzanymi czy działkiem – pod względem bogactwa to taki „WoT w pigułce”. I muszę przyznać, że w praktyce zestaw ten sprawdza się naprawdę dobrze, pozwalając grać na różne, choć dobrze znane z oryginału, sposoby. A nawet jeszcze inaczej – bo oprócz maszyn mamy też do dyspozycji skille.

World of Tanks: Heat

Talenty i upgrade’y

Te zaś czasem naprawdę robią różnicę. Umiejętności dostajemy trzy: zdolność główną, dodatkową oraz ostateczną. Generalnie są dostosowane do roli, jaką czołg odgrywa na polu walki, i odpowiadają z grubsza temu, co znamy z hero shooterów. Jedne koncentrują się na zwiększeniu DPS-u przez ataki punktowe lub obszarowe, inne na obronie i zabezpieczeniu terenu, jeszcze inne zaś to różnego rodzaju opierające się np. na sprycie tricki, mające na celu chociażby zmylenie przeciwnika, lub „wspomagacze” drużyny. Odnoszę wrażenie, że każdy, kto liznął nieco hero shooterów, poczuje się tu jak w domu. No, biorąc poprawkę na konwencję.

Oprócz tego mamy pole do popisu przy upgrade’ach – tak bohaterów, jak i tanków. W tym pierwszym przypadku to talenty, póki co po cztery na dwa kolejne ich levele. Są też sloty na udoskonalenia czołgów – ogólna liczba dostępnych dla każdego z nich modułów duża jednak nie jest. Odblokowanie tego wszystkiego okupione jest też potężną liczbą godzin, które musimy wykręcić w danym pojeździe. Cóż, trochę grindu tytuł ten niestety wymaga – grałem na trzech różnych kontach oraz dwóch platformach i za każdym razem pojawiało się wrażenie docierania do ściany. Ale za to jest to pozycja darmowa, a i zwycięstwa w bitwie sobie tu nie kupimy. Cóż, coś za coś.

World of Tanks: Heat

Jak się gra w Heata?

Ogółem jestem też zaskoczony solidną podstawą, na jakiej stoi WoT: Heat. Wszystkie założenia zabawy zgrywają się tu w naprawdę ciekawą gameplayowo całość i jest to jedna z tych produkcji, które stosunkowo łatwo poznać, ale już znacznie trudniej wymasterować. Nierzadko oczywiście wyjdzie nam lepszy mecz ot tak, z marszu, koniec końców jednak, by dobrze grać, trzeba opanować parę rzeczy.

Przede wszystkim mechanikę czołgów kłaniającą się rozwiązaniom z klasycznego WoT-a. Maszyny mają swoje mocne i słabe strony – by siać zniszczenie, musimy celować w słabsze punkty, w miejsca, gdzie znajdują się podatne na zniszczenia moduły, czy choćby we wybite wcześniej dziury w osłonach. Owszem, mechanika względem dziadka WoT-a jest uproszczona, łatwiej tu np. zadać krytyka czy wręcz zniszczyć jakiegoś kolosa celną pigułą w amunicję – ale to rozwiązanie gameplayowe wynikające z faktu, że przecież do bitwy szybko wracamy. Tempo zabawy jest tu zdecydowanie wyższe.

World of Tanks: Heat

Trzeba też oczywiście poznać te wszystkie umiejętności, talenty, mapy, zachowanie czołgów, wiedzieć, jak się ustawić i kiedy przyszarżować. Ogółem wydaje się, że jest łatwiej niż w pierwowzorze – ale to tylko złudzenie, bo „kara” czeka gdzie indziej: po śmierci tracimy cenne sekundy, kiedy nie możemy wspomóc drużyny. Tu też widać, że gra trochę jednak stoi okrakiem między dwiema konwencjami: tak naprawdę ani to konserwatywny WoT, ani klasyczny hero shooter. Niemniej to, jak do tej kwestii podejdziecie, zależy już raczej od indywidualnych preferencji. Bardziej boli mnie coś innego.

Największą wadą World of Tanks: Heat jest według mnie to, że po parunastu godzinach jakby zaczyna… brakować zawartości. Po jakimś czasie upgrade’y wpadają coraz rzadziej, a każda bitwa robi się w pewnym sensie podobna do poprzedniej. Nie możemy wybierać ani konkretnych map, ani trybów gry – jedyną w istocie rzeczą, którą da się różnicować zabawę, jest przeskakiwanie do innych czołgów. Klasyczny WoT rekompensuje to wrażenie mrowiem maszyn – a tu jest ich na ten moment 17 przypisanych do 9 agentów. Wiadomo, część pojazdów lubi się bardziej, część mniej, więc gust siłą rzeczy dodatkowo zawęża dostępne możliwości. Czy zatem grać?

World of Tanks: Heat

Moim zdaniem warto dać tej produkcji szansę. Jak pisałem – podstawy są tu naprawdę zacne i nie brakuje frajdy. Kluczową kwestię stanowi to, co Wargaming zrobi z tym tytułem dalej. Jeśli wzorem oryginalnego WoT-a Heat zacznie obrastać w rozszerzenia, to myślę, że fajnie się rozwinie chociażby z tego względu, że już teraz jest przyjemną pozycją na szybkie sesje – nawet te najdłuższe bitwy z 20 graczami rozstrzygają się całkiem sprawnie, można więc wskoczyć, zagrać parę meczów i wyjść. To satysfakcjonująca rozgrywka, tyle że potrzebuje dopieszczenia i rozwoju. Na przyszłość jednak rokuje dobrze – zwłaszcza że już na początku września dostaniemy kolejnego agenta i aż trzy nowe maszyny.

W World of Tanks: Heat graliśmy na PC oraz PS5.

world of tanks: heat – podsumowanie i ocena

OCENA: 8

PODSUMOWANIE: Klasyczny WoT spotyka hero shootery – i pod wieloma względami jest to udane zestawienie. Mechanika starć się broni, jest pomysłowa i stanowi świetną podstawę do dalszego rozwoju. Na dłuższą metę brakuje jednak i trochę wolności, i trochę zawartości. Mam też wrażenie, że to wciąż gra bardziej dla „czołgistów” niż fanów wspomnianych strzelanek.

PLUSY:

  • zróżnicowane możliwości maszyn i system agentów;
  • sporo ciekawych zdolności;
  • generalnie przemyślana mechanika i satysfakcjonujący gameplay;
  • niezła oprawa i na ogół czytelne pole walki;
  • szybsze w porównaniu z oryginałem tempo zabawy;
  • gra zdecydowanie przystępniejsza niż klasyczny WoT;
  • za darmo i bez pay-to-win.

MINUSY:

  • po kilkunastu godzinach trochę jednak czuć, że przydałoby się więcej urozmaicenia;
  • brak możliwości wyboru konkretnych trybów gry, a cztery dostępne po pewnym czasie zaczynają mimo wszystko wyglądać jednorodnie;
  • jeśli ktoś nawykł do szybkich hero shooterów, tutaj poczuje buksowanie czołgów w błocie;
  • wolne tempo progresji – odblokowanie najmocniejszych modułów wymaga sporo grindu;
  • opcji zabawy i talentów postaci za dużo nie ma – przynajmniej na razie;
  • drobne błędy w polskiej wersji językowej.

Skomentuj